Opłata parkingowa – reklamacja

Dzień dobry mili Państwo! (Dość uprzejmości, przejdźmy do konkretów).

Opłata parkingowa - reklamacjaW sobotę 30 stycznia odwoziliśmy siostrę mojej żony na samolot do Monachium. Kiedy szwagierka przeszła już na ciemną stronę mocy…(byłem ostatnio na Gwiezdnych Wojnach) no dobra, niech będzie, że za te bramki na lotnisku, to my (ja, żona i córki, dwie córki) wróciliśmy do samochodu… no dobra, do mojej Lancii, żeby udać się w drogę powrotną do domu.
Przyszło do płacenia za parking i (uwaga!) po umieszczeniu biletu w tej szparce, został on wciągnięty, a suma jaka ukazała się po chwili do uiszczenia, o mało nie spowodowała mojego zawału, albo co najmniej omdlenia przy parkometrze!

Było to 7252 złote! Słownie: siedem tysięcy dwieście pięćdziesiąt dwa złote!

Może suma była w szczegółach ciut inna, bo po odczytaniu “siedem tysięcy” już zacząłem tracić wzrok i czucie w nogach, jednak “na bank” była powyżej “siedmiu klocków” – mówiąc gwarą z giełdy samochodowej.
Po chwilowym odpłynięciu w nicość (wersja dla ateistów) albo do wszechybytu (wersja dla wierzących) wróciłem do świata żywych z zamiarem ucieczki biegiem na przełaj i porzucenia samochodu na parkingu, ponieważ prawdopodobnie opłata za parkowanie przewyższała cenę mojego samochodu.
Jednak wizja porzuconej rodziny w samochodzie ostudziła nieco moje pierwsze, chłopięce i instynktowne odruchy (problem = ucieczka) i zacząłem myśleć racjonalnie.
Przecież taka suma zdarzyć się nie mogła! Parkowałem ponad godzinę, to prawda. Zawsze mieliście drogo. Ba! Bardzo drogo! To też prawda. Dlatego z reguły parkowałem w King Crossie i szedłem te trzy kilometry na lotnisko z buta, wmawiając szwagierce w drodze powrotnej, kiedy taszczyłem jej walizkę, że jak przyjechałem na lotnisko, to nie było wolnego miejsca.

Ale żeby cena za usługi parkingowe podrożała z dziewięciu złotych na ponad pięć tysięcy za godzinę! To było niemożliwe. Coś zatem było nie tak.

Zacząłem tłumaczyć sobie co się mogło stać i wytłumaczyłem! Wyszło na to, że mam do zapłacenia siedem złotych i “coś tam, coś tam”, a przyczyną tego jest brak przecinka po siódemce. (Nie było to może tak do końca tłumaczenie sensowne i logiczne, bo przecież zahaczało o tysięczne części grosza, jednak byłem wciąż otumaniony pierwszym, kolosalnym odczytem, który znokautował trzeźwe myślenie.)  Włożyłem wtedy do innej szpareczki banknot dziesięciozłotowy. Parkometr pożarł bezczelnie moje dziesięć złotych nie odnotowując w ogóle tego faktu. Szybciutko, w nadziei odzyskania wkładu finansowego, anulowałem całą operację i wtedy maszyna wypluła mój bilecik z jakimś innym, który upadł na ziemię.

Zrozumiałem zaistniałą sytuację!

Ktoś, kto parkował “u was” prawdopodobnie od lata zeszłego roku, widoczne zapomniał, że zaparkował. Kiedy sobie przypomniał, wrócił po samochód i gdy przyszło do płacenia i zobaczył należną sumę, uciekł był (tak jak miałem w planach) ale skutecznie. Widać podobnież jak u mnie suma za parking przekroczyła wartość jego wozu. Eureka!
Koniec, końców włożyłem “mój” bilecik i zapłaciłem. Niestety o moich wcześniejszych dziesięciu złotych parkometr raczył był zapomnieć i transakcję na sumę dwunastu złotych musiałem uiszczać na nowo.
Słowem stratny jestem na sumę dziesięciu złotych.

