Archiwum autora: bassooner

Piwo Tenczynek – czy warto?

Tak więc, jak już gdzieś wspomniałem, z piątku na sobotę* (co wiele tłumaczy) po którymś tam Grodziskim (co jeszcze więcej tłumaczy) za namową Janusza P. (co nic nie tłumaczy), kupiłem alkohol w nocy, poprzez stronę internetową ww. Janusza P. i poprzez kuriera! Wszystko to zebrane do kupy, każe mi zastanowić się czy czasami nie upadłem na łeb, lub też czy piwo Grodziskie nie działa anty – asertywnie na konsumentów.

* kiedyś za studenckich czasów (uczelnia artystyczna dodam – co wiele tłumaczy) bywało raczej z piątku na niedzielę lub co grosza z czwartku na poniedziałek…

Ale dobra. Dziś na posesję wjechała paka z browarami i z napisem “UWAGA ŚWIEŻE PIWO”, co uważam za zaletę, bo w przypadku gdy mamy do czynienia z empatycznym kurierem piwoszem to przynajmniej nie będzie nam świgał tą paką na pace dostawczaka i natychmiastowa konsumpcja (z tych bocznych rozsuwanych drzwi) będzie możliwa!

Jeśli zaś napotkamy na kuriera z pomocnikiem, a tenże będzie trunkowy lub co gorsza wczorajszy i na ssaniu to no no… będzie musiał wykazać się nie lada siłą woli żeby w letni upał, gdzieś na trasie oprzeć się skutecznie kartonowi z napisem “ŚWIEŻE PIWO”!

Jak widać karton przewidziany jest dla większej ilości towaru, zatem po rozpakowaniu od razu poczułem się winny o te puste, niezagospodarowane przestrzenie – marketingowo duży plus! Następnym razem konsument w sposób naturalny ale też i z poczucia winy weźmie i kupi cały, pełny karton browarów (z żalu właśnie o te puste i niezagospodarowane kwadraciki, które wyglądają tak nędznie i żałośnie).

Butelka jak to butelka. Chyba lepiej, że jest plastikowa, bo nie stłucze się w podróży co mi zawsze spędza sen z powiek kiedy tacham browary w szkle do Bawarii! Co?!! Jak?!! Co on napisał??? – wozi drzewo do lasu, czyli piwo do Bawarii? Ano tak moi mili bo tam jest ogólnie słabo z ipami i apami więc je tam tacham – żeby szwagierka ze swoją siostrą (moją wspaniałą żoną zresztą) miały co siorbać z wieczora.

No żeby nie skłamać, coś tam się powoli rusza w kwestii fikuśnych piw ale ogólnie są w tej materii są za nami.

Ale wracając do butelki. Jako wielki plus poczytuję brak na niej tych wszystkich przymiotników, które mówią ci jak piwo smakuje zanim je zaczniesz pić, a właściwie jak ma lub miałoby smakować, gdyby coś nie pykło. Wiecie o czy mówię, te napisy z tyłu na etykiecie – ta głębia smaku, jakieś nie wiadomo jakie nuty, owoce, cytrusy, chmiele itp itd ale coś nie pykło. Komuś skarpeta wpadła do kadzi, a może bardziej wszystkie skarpety z pododdziału z piątkowej wymiany bielizny jak za komuny w armii albo utopiła się w niej małpa? Nie wiem. W efekcie czego pijesz piwo za prawie dziesięć zyla i zastanawiasz się czy nie lepiej było wyżymać ścierę i dolać trochę “białej co duszy nie plami” bo efekt byłby podobny albo i lepszy!

Dobra – reszta jutro, bo idę pić piwo… 😉 Jutro dowiecie się czy warto…

Jest jutro. Piwo przetestowane. Odpowiedź – warto. Warto bo to dobry lager. Nie za mocno gazowany i z fajnym, słodowym (jak to mówią) finiszem na języku.

Niepokojący jest tylko ten napis na butelce “Wypij piwo w przeciągu 72h od rozlewu”, co powoduje, że kupując cały karton (żeby nie mieć wyrzutów sumienia z powodu tych niezagospodarowanych kwadratowych przestrzeni) musisz wypić 12 litrowych flaszek w 72 godziny, a de facto w 48 godzin, bo 24 godziny już minęły od rozlania do dostarczenia przesyłki. Co wychodzi 6 litrów na dzień! Jedna osoba tego nie dokona… no dobra może dokona ale to już nie będzie, że tak powiem higieniczne. Tak więc albo trzeba zrobić w kilka osób ściepę na cały karton albo kupić mniej, co ze względu na koszty przesyłki (15 zł) przedraża nam niepotrzebnie zakup piwa.

