Koktajler

Koktajler – wersja nieco rozbudowana

koktajler 1– Kochanie! Od jutra będziemy się zdrowo odżywiać! – zarządziła razu pewnego moja żona. Zarządziła to równie lekko, zwiewnie i niewinnie jak zarządziła w zeszłym roku malowanie pokoju, które skończyło się prawie remontem kapitalnym całego domu – Kochanie! Jutro musimy koniecznie pomalować nasz pokój – i dalej. – Płytki w łazience też przy okazji przydałoby się skuć, a w korytarzu wymienić panele, bo są już brzydkie.

Przy jakiej „okazji”? Pokój to pokój, łazienka to łazienka, a korytarz to korytarz! Zawsze myślałem, są to rzeczy od siebie niezależne i malowanie pokoju, nie wiąże się z poleceniem „skucia” w łazience płytek, wypowiedzianym z równą łatwością jak: „ach! muszę sobie pomalować paznokcie”.

Ale cóż. Tak to jest, że u żony niewinny komunikat – Kochanie coś mi stuka w samochodzie – to zakamuflowana opcja „Trzeba go wymienić na nowszy”.

Skończyło się malowaniem pokoju, remontem łazienki połączonym z wymianą armatury („Przecież ta wanna, zlew, szafki i prysznic się do niczego nie nadają”) i gipsowaniem i malowaniem korytarza z wymianą paneli włącznie i oczywiście. Nowe opony do mojego terenowca na ryby, przeistoczyły się w płytki i farbę na ścianach, panele w pokoju i wynagrodzenie dla „fachowców”, za które może oni kupią opony dla swoich terenowców na ryby. Ech ryby…

Tak więc „zdrowe odżywianie” zaniepokoiło mnie, bo nikt naprawdę nie mógł wiedzieć (nawet moja żona) dokąd nas to zaprowadzi. A zaprowadziło. Oj zaprowadziło! Bo wiedzieć musicie, że najważniejsze w zdrowym odżywianiu jest (uwaga!)… ha! Myśleliście, że jedzenie? Nie! Nic z tego! Najważniejsze w zdrowym odżywianiu, a właściwie najważniejszy, jest blender kielichowy! Ta – dam! Co? Nie wiecie co to jest? No może panie coś kojarzą, ale panowie raczej nie. No to zacznijmy raz jeszcze.

Najważniejszy w zdrowym odżywianiu jest koktajler! Ta – dam! Panie już wiedzą, a panowie? Co? Dalej nic? To po prostu taki jakby młynek do kawy, ale troszkę większy. No tak… ja tu o młynkach do kawy, kiedy wszyscy piją kawę już zmieloną, rozpuszczalną albo zgago – genną, czyli z automatu. Uwaga panowie! Wyobraźcie sobie, że ten cały koktajler, to taka kuchenna wersja wiertarki z nałożonym zamiast wiertła „druciakiem”. „Druciak” wkładamy do litrowego słoika po ogórkach, do którego uprzednio włożyliśmy jakieś zdrowe rzeczy, czyli owoce i warzywa, podkręcamy obrociki na maksa i z tych warzyw i owoców robi nam się pulpa, do której dolewamy wody i ją wypijamy. I wtedy czujemy się zdrowsi! No właśnie! To jest to.

No ale oczywiście ja na takie genialne rozwiązanie nie mogłem sobie pozwolić, dlatego też żona zleciła mi zakup oryginalnego blendera kielichowego. Zacząłem szperać w internecie, w trakcie którego dowiedziałem się o takich artykułach gospodarstwa domowego, o jakich wcześniej nie miałem zielonego pojęcia, a na dźwięk niektórych włos jeżył mi się na głowie.

Natknąłem się na przykład na elektryczne buty, a właściwie elektryczny but i już byłem bliski rozczarowania, że nie mają w ofercie elektrycznego krzesła! Były też czekoladowe fontanny, wagi do bagażu (ciekawe czy różnią się od zwykłych?), czyściki ultradźwiękowe, kombiwary, kojarzące mi się z moim rodzinnym kombi i ustami po botoksie, czyli warami. Były wreszcie termoloki i bardzo podejrzane cyrkulatory, których nazwę podkreślał mi każdy edytor tekstu oraz przenośne toalety, wymyślone zapewne dla ludzi korzystających z usług Polskich Kolei Państwowych, a bojących się widoku torowiska w czasie załatwiania swoich potrzeb.