Bilecik, ten feralny i na kolosalną sumę, który wypadł na ziemię oddałem żonie, jako dowód w sprawie i kiedy przed chwilą zapytałem gdzie go ma? Odpowiedziała: “że umieściła go w torebce”… i wtedy już wiedziałem, że go straciliśmy. Wpadł w otchłań, bezkres, “czarną dziurę” i już jest po nim i przepadł z kretesem pośród tysięcy, milionów rzeczy, które w tej torebce są i nikt (nawet moja żona) nie wie po co?

P.S. Wiadomość z ostatniej chwili. Doświadczyliśmy cudu! Bilecik parkingowy jednak się znalazł! Powrócił z bezkresu zakamarków torebki mojej żony. Mamy go i możemy w razie co przesłać na wskazany adres.

Coś się ruszyło i jest odpowiedź i to nawet w kolorze niebieskim!

Szanowny Panie,

Chciałbym zapewnić, że Pańskie zgłoszenie dotarło do właściwej osoby i uprzejmie prosić o oczekiwanie na odpowiedź.

No cóż on “uprzejmie prosić” to ja grzecznie czekać.

 

 

Zupa wegetariańska Waszczykowskiego

zupa wegetariańska WaszczykowskiegoPonieważ my, Polacy, jesteśmy przekorni, a panu ministrowi ostatnio wymsknęło się, że wegetarianizm jest nie teges, przedstawiam Szanownym Czytelnikom przepis na zupę wegetariańską. Zupa jest też dodatkowo mocno rozgrzewająca, co z uwagi na aurę, będzie jej dodatkowym atutem oraz, co odkryłem zupełnie przypadkowo, pomaga kiedy jesteśmy “wczorajsi”.

Proszę się też nie przejmować (szczególnie faceci) że niektóre jej składniki będą dla was całkowicie nieznane (jedzenie to nie tylko pyrki, schabowy i chleb ze smalcem) oraz, że (uwaga!) można ugotować zupę bez żeberek.

Składniki

 

– dwa bataty (no okej! mogą być też dwie duże, mączne pyry)

– 3 marchewki

– jedna pietruszka

– kawałek selera (no właśnie, co to znaczy “kawałek”? a więc niech będzie to ćwiartka całego selera)

– jedna papryka

– dwie cebule

– dynia Hokkaido (dobra, dobra… to opcjonalnie zamiast np. marchewki ale może być też i “z” marchewką)

– puszka mleka kokosowego

– brokuł ewentualnie cukinia lub świeży szpinak

Przyprawy

– imbir

– ostra papryka lub pieprz Cayenne

– kurkuma

– Curry

– cytryna

– sól i pieprz (no kurde wiadomo)

 

Wszystkie składniki kroimy w kostkę i podsmażamy. Najlepiej ma maśle klarowanym, ale można też na oleju roślinnym. Doradzam żebyście nie kupowali masła klarowanego za krocie w Techo, a zrobili je sami w domu. Wychodzi dużo taniej i jest o wiele smaczniejsze.

Kiedy wszystko się przyrumieni, zalewamy niewielką ilością wody i przelewamy do dużego garnka, do którego również dolewamy jeszcze wody aby uzyskać gęstość zupy. Słowem: nie za dużo i nie za mało, ale pamiętajmy jednak, że z dwojga złego lepiej za mało niż za dużo – łatwiej coś później rozcieńczyć, niż kombinować “ło matko co teraz?”, bo wychodzi nam jedna kosteczka warzywa na litr wody i uzyskaliśmy rozcieńczenie homeopatyczne! Dobra idźmy dalej…

Dość spory kawałek imbiru (2 – 3 cm) obieramy, kroimy w drobną kostkę i podsmażamy. Ma się lekko zeszklić i zapachnieć. Dodajemy do zupy. Następnie dolewamy mleko kokosowe i lekko podgotowujemy dodając do smaku przyprawy, czyli kurkumę, ostrą paprykę, Curry, cytrynę, pieprz i sól.

Na sam koniec, żeby się nie rozgotował dodajemy garść brokułu. Zupa w smaku ma być lekko kwaskowa i dość ostra.

Oczywiście mając słuszny garneczek wegetariańskiej zupy wystosowujemy stosowne zaproszenie (podając nasz dokładny adres) na wegetariański poczęstunek dla Pana ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego. Czekając na przyjęcie zaproszenia, które będzie potwierdzone dźwiękiem pękającej futryny drzwi wejściowych do naszego domu oraz zapachem wybuchających granatów dymnych na korytarzu, możemy zabrać się za klarowanie masła na następną zupę. Buon appetito!