Chyba coś mi tam strzeliło, albo nawet i pękło panie doktorze!

Kiedy po pięciu dniach od tego feralnego incydentu zacząłem chodzić z bólu po ścianach, nie wypiłem (przez pięć dni!) ani jednego jasnego pełnego ani nie zapaliłem fajki, żona w przypływie współczucia pomieszanego z niedowierzaniem, zawiozła mnie do doktora. A że była sobota po południu wypadło jechać do szpitala.

Skierowani zostaliśmy do drzwi, gdzie oczekiwał nas lekarz, młody pan ze wschodnim akcentem oraz pokerową miną. Mimika na jego twarzy nie występowała, a skóra tylko z lekka zmieniała naprężenie gdy o coś pytał. Wszedłem o kulach ale równie dobrze mógłbym wejść z odrąbaną toporem nogą, czy ręką, albo nawet przyczołgać się do biurka brocząc krwią, a jego twarz pozostałaby niewzruszona.

– Chyba coś mi tam strzeliło, albo nawet i pękło panie doktorze! – oznajmiłem od razu na wstępie wskazując w okolice rozporka.

W pachwinę, gdzie mnie bardzo bolało, wcisnął prawie cały kciuk wykluczając przepuklinę ale i tak obadał mnie w miarę delikatnie. Raz tylko przyłożył mi z piąchy w okolicach nerki. Ała! – wykrzyknąłem, na co on (w sumie nie wiem po co skoro wykrzyknąłem) zadał pytanie – Czy boli? No boli – odparłem – ale nie więcej niż normalnie tylko mnie pan tak mocno walnął, że zabolało. Okej – odpowiedział i wypisał skierowanie na na badanie krwi i moczu. (Może sam stwierdził, że przesadził z tym ciosem w nerę i teraz profilaktycznie sprawdzi czy nie mam krwi w sikach).

Zmiana lekarza

Kiedy po godzinie (musiałem wypić dwie zgagogenne kawy z automatu i kubek wody by z wielkim trudem wypełnić choć trochę pojemniczka na mocz) wróciliśmy z wynikami do gabinetu jego już nie było. W zamian oczekiwała nas młoda pani o głosie Myszki Miki.

– Proszę nie kopać drzwi od gabinetu! – przywitała nas bardzo serdecznie, kiedy żona próbowała nogą zaprzeć samo-zamykające się drzwi, które z wielką zaciętością (mocna sprężyna samozamykacza) taranowały moją prawą kulę.

Doczłapałem się jakoś do biurka, pojękując co rusz i z wyrazem cierpienia na twarzy, gdyż Ibuprom Max właśnie przestawał działać.

– Co pana boli? – zapytała wyciągając wnioski z moich pojękiwań, sapań i stękań, co niewątpliwie świadczyło o jej inteligencji oraz przenikliwym i analitycznym umyśle.

– A tu, w pachwinie – wskazałem palcem w dół – i to bardzo mocno, że jeszcze w życiu nic mnie tak mocno nie bolało. Dźwignąłem ciężar i coś mi tam chyba strzeliło albo nawet i pękło!

– Zobaczymy. Dam panu skierowanie na prześwietlenie.

– Można by też zrobić jakieś USG – zasugerowałem. – Bo jakby coś pękło to prześwietlenie jest okej, ale jakby strzeliło to chyba USG lepsze – zabłysnąłem swoją wiedzą w temacie tkanek łącznych, czyli kości, czyli tych co mogłyby mi pęknąć i tkanek miękkich, czyli tych co mogłyby mi strzelić.

– A widzi pan tutaj gdzieś aparat do USG – powiedziała złośliwie tym swoim głosikiem Myszki Miki, rozglądając się po gabinecie.

– Aparatu do rentgena też tutaj nie widzę – odbiłem piłeczkę – a skierowanie mi pani wypisała. No chyba, że go pani gdzieś tutaj skitrała pod biurkiem albo za szafą? He he… – chyba ją to troszkę zdenerwowało, bo zmarszczyło czoło.

– A jak ze stolcem? – zapytała ku mojemu zadziwieniu ucinając temat aparatów.

– No w porządku… – odparłem.

– Ale rozwolnienia nie było?