Znalazłszy odpowiedni blender kielichowy postanowiłem dokupić coś jeszcze, żeby zaoszczędzić na przesyłce, która była darmowa powyżej pewnej kwoty. Ponieważ ja również nie cierpiałem widoku torowiska w pociągowym WC, dokupiłem dla siebie przenośną toaletę. Dla żony wziąłem tajemniczy cyrkulator (o znowu podkreśliło mi to słowo!) choć ni diabła nie miałem pojęcia, co to może być i dodatkowo termoloki, ponieważ zawsze marzyła mi się jako potężna bruneta a’la Ciganne z czarnymi kręconymi włosami.

Na deser naszych internetowych zakupów nabyłem dla siebie, a dokładniej dla moich stóp (uwaga! proszę usiąść) frezarkę do pięt! Tak, tak! Takie coś istnieje! Zawsze miałem problem z odrastającymi skórkami, które odrastały mi szybciej niż byłem je w stanie „wypumeksować”, a frezarka do pięt została wymyślona chyba specjalnie dla mnie. Słowem: nic tylko brać.

Minął miesiąc, podczas którego w pełni nauczyliśmy się korzystać z poczynionych zakupów. Usłyszałem charakterystyczny dźwięk dochodzący z kuchni. Dźwięk z piekła rodem, czyli dźwięk koktajlera. Żona znowu coś blendowała. Kochaniutki! – usłyszałem po chwili – zblendowałam dla nas zdrowiuteńki koktajl warzywno – owocowy. Są tu i jabłuszka i pomarańcze i szpinak i burak ćwikłowy i seler z pietruszką i jogurt naturalny! Co ty na to? Przyjdziesz się napić?

– Już kochanieńka! Momencik! Siedzę właśnie na naszej przenośnej toalecie w kąciku naszej alkowy, ponieważ przepędziło mnie solidnie po wczorajszym zdrowiuteńkim koktajlu jogurtowo – bananowo – porowym z dodatkiem pędów bambusa, że ledwie zdążyłem pory opuścić. Wyfrezuję sobie jeszcze tylko pięty przy pomocy frezarki do pięt, zakładam elektryczny but i już w te pędy bambusa śmigam, to znaczy hopsasam do ciebie kochana!

– Kochanieńki! Nie wierzę! – odpowiedziała podekscytowanym głosem. – Przyhopsasasz do mnie w elektrycznym bucie z wyfrezowanymi piętami? Zakładam wobec tego termoloki i podłączam cyrkulator!

Nie ma to jak zdrowe odżywianie!!!

Nasza majówka – fotorelacja!

I oto stało się – nastał maj!

To co w lutym wydawało się wręcz niemożliwe (Boże kiedy będzie ta wiosna?), w końcu ziściło się i nie dość, że mamy wiosnę to mamy, jak już wspomniałem maj. A maj to przecież najpiękniejszy miesiąc w roku. Najpiękniejszy z kilku względów, a w pierwszej kolejności najpiękniejszy przez wzgląd na to, że zaczyna się od dnia wolnego, by już za momencik uraczyć nas następnym wolnym dniem. Czyż to nie wspaniałe? Przecież każdy jeden miesiąc mógłby zaczynać się w ten sposób! Niestety, w tym roku na maj musieliśmy czekać o jeden dzień dłużej, bo rok był przestępny i do teraz zastanawiam się dlaczego dodajemy ten jeden dzień brzydkiemu lutemu, a nie pięknemu majowi? Cóż z tego, że miałby trzydzieści dwa dni? Przecież trzydziesty drugi maja lepiej brzmi niż dwudziesty dziewiąty lutego!

Tak więc z całą rodziną wybrałem się na majówkę.