 

P.S. Autorowi, pomimo że nie jest wegetarianinem, zupa smakowała i zjadł trzy talerze!

 

 

 

Nowy (“lepszy”) rozkład jazdy

nowy rozkład jazdyLudzie litości! I znowu zmiana rozkładu jazdy? A poprzednia była dopiero co, to jest osiemnastego października! I kiedy człowiek już się do niego przyzwyczaił, zaakceptował niedoróbki. Ba! Z grubsza nauczył na pamięć, Wy robicie kolejną. Gorszą, dodam, bo o to cały ten mój lament.

Zacznę więc od razu od niedoróbek, a właściwie tylko od jednej ale jakże bolesnej, żeby nie rozmydlać tematu

Ja, Kasia i Romek pracujemy w Poznaniu. Ja i Romek gdzieś tam, nieważne, a Kasia w Pisisi (nie, nie chce mi się siusiu). Pisisi to jest Poznań City Center, czyli to badziewie co to dokleiło się do “chlebaka”, czyli nowego, “afunkcjonalnego” dworca PKP. I wyobraźcie sobie mili Państwo, że my pracujemy w sobotę! Tak! Pracujemy w sobotę! A kończymy pracę po dwudziestej, dokładniej to ja kończę z Romkiem, bo Kasia kończy o dwudziestej pierwszej. Dotychczas nie było problemu. Mieliśmy pociąg o 21.29 na który zdążaliśmy. Spoko.

Teraz jednak ten pociąg pojedzie wcześniej, bo o 20.50. Dalej niby w porządku, bo ja z Romkiem pobieglibyśmy żeby zdążyć ryzykując zawał (nasz rekord to osiem minut spod Starego Browaru, a mamy pod pięćdziesiątkę) a Kasia “urwałaby” się ze kwadrans. Jest jednak pewien haczyk. Haczyk polega na tym, że ja z Romkiem nie będę musiał biec, a Kasia nie będzie musiała się “urywać”. Dlaczego? Bo ten pociąg pojedzie prawie codziennie ale w soboty nie!

Pojedzie, cytując nowy rozkład jazdy w (B). Patrzę dalej co to “(B)”, a tutaj masz babo placek, spełnia się mój koszmar, koszmar nieregularności w kursowaniu pociągów, czyli wszystkich tych odnośników, literek i cyferek, gdzie każda oznacza jakąś nieregularność: a to że nie jeździ w święta, a to że jeździ tylko w święta, soboty i niedziele (na serio są takie pociągi) że jeździ w określone dni tygodnia, gdzie wisienką na torcie jest pewien pociąg osobowy, który (uwaga!) nie zatrzymuje się na wszystkich stacjach ale za to jeździ tylko w (5) i (7) czyli w piątki i soboty lub jak w moim przypadku: “kursuje od poniedziałku do piątku i w niedziele”.

A dlaczego nie w soboty, ja się pytam? A co to? Sobota jest jakaś gorsza, że ją tak dyskryminujecie? Czy to jakaś brzydsza siostra innych dni tygodnia, że jej się tak dostaje, czy też może powiało nowym z Wiejskiej, bo w każdą, cholera (przepraszam) wypada szabas?

Tell me why? -zacytuję słowa piosenki Annie Lennox, słowem: dlaczego nam to zrobiliście? Dlaczego zepsuliście mi i Kasi (i Romkowi) sobotnie wieczory? Dlaczego zamiast być wcześniej w domu, posiedzieć sobie z żonką (to oczywiście ja i Romek, bo Kasia z mężem) przy czerwonym wytrawnym (to Kasia i Romek, bo ja przy jasnym pełnym) będę musiał “mulić” gdzieś, do godziny 22.50? Oczywiście nie będę musiał nigdzie “mulić”, bo przyjadę samochodem. Będę musiał przyjechać samochodem! Zostanę zmuszony przyjeżdżać samochodem! Pomimo posiadania biletu miesięcznego za dwieście złotych. Czyli dokładam do interesu. I to niemało, bo przyjeżdżać będę musiał w każdą kolejną sobotę. A to już jest, lekko licząc, stówka miesięcznie więcej na dojazdy. Czyli tysiak (lekko licząc) na rok i robi nam się całkiem spora sumka, bo za tysiaka to można sobie kupić dużego psa albo zrobić koronę porcelanową na ząb!