– No, nie…

– A gorączkuje pan?

– A wie pani że nawet nie wiem, ale czuję się tak jakbym gorączkował. Wczoraj na ten przykład położyłem się do łóżka w piżamie, dresie, a na to miałem dwie kołdry i koc i wciąż trzęsłem się jak osika! A może zmierzyła by mi pani temperaturę? – zapytałem spoglądając na leżący pomiędzy nami, na biurku, nowoczesny termometr skanujący wysokiej klasy.

– A może pan tu podejść – no tutaj to mnie “zastrzeliła”. Człowiek ledwie człapie, telepie go i może ma coś tam strzelone albo nawet i pęknięte, a ta nie może wstać z krzesła i zeskanować mi temperaturę z czoła!

– Nie dam rady proszę pani – odpowiedziałem, po czym stukając i szurając, sapiąc i stękając zacząłem się przysuwać z krzesłem do biurka. Następnie wyciągnąłem szyję jak E.T. dając jej do zrozumienia, że może przeskanować moje czoło.

– No faktycznie, stan podgorączkowy – potwierdziła. – Niech się pan położy na kozetkę. Zbadam pana.

Badanie

Z wielkim trudem (sapiąc i stękając) spróbowałem się położyć. Najpierw usiadłem, a później wciągnąłem jakoś lewą, bolącą niemiłosiernie w pachwinie nogę. Lekarka podeszła i dość energicznie (co już powinno wzmóc moją czujność i spowodować, że poprosiłbym o jakiś knebel żebym mógł na nim zagryźć moje cyrkonowe korony po dwa klocki za sztukę oraz wymusiłbym na żonie, siedzącej w poczekalni, żeby na chwilę zatkała uszy) chwyciła mnie za bolącą nogę, uniosła ją, zgięła w kolanie i wykręciła na bok! Spowodowało to mój przeraźliwy i ogłuszający krzyk, a cały gabinet i poczekalnia wypełniły się gardłowym rykiem mężczyzny w sile wieku. Żona zdenerwowana weszła do gabinetu – Co się tu wyprawia?!! – zapytała.

– Spokojnie, ja tylko sprawdzałam zakres ruchów – odpowiedziała jak gdyby nigdy nic lekarka.

– Zakres??? – wyjęczałem. – Jaki zakres??? Ja proszę pani nie mam żadnego zakresu! Przecież mówiłem pani, że chyba mi coś tam strzeliło! Albo nawet i pękło! A jak nie pękło wcześniej, to na pewno pękło teraz. I że mnie w życiu jeszcze nic tak nie bolało, jak ta noga! A pani mi ją wykręca??? Ot tak? Po prostu! Aha! To dlatego pytała pani czy nie mam rozwolnienia? Tak? Żebym przy “badaniu zakresu” nie popuścił na kozetkę, czy co?

– Oj. Nie widziałam, że aż tak pana boli – widać spuściła trochę z tonu. – Tu ma pan skierowanie na rentgen. Żona może pana nawet zawieźć! – powiedziała wspaniałomyślnie.

Rentgen

Ocierając łzę, która zrosiła me lico “przy badaniu zakresu”, zsunąłem się z kozetki wprost na wózek, który żona przytomnie podstawiła żebym nie zsunął się na podłogę, po czym udaliśmy się na prześwietlenie, gdzie oczekiwał nas technik.

Pan technik mężczyzna, miał więcej empatii i delikatności, niż pani doktor kobieta. Pomógł mi stanąć przy aparacie, po czym szybciutko czmychnął do pomieszczenia za szklaną szybą i pstryknął zdjęcie. 

– Mogą państwo już wrócić do pani doktor, zdjęcie już jest w systemie.

Wróciliśmy do pani Myszki Miki o delikatności nosorożca.

– I co? – zapytała – patrząc się w monitor.

– W sensie? – wzruszyłem ramionami nie wiedząc, co ma na myśli.

– No czy jest załamanie, czy nie?

– No ja nie wiem proszę pani…

– A co powiedzieli tam na górze? Co powiedział pan technik?

– No nic…

– Aha… – zakłopotała się. – A niech no pan tutaj spojrzy – i odwróciła monitor w moją stronę. Było na nim zdjęcie mojej miednicy, a konkretnie moich stawów biodrowych. – Ten, tutaj – pokazała palcem – nie różni się chyba niczym, od tego tutaj, czyli od tego co pana boli, więc chyba nie ma złamania? – dokończyła uradowana i zauważyłem, że kamień spadł jej z serca, że mi nic nie połamała przy “badaniu zakresu”. –  Jak pan sądzi? – dodała.