Wsiedliśmy na rowery (a jak!) i ruszyliśmy w kierunku starego i zapomnianego (jak nam się z początku wydawało) duktu. Od razu po tym jak stwierdziłem, że siodełka rowerowe projektują “goście” sado dla klienteli maso, okazało się, że taki zapomniany to on nie jest, a po śladach wywnioskowałem, że “nasi tu byli”.

majówka piwo ipa

 

 

 

 

 

 

I to nie byle jacy “nasi”, czyli smakosze biedronkowego piwa z plastikowych, litrowych butelek, a porządni “nasi”, czytaj: prawdziwi koneserzy tegoż mnisiego specjału.  Przecież piwa gatunku IPA za sześć czy siedem złotych byle kto nie kupi!

majówka nestle

Po chwili okazało się też, że byli tutaj też i “herbaciarze”, małe dzieci (no bo kto pija mleko?) oraz ludzie zwyczajni, pijący wodę!

majówka mlekomajówka woda

Zrobiło mi się raźniej! Już nie czułem się osamotniony jadąc z rodziną nieznaną drogą w nieznanym kierunku. “Nasi tu byli” dodało mi otuchy jak Maksiowi Paradysowi w Seksmisji. Jadąc wciąż dalej i dalej słowo “nasi” zaczynało nabierać szerszego kontekstu. Nie ograniczyło się tylko do herbaciarzy i piwoszy, a również do branży samochodowo – blacharskiej (ja zawsze wierzyłem w tych ludzi!).

majówka tapicerka 1majówka tapicerka 2majówka tapicerka 3

No i oczywiście moich ulubionych fachowców od wszelkiego rodzaju murarki i dociepleń budynków – przy okazji dowiedziałem się, że ci preferują Perłę.

majówka murarka 1majówka murarka 2majówka murarka 3

Ale nie byli byśmy sprawiedliwi, pomijając bardziej wyrafinowanych fachowców, pracujących na wysokościach, czyli dekarzy i to zajmujących się utylizacją nie byle czego, bo papy i eternitu na łonie przyrody!

majówka dekarze 1majówka dekarze 2majówka dekarze 3

Oczywiście była i przyroda! Przecież w gruncie rzeczy dla niej się wybraliśmy. Nieco ukryta i zamaskowana przez “nasi tu byli” ale jednak widoczna. Na ten przykład wspaniale prezentowała się zieleń mchów.

majówka mech 1majówka mech 3majówka mech 2

Oczywiście znalazły się i takie bezczelne typy, które ośmieliły się wyrzucić zwykłe, najzwyklejsze śmieci. Jakieś pampuchy, butelki i tym podobne świństwa.

majówka śmieci 1majówka śmieci 2majówka śmieci 3

Bardziej wyrafinowani, a może i bardziej wrażliwi, próbowali walić je jednak w krzaczory – czego oczy nie widzą tego sercu nie żal.

majówka foliamajówka wannamajówka skrzynia

A ekologiczni wyrzucali ściętą trawę i gałązki, elegancko opakowane w foliowe oryginalne torby na eko – odpadki. Przyjeżdżają po nie co prawda panowie z “komunalki” i za darmo odbierają z posesji ale widać nie chcieli im robić kłopotu.

majówka trawa 2majówka trawamajówka trawa 1

Byli też ludzie, którzy tak znienawidzili telewizję (no, no panie prezesie Kurski!), że postanowili pozbyć się odbiorników i zostawić je potrzebującym. Może ktoś przyjdzie i weźmie? Idziesz sobie, na ten przykład, na majówkę z żoną, a wracasz z telewizorem. Pytanie do prezesa – czy im też zostanie doliczony abonament za RTV do prądu?

majówka TVmajówka TV 1

Była też i prawdziwa cyganeria, która od razu po spożyciu, albo nawet w i trakcie zabierała się do wyrażania siebie, wykorzystując do tego zwykłe kapsle od piwa.

majówka cyganeria

Oraz zwykli wulkanizatorzy. Niestety nie udało mi się dobrać jakiś fajnych zimówek na przyszły sezon.