Stawiam więc sprawę  jasno i bez ogródek – albo przywrócicie kursowanie pociągu relacji Poznań – Krzyż o godzinie 21.29 albo zwrócicie mi tego tysiaka (którego podstępnie w ciągu roku mi wyciągniecie) i zapominamy o całej sytuacji. Ja ze swojej strony obiecuję, że nie będę Was dręczył podobnymi pismami, a za tego tysiaka lajsnę sobie porcelankę na szósteczkę albo kupię dużego psa.

 

P.S. Nie wiem czy zadaliście sobie trud sprawdzenia godzin pracy Pisisi, gdzie pracuje cały tabun ludzi, mieszkających na trasie Poznań – Krzyż i dojeżdżających właśnie koleją do tejże pracy oraz klientów Pisisi, którzy proekologicznie wybierają również kolej żeby pojechać na zakupy.

Pisisi pracuje codziennie w godzinach 9.00 – 21.00. W szabas też.

 

No i jest już pierwsza odpowiedź!

 

Niestety to nie oni są wini:

“Pozwolę sobie dodać, że PKP S.A., z którymi się Pan kontaktuje, nie biorą udziału w układaniu rozkładu jazdy.” – To rozumiem, wysyłałem przecież pismo gdzie się dało, a rozkład układa pewnie lokalny przewoźnik ale przy okazji dowiedziałem się też czegoś niesamowitego:

“W odpowiedzi na wiadomość z dnia 14.12.2015 r., uprzejmie informuję, że układanie rozkładu jazdy to bardzo złożony proces… ” – niesamowite! Do tej pory myślałem, że robi się to na kolanie w parku na ławce… 😉

 

Akcja Obywatelska “Siekierka dla kolejarza”…

… czyli ogólnonarodowa ściepa na siekiery dla maszynistów, konduktorów oraz kierowników pociągów. Słowem: na wyposażenie pociągów.

Nasze motto: Siekiera od pasażera.

Do Zarządu firmy NEWAG S.A.

A skądże to, a jakże to… się spytacie? Luzik. Zacznijmy od początku, a wszystko Wam wytłumaczę.

A więc. 15 sierpnia 2015 roku udałem się na stację Poznań Główny (zaczyna się jak zwykle) celem skorzystania z usług przewoźnika Przewozy Regionalne spółka z o.o.. Byłem po udanym koncercie i w te pędy gnałem do domu, do żony ponieważ była sobota i mieliśmy spędzić wieczór (zaplanowany!) razem, patrząc sobie głęboko w oczy.

Około godziny 20.15 byłem już na dworcu gdzie zauważyłem pewne niedogodności związane z krótkotrwałymi, acz intensywnymi opadami jakie przeszły nad miastem: nie działały te nowe, wypasione wyświetlacze na peronach informujące przede wszystkim o opóźnieniach pociągów, nie działał też duży wyświetlacz na zewnątrz nowego dworca, przy peronie pierwszym, a przejście podziemne, którym chciałem udać się na peron szósty, było zalane. Akurat nie miałem przy sobie woderów (długie rybackie kalosze) i będąc w sandałach przeszedłem, za przyzwoleniem panów SOK-istów, wpierw na peron piąty, a następnie na peron szósty kładką po torach. (Gdzie normalnie ci panowie mają żniwa, kasując od nieodpowiedzialnych albo leniwych podróżnych, sowite myto za skracanie sobie drogi).

Ale idźmy dalej:

– pomimo ciężkich warunków atmosferycznych pociąg Impuls firmy Newag pojawił się wkrótce na peronie!

– pomimo ciężkich warunków atmosferycznych pociąg Impuls firmy Newag odjechał zgodnie z planem! (i na tym kończą się dobre wiadomości bo)

– z powodu ciężkich warunków atmosferycznych pociąg Impuls firmy Newag nie wyjechał nawet za rogatki miasta

A skądże to, a jakże to… się spytacie?