Dużo było tych “chyba” więc spojrzałem okiem znawcy (od tkanek łącznych) na monitor – Ma pani całkowitą rację! Faktycznie! Kościec cały i to o dziwo nawet po badaniu zakresu! Domniemam więc, że raczej nic mi tam nie pękło, a najprawdopodobniej tylko strzeliło. No w najgorszym układzie czworogłowy mógł się zupełnie oddzielić od biodra – stąd ten mój okrzyk, które chwilę temu wypełnił pół oddziału, a pacjentom w poczekalni dał do myślenia. Czy mogę wobec tego udać się do domu? Położę się gdzieś z kąciku, a żona przywali mnie trzema kołdrami…

– Tak oczywiście, zapiszę tylko panu jakieś leki przeciwbólowe oraz wypiszę skierowanie do chirurga.

W poniedziałek zarejestrowałem się do chirurga, ale że noga powoli przestaje mnie już boleć – widać zrasta się to co strzeliło – to całkiem możliwe że odwołam tę zaplanowaną na dwa tysiące dwudziesty pierwszy rok wizytę.

Kozia bródka

“Kochanie! A może przejechalibyśmy się do lasu na grzyby?”

Kiedy w końcu twoja żona (lub mąż) walnie na jesień tym tekstem, który słyszysz co prawda każdej jesieni, ale wciąż jest dla ciebie bardziej jak walniecie młotka w potylicę niż zaproszenie do przygody, nie pozostaje ci nic innego, jak wyjazd do lasu. Przy okazji zastanawiasz się, po co wczoraj przez pół dnia myłeś, woskowałeś i odkurzałeś samochód i czy podróż po drogach nieutwardzonych, nie zaszkodzi dopiero co wymienionym przez ciebie “we warstacie ze Zygą” (o Jezu jak ten łeb bolał na drugi dzień!) końcówkom drążków sterowniczych?

– Las. Tak kochanie – mówi twoja żona (lub mąż) – tam odpoczniesz. Cisza, spokój, szum drzew, słowem: łono natury, a przy okazji nazbieramy grzybów! Czy ty wiesz ile kosztuje taka tyciunia torebusia suszonych podgrzybków? O prawdziwkach w ogóle nie ma co mówić!

No tak, za młodych lat las i łono kojarzyło ci się z naturą ale w nieco innym wydaniu, teraz już tylko ze spokojem, szumem drzew i grzybami…

Jedziecie. Kończy się droga utwardzona, a ty zauważasz, że luzy były nie tylko na końcówkach drążków sterowniczych, bo na dziurach ewidentnie coś stuka w prawym, przednim kole. “Może to łącznik stabilizatora?” – myślisz sobie – znowu “warstat, znowu Zyga i znowu będzie łeb bolał” . W lesie okazuje się, że twoja żona nie była jedyną, która nalegała na ten wyjazd. Samochodów jest tyle, że nie ma gdzie zaparkować, a między drzewami widać tłum ludzi.

Wszyscy kręcą się w kółko z wiaderkami i koszykami, a niektórzy w ogóle bez niczego, jakby się pogubili. Gdzieniegdzie wokół dorosłych biegają dzieciaki, bawiąc się w berka. Faceci chodzą lekko chwiejnym krokiem z fajkami w gębach, dzierżąc w dłoniach puszki z browarami. Jeden gdzieś z boku sika pod drzewo, a dwóch, obok miejsca gdzie udało ci się zaparkować, w ogóle nie wyszło z samochodu i robią flaszkę: “Walniemy połówkę i pójdziemy w moje miejsce Zdzisiu – mówi jeden ochrypłym głosem. – Tam grzyby będziemy kosą kosić!”.

– Kochanie nie martw się – uspakaja ona – dziesięciu idzie, a jedenasty zbiera! Pójdziemy głębiej w las, tam na pewno będzie mniej “grzybiarzy”.

Po półgodzinnym szybkim marszu w knieje i zgarnięciu po drodze przy pomocy twarzy, kilkunastu pajęczyn z wielkimi i tłustymi “pajorami”, uwalniacie się w końcu od innych. Faktycznie jest spokój i cisza. No, może z lekka zmącona pytaniem, które gdzieś ci tam pika głęboko w głowie – czy jesteśmy w stanie trafić z powrotem do auta? Ale nic to. Zaczynamy zbierać!