majówka opona 1majówka opony 2

Indianie! – wykrzyknąłem, a dzieci i żona aż pisnęli z przerażenia, bo oto oczom moim ukazał się indiański totem. Ale z drugiej strony gdzie tutaj Indianie? Że “nasi tu byli” to rozumiem, ale żeby Indianie? Na szczęście kiedy ostrożnie podeszliśmy bliżej cała sprawa wyjaśniła się. Byli tutaj hydraulicy, a ja poczułem parcie.

majówka Indianie 1 majówka Indianie 2

Przytłoczeni ogromem wrażeń postanowiliśmy nieco odsapnąć. Niestety pierwsza kanapa, z której chcieliśmy skorzystać była troszkę zdewastowana (ach ci wandale!) jednak już następna sprawiała miłe wrażenie, czego nie można było powiedzieć o ogrodowym plastikowym fotelu. Ach jakże by nam się wtedy zdał!

majówka kanapa 1majówka krzesłomajówka kanapa 2

Siedząc wygodnie na kanapo – tapczanie tak sobie kontemplowałem, “jakież to mądre ludzie są te moje rodaki”, co to tak bardzo dbają o przyszłość, a nawet bardzo odległą przyszłość, iż celowo zostawiają swój ślad na naszej Matce Ziemi dla przyszłych badań archeologicznych. Przecież gdyby kto wyrzucił przysłowiowy ogryzek, czy skórkę od banana, te nie przetrwałby do następnej wiosny. Wyrzucając folię od nawozów, papę, szkło, kibel, czy pół samochodu mamy tę pewność, że takie ślady przetrwają i tysiąc lat. Przejdzie potop, pożoga, wojna atomowa, a one będą wciąż tam tkwiły, gadając, ba! wrzeszcząc wszem dookoła – ku*wa! “Nasi tu byli!” Amen…

Bóg zapłać…

 

Poszło do “urzędów”, a ja ze swej strony dodałem co następuje:

Pozwoliłem sobie mili Państwo skopiować cały tekst (włącznie z wulgaryzmem, przed którym nie mogłem się powstrzymać w trakcie końcowego podsumowania) który to zamieściłem na mojej stronie internetowej www.berbela.com, mając nadzieję, że słowo – jak śpiewał Czesiu Niemen – oprócz tego że może ranić, może też i powstrzymać przed zadawaniem ran, w tym wypadku “zadawaniem ran” naszej najbliższej okolicy.

Aby sprawę rozwiązać trzeba by zmienić myślenie Polaka, ale że mamy do czynienia, ze specyficznym jego typem – Polakiem Śmieciarzem Leśno – Krzakowym, przeto łatwiej będzie poczekać aż całkowicie wymrze (nie żebym komuś źle życzył), bo jego myślenia już niestety nie zmienimy… Bo Polak Śmieciarz choćby miał bliżej na legalne śmietnisko, choćby i nawet nie miał nic do wyrzucenia i musiałby te śmieci podwędzić od sąsiada i to tak pojedzie do lasu, czy na ten nieszczęsny dukt żeby coś sobie wyrzucić! “W sobotę się trzeba nawalić, w niedzielę iść do kościoła, a piątek coś sobie wyćpnąć do lasu albo pod krzok”.

Zostają środki doraźne, bo z wiatrakami nie wygramy. Proponuję więc na początku drogi i na jej końcu ustawić dwa duże pojemniki na gruz, gdzie Polak – Śmieciarz wyrzuci to co wylądowałoby w krzokach, jeśli oczywiście ich nam nie świśnie. Co zyskamy? Ano to, że nie będzie trzeba sprzątać tych kibli, pap, szkła i telewizorów, bo przecież (taką mam nadzieję) to i tak kiedyś nastąpić musi oraz to, że ludzie, czy też zwierzęta nie pokaleczą się o potłuczone szkła lub nie pozaplątują w te sprężyny a’la sidła od kanapo – tapczana.

Dodatkowo można zaapelować do prostych uczuć Polaka – Śmieciarza. A że uczucia są proste, więc i proste powinny być apele, a więc apelujemy, na tablicy, którą ustawiamy na początku tejże drogi: “Kto wyrzuca tutaj śmieci ten kiep!”.