Stanęliśmy gdzieś w okolicach Ogrodu Botanicznego (dzielnica Ogrody), a wszystkiemu winne było drzewo, które bezczelnie pod naporem wiatru obaliło się na tory. Powiecie: “No tak drzewo. Poważna sprawa.”

Ale nie do końca, ponieważ primo: nie leżało ono w poprzek torów, a wzdłuż, secundo: nie był to dąb Chrobry, a nie za duże drzewko, które starano się z pomocą pasażerów usunąć. Wiecie taka inicjatywa obywatelska: “No chopy! Który krzepki? Idziemy!” Niestety. Było nie do końca ułamane i próby jego odsunięcia, kończyły się zawsze powrotem pnia w pobliże szyny oraz komentarzami: “Jeb… drzewo!”. Tedy spasowaliśmy.

Z przecieków wiem, że gdyby maszynista jechał starą “jednostką”, na przykład EN57 to olałby sprawę i drzewko pod naporem solidnej stali (lata ’80) ustąpiłoby. Ale (!) że jechał pociągiem nowym  i nowoczesnym… Wiadomo. Chłopina bał się uszkodzenia elementów karoserii oraz ich zarysowania, bo musiałby za to zabulić z własnej kieszeni, a tłumaczenia, “że chciał dojechać planowo”, “że pasażerowie”, nikogo by nie interesowały – “Zarysowałeś nam tutaj trwale elementy karoserii koleś! Obciążymy się kosztami! Musisz pracować do emy na kolei za friko!”.

Bo ten nowoczesny pociąg ma:

– klimatyzację,

– Wi – Fi,

– ma toalety z zamkniętym obiegiem (można siusiać w czasie postoju na stacji!),

– ma monitory na których wciąż pokazują katastroficzne filmy, na których łysy koleś ciągle wpada na przejeździe pod pociąg albo jakiejś dziewczynce noga klinuje się w zwrotnicy i pociąg przejeżdża ją wraz z mamą,

– ma w końcu ułatwienia dla niepełnosprawnych i pewnie wiele, wiele innych bajerów… ale nie ma siekierki!!!

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy, bo całą sprawę rozwiązałaby mała siekierka.

siekierka 3Taka zwykła, najzwyklejsze siekierka! (No mogłaby to być też maczeta, ale to raczej domena kibiców z Krakowa). Wystarczyłoby wziąć, jak to mówią, kawał siekiery przyp… (pii) gdzie trzeba, kłodę odsunąć i byłoby po sprawie!

Pociąg pojechałby dalej, ciut opóźniony, ale pojechałby. A mój zaplanowany wieczór z małżonką (ślub konkordatowy! więc wszystko jest na legalu) udałby się!

I zamiast być w domu o godzinie 21.30, ucałować do snu córki, a później patrzeć żonie głęboko w oczy, to “kwitłem” tam  godzinę, oczywiście wraz z innymi nieszczęśnikami, czekając na odsiecz. A odsiecz nie nadchodziła. Chciałem już dzwonić do jakiegoś znajomego z Ogrodów, żeby przywiózł nam tę siekierkę! Ale wiecie, człowiek zawsze myśli pozytywnie, że to może już za chwilę przyjadą pociągiem naprawczym, utną co trzeba i pojedziemy.

Niestety nie doczekaliśmy się…

Zapadła więc decyzja o powrocie do Poznania. No de facto w Poznaniu wciąż byliśmy więc raczej powrotu na staję Poznań Główny, gdzie wróciliśmy o godzinie 22.30. Tam poczułem głód, a ponieważ McDonald był w stanie okupacji, straciłem w sklepiku z prasą, ponad pięć złotych na zakup dwóch “Pawełków” i cztery złote w automacie na zakup dwóch kaw za złote dwa, ponieważ pierwsza składała się tylko z samej gorącej wody, śmietanki w proszku i cukru. Poszedłem na peron szósty, skąd miał odjechać mój pociąg. Od przypadkowo spotkanego pasażera wysępiłem “z tych nerw” papierosa, choć palę tylko skręty. Pijąc zgago – genną kawę za cztery złote i paląc cienkiego Malborasa myślami byłem w domu, z żoną, jedząc sałatkę, którą zawsze robię na wieczór, a składającą się pomidorów, mozzarelli, rukoli, czy sałaty lodowej i przepysznego sosiku z oliwy, cytryny, pieprzu i soli… zresztą nieważne…

Tak minęła następna godzina.