Grzybów nie widać. Widać za to, że przed wami byli tu już inni – wypłowiałe paczki po tanich fajkach, puszki po Żubrach i plastikowe butelki leżą sobie wygodnie na poszyciu z zielonego mchu. Zbierasz je do koszyka niczym grzyby, a co masz zrobić? Przecież nie zostawisz tego syfu w takim pięknym miejscu.

Po godzinie “grzybobrania” koszyk jest już pełen. Przeważają głownie puszki po piwach o swojskich nazwach typu: Poker, Kuflowe, VIP, a nawet piwo o nazwie Piwo z Tesco! Są też plastikowe butelki o różnych pojemnościach, paczki po fajkach, opakowania po ciastkach, jedna”emerytka” po Żołądkowej Gorzkiej i zelówka. Najciekawsze jest jednak to, że jesteś z siebie zadowolony. Posprzątałeś przecież las! Metamorfoza zaś zaszła całkowicie niezauważalnie – po prostu w którymś momencie zamiast wypatrywać grzybów, przerzuciłeś się na puszki, butelki i pudełka, traktując je jako trofea równe najpiękniejszym prawdziwkom!

Żona zresztą podobnie, a rywalizacja po pewnym czasie przybrała tak ostrą formę, że o butelkę po Fancie prawie się nie pokłóciliście

– Ja ją pierwsza wypatrzyłam! Jest moja! – dzielnie atakowała.

– Ale ja do niej pierwszy dobiegłem – odparłeś.

– Bo mi podstawiłeś nogę i się przewróciłam! To jest nie fair! Sędzia by tego nie uznał! Dostałbyś czerwoną!

– A widzisz tu gdzieś sędziego? No chyba że liczysz tego kruka, co kracze gdzieś nad nami? – zaśmiałem się.

– Na pewno ma więcej oleju w głowie niż ty i jest bardziej fair! A na pewno nie podstawiłby nogi swojej pani krukowej!

– Jak już, to mógłby jej co najwyżej skrzydło podstawić, chi, chi – zachichotałem.

– Nieważne! Skrzydło czy nóżka. Skrzydła by jej też nie podstawił, jak ty mi nogi.

– Boś hycała jak kózka przez te chaszcze. Sama się o to prosiłaś. Ale przyznaję, że wcale zgrabnie hycałaś! Z taką gracją, jak kozica wręcz!

– Żebym ci nie powiedziała jak nazywa się samiec kozy, mądralo?

– ??? – udałem że nie wiem, robiąc głupią minę.

– Kozia bródka!!! – krzyknęła nagle.

– Co? Samiec kozy to “kozia bródka”? Ma bródkę, to fakt, zresztą pani koza też ma, ale z tego co pamiętam, pan koza to cap.

– “Kozia bródka” capie! (No i w końcu mnie tak nazwała). Tam! – pokazywała ręką gdzieś za moje plecy – I to jaka wielka! Będzie obiad dla całej rodziny! Mniam! – odwróciłem głowę i faktycznie zauważyłem coś białego w mchu.

– To pewnie jakiś trujak.

– To kozia bródka, czyli szmaciak gałęzisty, a właściwie siedzuń sosnowy – sypała nazwami jak z rękawa, jak jakiś mikrobiolog, czy jakoś tak.

– Co? Ten kalafior? Ten “szmaciak”? Chyba żartujesz? To jadalne w ogóle jest? – nie kryłem zdziwienia.

– I to jeszcze jak! I jaki smaczny! Bierzemy go i zwijamy się do domu. Mamy dwie kuszki śmieci, trochę podgrzybków i kozią bródkę. I wystarczy. No!

Jednak “pikanie” w głowie mnie nie zmyliło. Faktycznie nie mogliśmy odnaleźć drogi do samochodu. Na szczęście spotkaliśmy dwóch panów idących pod rękę (co to po flaszce mieli iść grzyby kosą kosić) i pokazali nam właściwą drogę. Dalej już kierowaliśmy się odgłosem łamanych gałęzi, krzykami dzieciarni oraz charakterystycznym bekaniem, które występuje u facetów, po wypiciu minimum trzech, tanich piw.

Po przyjeździe do domu ochoczo zabraliśmy się przygotowania “koziej bródki” – przepis (KLIK).