Podpisano Ja…

 

Zażalenie do Urzędu Marszałkowskiego

Urząd Marszałkowski w Poznaniu
Departament Transportu

 

Kolejne zażalenie do PKP Przewozy Regionalne (ale oni mi już nie odpowiadają więc wysyłam też dla Was).

urząd marszałkowski zażalenieNo dzień dobry moi kochani! To znowu ja, choć na poprzedni mój list raczyliście byli w ogóle nie odpowiadać. Nieładnie! Pewnie wychodzicie z założenia, że jeśli ktoś nie pisze językiem urzędowym (Dzień dobry! Dlaczego nie ma pociągu o godzinie 21.29 do Krzyża? Czekam na odpowiedź!) to wszystko inne nie warte jest zachodu, bo pewnie ktoś napisał to dla jaj. A to błędne założenie, ponieważ ja ze swojej strony dwoję się i troję, żeby uprzyjemnić wam te smutne chwile pobytu w biurach, urozmaicane tylko przerwą na kawkę i papieroska, jeśli ktoś pali i układaniem pasjansa, pisząc owe zażalenia w takim właśnie frywolnym stylu. Zauważcie też, że wysyłam to od razu na początku tygodnia (poniedziałek i tak jest przerąbany) aby nie popsuć Wam łikendu.

Ale przejdźmy do konkretów. Mamy kolejny nowy rozkład jazdy i znowu klapa. No więc szybciutko poruszę tylko dwie najważniejsze sprawy. Sprawa pierwsza. Nie ma pociągu, który mi, ale też i wielu, wielu innym, pasował, to jest osobowego do Krzyża, około godziny dwudziestej pierwszej „coś tam coś tam” (to taki cytat z pewnej posłanki, która tak określała swoją pracę w sejmie). Jeździ on co prawda codziennie ale w soboty już nie! A przecież tyle razy do Was pisałem, tłumaczyłem, wyjaśniałem, że ludzie pracują również w soboty. Ja wiem. Wy pracujecie od poniedziałku do piątku, a potem „laba”, czyli łikend. Ale są ludzie, jak na przykład Ja, Kasia i Romek, których tydzień pracy na piątku się nie kończy. Naprawdę! A każde z nas zna jeszcze kilka, a nawet kilkanaście osób, które z powodu braku tegoż pociągu wieszają psy na czym świat stoi, a właściwie to na Was te psy wieszają. A Was to wciąż i nieprzerwanie nic, a nic nie rusza, bo to już drugi rozkład jazdy, w którym wykasowaliście to dogodne połączenie.

No bo przyznać musicie, że kolejarze zgodzili się na wybudowanie przy nowym dworcu PKP w Poznaniu, wielkiej, ba! bardzo wielkiej galerii handlowej? (Złośliwi mówią, że to „kukułcze jajo” podrzucone przez węgierskiego wykonawcę – a swoją drogą zawsze myślałem, że Węgrzy nas lubią). Całość w skrócie nazywa się PCC, czyli Poznań City Center, czyli z angielska Pisisi (nie nie chce mi się siusiu). Dworzec znany jest z tego, że już po raz drugi otrzymał nominację! No, co prawda w konkursie „Makabryła Roku” i „Najbardziej afunkcjonalny dworzec kolejowy na świecie” ale zawsze! Słyszałem nawet, że będą tam przywozić studentów architektury z całej Polski, na wycieczki i pokazywać jak zbudować dworzec kolejowy „pod włos”, czyli jak nie projektować dworców kolejowych. Ale wróćmy do tematu pocieszając się, że przecież nie ważne jak piszą, byleby pisali i nazwy nie przekręcili.