Po godzinie podjechała stara jednostka elektryczna, wszyscy wsiedli i po chwili odjechaliśmy. Pociąg jechał wolno, więc na mojej stacji byłem pół godziny po północy. Dotarłem do domu. Żona i dzieci dawno spali. Wykąpałem się i położyłem ze zgagą do łóżka (to nie o żonie, a po kawie z automatu) myśląc czy lepiej było jechać samochodem, czy też zawsze wozić przy sobie w pociągu siekierkę. Tak to minął mój (zaplanowany!) sobotni, po koncertowy wieczór z żoną, sałatką z mozzarelli i lampką wina…

I oto przekazuję na Państwa ręce tę oto pierwszą, niedużą siekierkę mając nadzieję, że inni pójdą w moje ślady!

siekierka 1Jak widzicie siekierka jest od polskiego producenta (możecie wejść z nim w kooperację!) i kosztuje majątek, czyli całe dwadzieścia dwa złote! Czyli tyle co flaszka. Nie wiem jaki to będzie procent od ceny pociągu ale gdybyście jednak nie dali rady, to tę pierwszą “siekierką matkę” już dla Was kupiłem. A jakby co to zadzwońcie, dokupię drugą… zamiast tej sobotniej flaszki kupię dla Was siekierkę. A co?

sekierka 2Siekiera przyda się każdemu kolejarzowi: maszynistom (obalone konary i drzewa) konduktorom (niesforni pasażerowie) oraz innym pracownikom kolei (żonglerka w wolnych chwilach) i innych, trudnych przypadkach. Zapoczątkowuję więc tym samym Ogólnonarodową Akcję Obywatelską “Siekiera dla kolejarza”…

Siekiery wysyłać można do Generalnej Dyrekcji PKP (liczę na uczciwy podział) do Regionalnych Dyrekcji PKP i do fabryki pociągów NEWAG S.A., albo też przekazywać można wprost do rąk własnych kolejarzom, maszynistom i konduktorom.

Ważne! Idąc z siekierą w stronę przyszłego obdarowanego idziemy wolno i spokojnie z uśmiechem na ustach. Niesiemy ją przed sobą na wyciągniętych rękach, niczym bochen chleba, nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów.

Mój (zaplanowany) wieczór z żoną przepadł i nikt mi go nie zwróci ale zróbmy to dla następnego nieszczęśnika, a jeśli to zrobimy, to wtedy już dla szczęśliwca, który swój (zaplanowany) wieczór spędzi nie w pociągu i ze zgagą (nie myślę o żonie) po kawie z automatu, a przy sałatce z pomidorów i mozzarelli z kieliszeczkiem wina w dłoni i z żoną, patrząc jej głęboko w oczy!

siekiera 4P.S. Doceńcie to, że w domu mam tę oto starą, zjechaną siekierę i ku zgorszeniu domowników wysyłam Wam “funkiel nówkę nie śmiganą” pozostawiając oto taki staroć na własny użytek. No i odpiszcie, bo jeśli akcja nie wypali to ja będę zabierał do teczki oprócz kanapek, siekierkę na dojazdy pociągiem do pracy.

 

Pseudo atlas grzybów

A oto nasze motto!

No i przez te grzybki
Chłód rodzinnej kryptki
Nazbyt szybki dał obiadkom kres…

Wojciech Młynarski

No proszę Szanownej Redakcji! Tak być nie może! Bo wyobraźcie sobie, że jeśli ktoś na jesień dostanie (w najlepszym przypadku) sraczki, albo (w najgorszym) wyląduje w szpitalu będzie to Wasza wina!

Pewnie zastanawiacie się po tym bardzo króciutkim, acz enigmatycznym wstępie “o co mu chodzi, o co temu gościowi kaman, że nam tutaj ze sraczką wyjeżdża”? Już śpieszę z wyjaśnieniami!