Makaron w sosie grzybowym z koziej bródki*

*celowo uściślam, że “grzybowy”, żeby komuś nie przyszły do łepetyny, jakieś dziwne nadinterpretacje…

Moi kochani, jeśli udało Wam się znaleźć w lesie kozią bródkę, czyli grzyba dawniej zwanego szmaciak gałęzisty, a obecnie siedzuń sosnowy to macie farta, ponieważ:

– primo raz – można z niego upichcić bardzo szybko, bardzo smaczną i niecodzienną potrawę, która wprowadzi nieco finezji w Waszym menu, szczególnie jeśli jego rdzeń opiera się na schabowym, pyrkach z gzikiem i sznytką ze smalcem,

– primo dwa – można go spokojnie konsumować (dowód: zjadłem go i przeżyłem) a nie mam tutaj na myśli, ewentualnych dolegliwości żołądkowych, gdyż pomylić go z innym nie sposób*, a raczej fakt, że do roku dwa tysiące czternastego był pod ochroną,

– primo trzy – jeden grzyb wystarczy na obiad dla czterech osób, ewentualnie dla dwóch głodomorów, gdyż jest dużych rozmiarów,

*Jeśli jednak pomylicie go z innym, grzybem, to w grę wchodzą tylko dwie możliwości:

– siedzuń jodłowy – tego również możecie zjeść, tylko że nielegalnie, gdyż jest, w przeciwieństwie do Puszczy Białowieskiej, pod ochroną – a fe! no panie ministrze, jak to było? – “czyńcie sobie ziemię poddaną…” a tutaj taki mały grzybek i nie można go zjeść? (sorki, że pozwoliłem sobie na taką małą złośliwość),

– koralówka złocista – tu może być ciut gorzej bo, co prawda młodą można zjeść, jednak od starej (jeśli zdołacie, bo ponoć są bardzo gorzkie) może rozboleć brzuszek, a kibelek powinien być w zasięgu kilku szybkich kroków,

A więc, jeśli znajdziecie w lesie coś takiego:

to musicie go porządne opłukać, odcedzić w durszlaku, a następnie wrzucić do gotującej wody na dwie minutki. Następnie wyjąć i podsmażyć na masełku (cholera wiem, że drogie ale jak powiada mędrzec – dobra zmiana wypełni się, jeśli koń z Janowa będzie w cenie kostki masła) troszkę cebulki, dodać kozią bródkę, jeszcze trochę podsmażyć, a później tylko podlać kremówką, lekko zagotować i danie gotowe! Jeśli oczywiście zawczasu ugotowaliście makaron…

A wygląda to tak:

Bon appétit…

Do ministra Szyszki

Do ministra Szyszki, drwali oraz straży leśnej z Puszczy Białowieskiej

 

W zeszłym tygodniu, po przejściu orkanu Ksawerego ugrzęzłem na kilka godzin na stacji kolejowej Poznań Główny.

Przyczyna* była jak zwykle – w przypadku silnych wiatrów ta sama (nie nie jadłem fasolki) – czyli poobalane na trakcję drzewa. Mam przeto ogromną prośbę! Czy nie zechciałby Pan skierować tutaj tych dżentelmenów z puszczy, czyli przerzucić drwali na torowiska? Zamiast ciąć puszczę Białowieską – bo przecież drwale ciąć coś muszą – powycinaliby drzewa rosnące wzdłuż torów! Nie mieliby na karku tych ćpunów i lewaków finansowanych przez Sorosa, czyli tych niby ekologów (kto by tam w to uwierzył) i mogliby sobie spokojnie rżnąć.

Natomiast ci uprzejmi i eleganccy mężczyźni ze Straży Leśnej mogliby mieć w końcu chwile wolnego i rzucić się z podobnym entuzjazmem co na “ekologów” w domowe pielesze oraz ramiona stęsknionych żon! Wilk byłby wtedy lub przynajmniej na razie syty (myślę o wszystkich pałających nieodpartą chęcią wyrżnięcia większości drzewostanu w Polsce) i owca czyli puszcza cała! Ja natomiast nie narzekałbym na przewracające się na trakcje kolejową drzewa.

Pozdrawiam drwali życząc miłego rżnięcia…

* Przyczyny mogą być też inne, na przykład w czasie zim przyczyną są niskie temperatury (szyny wykonane są z metalu, a metal pod wpływem niskich temperatur się kurczy) a latem wysokie temperatury (a pod wpływem wysokich rozszerza) przez to trasa z punktu A do punktu B wydłuża się lub skraca. Ale to już temat na osobny artykuł.