Tak więc Pisisi, oprócz tego, że znane jest z powodu swojej brzydoty i dysfunkcjonalności, znane jest też z tego, że zamykają je codziennie o godzinie dwudziestej pierwszej zero zero (liczbowo 21:00). Co znaczy, że wszyscy tam pracujący oraz kupujący, a jest to naprawdę „wuchta wiary” z kierunku Krzyża, plus oczywiście Ja, Kasia i Romek, chcieliby wsiąść do pociągu, po tej właśnie godzinie i udać się na spoczynek do swoich domów (no w sobotę to może i coś więcej…). Dlaczego więc robicie nam taką przykrość kasując sobotni pociąg który, przypominam, dwa rozkłady temu jeździł? I proszę Was nie piszcie mi tutaj, że „był mało obłożony”, czytaj: „nierentowny”. Fakt! Ludzie nie wysypywali się z niego po otwarciu drzwi jak ulęgałki, ani też nie trzeba było do niego wsiadać oknem, jak do „bany do Zakopca”, jednak swoich wiernych, sobotnich klientów zawsze miał!

Sprawa druga. Jest taki pociąg z Szamoni (no dobra, chciałem żeby bardziej dostojnie zabrzmiało), czyli z Szamotuł do Poznania, który ni stąd ni zowąd jedzie o kwadrans dłużej. Z początku pomyślałem, że to jakaś pomyłka w rozkładzie jazdy. Myślę sobie „znowu jakieś remonty”. Sprawdzam. Inne pociągi jadą normalnie, czyli trzydzieści kilka minut. Więc o co chodzi? Pociąg to nie autobus. Na około przecież nie pojedzie. Jego trasa to prosto przed siebie i koniec, kropka. Wsiadam więc wczoraj do tego pociągu i co się okazuje. On ma postój w połowie drogi. A wiedzcie, że pociąg stojący w przeciwieństwie do poruszającego się to różnica diametralna! Wszyscy robią się jacyś nerwowi, patrzą na lewo i prawo uciekając wzrokiem, bo przecież krajobraz się nie zmienia. Słuchać rozmowy, muzykę puszczaną przez słuchawki pinezki, a jak ktoś wyciąga jabłko i zaczyna je chrupać, dysząc przy tym, to ja osobiście ledwie wtedy wyrabiam i naprawdę nie ręczę za siebie w przyszłości.

Ale wróćmy do tematu… no więc on przepuszcza inny pociąg, pospieszny, który z Szamotuł wyjeżdża dziesięć minut po nim! I to się dzieje planowo! Ktoś to zaplanował! Pociągi po prostu wyprzedzają się jak samochody na drodze. Z moich skomplikowanych obliczeń matematycznych wychodzi jednak, że on go wcale przepuszczać nie musi, bo gdyby pojechał dalej to i tak dojechałby na miejsce, przed wyżej wspomnianym pospiesznym. Więc o co tu chodzi? Nie wiem? Może mi wyjaśnicie.

Ale najwięcej boli mnie to, że ja, posiadający bilet miesięczny, nie mogę wsiąść do tego pociągu, jak było za starych dobrych czasów i wyjeżdżając później, być na miejscu wcześniej! (Niesamowite.) Bo to inna spółka. Niby Polskie Koleje, a jakieś inne, niedozwolone. Ale rozumiem. Jeśli kandydatów na prezesów więcej jest niż wakatów w spółkach skarbu państwa, to jedynym wyjściem jest ich zwielokrotnienie poprzez naturalny podział. Trudno. Pogodziłem się.

Reasumując i pokrótce i już urzędowo. Dajcie no jakąś banę po dwudziestej pierwszej, która pojedzie też w soboty i niech ta druga bana nie zatrzymuje się w połowie drogi do Poznania, ino niech sobie jedzie dalej. Będzie na miejscu przed ww. pospiesznym, co wynika z moich skomplikowanych obliczeń matematycznych!

Podpisano: Ja

I proszę. Jest odpowiedź. I to trzynastego w piątek! (może to dobry omen?)

 

pkp odpowiedź

Ja, prezes!