 A więc…

pseudo atlas grzybówWydaliście jako dodatek do Tele Tygodnia atlas grzybów? Wydaliście? No. To ja się “uprzejmnie zapytowuję” kto go sprawdzał??? Bo pewnie, a naiwnie wychodzę z takiego założenia, ktoś raczył sprawdzić rzecz tak poważną, jaką jest atlas grzybów, a powinien być to ktoś “znający się”, czyli “będący w temacie” lub inaczej rzecz ujmując “z branży”. Jak mój kolega z pociągu, który “się zna”, “jest w temacie” i jest “z branży”, bo jest klasyfikatorem grzybów i do niego cała sprawa się zaczyna.

Bo atlas grzybów jest rzeczą poważną jak najbardziej! To nie jest jakaś tam Gazeta Wyborcza, czy Gazeta Polska, gdzie można wypisywać głupoty (byle po linii politycznej) a człowiek po przeczytaniu artykułu co najwyżej się… no… zdenerwuje. Ale sraczki nie dostanie!

To też nie książka telefoniczna z błędnymi numerami, gdzie zamiast do Kowalskiego dodzwonisz się do Nowaka albo w najgorszym przypadku do teściowej. Trudno. Pogadasz z nią, ale brzusio nie rozboli. No chyba, że jednak rozboli. W każdym bądź razie rozboli z nerwów, a nie od zawartości.

To jest Atlas Grzybów! Czyli rzecz co najmniej tak poważna, jak Bert z ulicy sezamkowej albo Grumpy Cat! Tu błędów nie powinno być żadnych! Żadnych! A są…

A one, moi mili, mogą skończyć się w jednym przypadku, że brzuszek będzie bolał.

No to zaczynajmy, czyli zabierzmy się do wytykanie błędów!

pseudo atlas grzybów 2Pierwszy błąd rzuca się na człowieka, niczym ja na zimne piwo z wieczora (a miałem napisać jak Duda na hostię ale nie napiszę, ponieważ – w przeciwieństwie do niektórych – będę szanował też i Prezydenta RP, na którego nie głosowałem) już na pierwszej stronie. Piszecie na samiuśkiej górze i to drukowanymi literami i to na czerwono: “WSZYSTKIE GRZYBY POLSKICH LASÓW” a już za chwilę, ciut poniżej “JADALNE, NIEJADALNE,TRUJĄCE”, czyli rozumiem, że wszystkie! Wszystkie grzyby polskich lasów? No proszę Was!

“Chwilunia, momęcik”… poświęcę teraz jedną minutkę (liczbowo: 1) na sprawdzenie w necie, na Wikipedii ile jest grzybów Polsce… jeszcze chwilunia… O!!! Jest ich pięć tysięcy! Łał! Zmieściliście je wszystkie w takim ciniutkim atlasiku? No, no… szacun!

Pewnie maczek druczek, a zdjęcia są wielkości paznokcia… Hm… jednak nie – zdjęcia i druk są okej. No to biorę się zaliczenie… A więc w Waszym Atlasie Grzybów (wszystkich grzybów polskich lasów) grzybów jest dwadzieścia dziewięć!

Ale, ale… według Wikipedii do obrotu w Polsce przez Ministerstw Zdrowia dopuszczonych jest czterdzieści jeden (liczbowo: 41) grzybów jadalnych (a to tylko jadalne)!

A to nie koniec, bo według Barbary Gumińskiej i Władysława Wojewody (to gwoli wyjaśnienia mykolodzy i to ważni mykolodzy) grzybów jadalnych w Polsce jest no… troszkę “rąbnąłem” się w liczeniu, ale jest ich na pewno powyżej stu pięćdziesięciu! Nie czepiałbym się gdybyście napisali “wybrane” albo “najczęściej spotykane” ale piszecie i to DRUKOWANYMI, że wszystkie! A to nieładnie, bo nasza flora nie zasługuje na cięcia takie jak polska kultura.

No więc przejdźmy do konkretów.

Strona druga.

goryczak żółciowy - szatanBorowik szlachetny i od razu Wasza rada, że można go pomylić z szatanem w nawiasie z Goryczakiem żółciowym. Tu w miarę w porządku, tylko że powinno być na odwrót, bo właściwa nazwa to Goryczak żółciowy, a w nawiasie powinna  być nazwa potoczna, czyli szatan. Taki niuansik. Wybaczam.

Strona czwarta i piąta.

maślak pstryPodgrzybek zajączek* i Piaskowiec modrzak**, a na zdjęciach Maślak pstry, potocznie zwany miodówką (widać to po charakterystycznym “marmurku” na kapeluszu). No, pomyliliście zdjęcia ale na szczęście na obu (niewłaściwych) jest grzyb jadalny. Wybaczam ale już warunkowo.

*Zajączek ma kapelusz oliwkowozielony, o zamszowej skórce, tutaj (jak już wspomniałem) jest marmurkowata.

 

 

maślak pstry 3

**Prawdziwy Piaskowiec modrzak ma brzeg kapelusza długo podwinięty i wystający nieco poza rurki. Ma też matową powierzchnię. Drugie zdjęcie jest w porządku, bo faktycznie po przełamaniu wybarwia się na tak niesamowity kolor.

Strona szósta.

goryczak żółciowy 3Maślak sitarz, a na zdjęciu szatan! (właściwa nazwa Goryczak żółciowy*). No! Daliście plamy, bo jak ktoś będzie się sugerował zdjęciem, na przykład faceci, bo wiadomo, że faceci są wzrokowcami i nie lubią czytać, to jeden taki mały grzybek, zepsuje nam całą potrawę i obiadku nie będzie… Nie wybaczam.

*Widać to po “brzuchatym” kapeluszu (maślak ma bardziej płaski i podwinięty, tutaj jest wywinięty do góry) oraz centkach na trzonie i na kapeluszu, których maślak nie ma.

Strona dziesiąta.

mleczaj wełnianka 2Mleczaj rydz, a na zdjęciu Mleczaj wełnianka* czyli grzyb klasyfikowany jako trujący. Inne nazwy to wełniak lub też rydz fałszywy – dlatego pewnie daliście się nabrać choć niżej sami przed tą pomyłką przestrzegacie! No i tutaj może boleć brzuszek albo (dobra, dobra już nie będę trąbił o tej sraczce) można spędzać czas, zamiast na plaży, to na kibelku i do tego z miską na kolanach. No chyba że ktoś ma kibelek przy wannie, albo w bliskiej odległości do umywalki. Co prawda! W niektórych krajach, bo uprzednim długotrwałym obgotowaniu, wylaniu wody i ukiszeniu można go spożyć, jednak ja nie ryzykowałbym. Wolę iść na plażę.

*Można to zauważyć po brzegu kapelusza, są na nim takie delikatne wypustki sugerujące, że prawdopodobnie ma wełniste kosmyki u jego dołu.

I w tym przypadku trzeba dać Wam po łapach!

Strona ostatnia.

muchomor sromotnikowyMuchomor sromotnikowy. A powinno być muchomor zielonawy, potocznie zwany sromotnikowym. Co dziwi szczególnie, że na stronie jedenastej używacie nazwy muchomor zielonawy (czyli prawidłowej) przestrzegając przed pomyleniem z nim pieczarki łąkowej, a nic nie wspominając o jego odmianie białej. Czytelnik będzie się sugerował przymiotnikiem “zielonawy”, a pieczarkę łąkową, można najprędzej pomylić z jego białą odmianą.

muchomor zielonawy 2

Już pomijam fakt, że używanie w atlasie dwóch nazw z stosunku do tego samego grzyba jest bez sensu, niepotrzebnie wprowadzając dodatkowy i tak już duży zamęt.

Wnioski.

Oczywiście zdjęcia grzybów, to już jest osobna historia. Czasami zdjęcia nie oddają rzeczywistego wyglądu grzybów i jedne wyglądają jak drugie. Zależy to od tak wielu czynników, że nawet nie będę tutaj się w to wgłębiał. Jednak! Wydając Atlas Grzybów rozsądek nakazuje używanie zdjęć oddających wizerunek grzyba najbardziej zbliżony do książkowego oryginału.

Co z tego, że użyję zdjęcia, gdzie pod wyżej wymienionym Piaskowcem modrzakiem będę musiał umieścić napis “to jest zdjęcie Piaskowca modrzaka, jednak na tym ujęciu wygląda on jak Maślak pstry”. Jaki to będzie miało sens? No chyba że sens jest gdzieś głęboko ukryty… gdzieś głęboko w lesie…