List otwarty do pani premier Beaty Szydło

 

W związku z tym, że posiadam (również) wykształcenie rolnicze (i to średnie!) a co za tym idzie doiłem krowy i nie tylko (w sensie doiłem „tylko” krowy, a „nie tylko”, że nie takie rzeczy w rolnictwie robiłem) zgłaszam swoją kandydaturę na ministra rolnictwa lub co najmniej na prezesa Stadniny Koni w Janowie Podlaskim.
Koni co prawda nie doiłem, to znaczy, uściślając, nie doiłem klaczy, ale konie od zawsze mi się podobały (mają takie śliczne i długie rzęsy i futerko, to znaczy sierść i tak dalej, zresztą nieważne… aha! a mój brat zawsze, zwykł mawiać, jak mama mu marudziła „zamelduj koniowi – koń ma wielki łeb, to cię wysłucha” – to tak sobie, a muzą dodałem) dlatego też uważam, że na stanowisku prezesa sprawdziłabym się znakomicie. Jeśli oczywiście teka ministra nie weszłaby w grę, na co w pierwszym rzędzie liczę – z takimi kwalifikacjami!
Ze swojej strony poczyniłbym pewne, stanowcze ruchy, nad którymi już od pewnego czasu rozmyślam, a które nie dają mi spokoju. No bo niby z jakiej racji w polskiej stadninie koni, hodujemy konie arabskie? A co to? Nie mamy swoich? Polskich?
Nie znaczy to oczywiście, że mam coś do Arabów, to znaczy mam, ale oficjalnie nie, ale o fakt, że nie są nasze, rodzime. I mogłyby być nawet i amerykańskie, i niemieckie, czy jakieś tam angielskie, to też by mi nie pasowało i tyle. W polskiej stadninie koni mają być konie polskie i koniec! W arabskiej se mogą być arabskie, a w angielskiej angielskie. To ich sprawa. „Ich małpy – ich cyrk” jakie mają małpy w cyrku… to znaczy w stadninach… konie w stadninach jakie mają. A nasza jakie mamy małpy w sejmie… to znaczy w cyrku, a właściwie w stajniach, jakie w nich konie mamy. Bo powinniśmy mieć polskie. Wielkopolskie na przykład, bo są i wielkie i polskie i takie ładne brązowe futerko mają, sierść znaczy się taką mają, i te rzęsy takie długie no i łeb wielki (jak mawiał mój brat) co by można zameldować… zresztą nieważne. Ale tak mówił.
Liczę na szybką odpowiedź, bo aktualnie jestem na bezrobociu, ale (cholercia) bez prawa do zasiłku, a uposażenie ministra rolnictwa, czy (w najgorszym razie) prezesa stadniny koni bardzo podreperowałoby moją aktualną sytuację materialną (kredyty „chwilówki”, dług u Ździcha – da w mordę oraz alimenty).

końO! O takie koniki mnie się proszę Pani rozchodzi.

MP3

Autor niniejszego pseudo bloga, zanim jeszcze zamarzył sobie aby zostać sławnym pisarzem, zamarzył sobie aby zostać sławnym kompozytorem! Tak, tak!

Z tych marzeń zostało trochę “śmieci”, które powolutku, na jakiś ledwo zipiących płytach CD oraz starych twardych dyskach ATA wciąż odnajduję. Utwory mają około szesnastu lat i nagrywane były na Sound Blasterze Platinum i module dźwiękowym E-mu Proteus 2000 więc tchną, że tak powiem, lekko myszką.

Ale nic to! Niech będzie że brzmią oldskulowo. Żeby wprowadzić choć trochę ordnungu pogrupuję je choć na “elektroniczne” i “klasyczne”. Życzę przyjemnego słuchania!

P.S. Tytuły są robocze, czyli nadawane na podstawie pierwszego skojarzenia, słowem: nic nie mówiące.

 

ELEKTRONiCZNiE

 

HUMAN PULSE_     

 

FASHION SHOW_     

 

ELEKTRO RAMA-prc_     

 

SYNTHAXX_     

 

DISCO_     

 

PROGRESSIVE_     

 

TRINITY_     

 

loop na 6 elektro     

 

ISKRZENIE 84db$_     

 

 

KLASYCZNiE

 

 

ARABIC_     

 

ALLODOLA 17%_     

 

DE II cd     

 

WIDLY     

 

CAB-A-RETY_