Archiwum autora: bassooner

PKP ad libitum

Dzień dobry mili Państwo! Piszę do Was po dłuższej przerwie i niestety od razu zacznę od narzekania. Tak więc w piątek, 10 marca bieżącego roku poszedłem na dworzec kolejowy w Szamotułach (czule zwanych Szamoni) z zamiarem skorzystania z Państwa usług, czyli mówiąc krótko, udania się w podróż, jak co dzień, pociągiem do pracy. 

Pociąg miał planowo odjechać ze stacji o godzinie 8.49 i jak zapewne już się domyślacie, nie odjechał bo był opóźniony. Ale przecież to nie żadna nowina, bo codzienne opóźnienia pociągów to w zasadzie norma. Pięć, dziesięć, czy piętnaście minut to jest czas, który podróżni mają wkalkulowany w swoją codzienność korzystania z usług PKP i co mnie dziwi ale chyba bardziej zaciekawia, to brak nerwowej reakcji na te przygnębiające komunikaty (“pociąg relacji… przyjedzie z… opóźnieniem” lub “pociąg z… do… jest opóźniony”) ze strony podróżnych. 

Myślę, że jest to już kwestia przyzwyczajenia. Wiele lat takiej sytuacji spowodowało, że np. młodzi pasażerowie nigdy w swoim młodym życiu nie doświadczyli punktualności pociągów i dla nich to norma. Słońce świeci, deszcz pada, po zimie nadchodzi wiosna, kula ziemska się obraca, a Polskie Koleje Państwowe jeżdżą ad libitum (według upodobania). 

Celowo użyłem tutaj muzycznego sformułowania ad libitum, ponieważ tego dnia, jako muzyk Teatru Muzycznego w Poznaniu jechałem do pracy zagrać o godzinie 11.00 przedstawienie “Piękna i Bestia” i o jakimkolwiek spóźnieniu nie mogło być w ogóle mowy. Miałem też “zapas”.

Dojeżdżam banami (poznańskie określenie na pociągi) do Poznania już od roku 1988 i przeżyłem w nich nie jedno: od gotowania pasażerów żywcem w starych, brązowych piętrusach przy włączonym ogrzewaniu w lecie, zamrażanie przy -18 na zewnątrz przy niedziałającym ogrzewaniu wewnątrz, po zaspy śniegu wewnątrz wagonów, czy też pominięcie jednej stacji na trasie! Serio! Maszynista zapomniał zatrzymać się w Baborówku. Widziałem tych zdumionych i smutnych ludzi, którzy stojąc na tej stacji mieli nadzieję że wsiądą do pociągu. Przyznać trzeba, że ten fatalny błąd został szybciutko naprawiony, ponieważ maszynista “dał po hamplach”, wbił wsteczny i ku zadowoleniu pasażerów z Baborówka, cofnęliśmy się po nich. Ach jakaż była ich radość!

Ale “zapas” jest rzeczą kluczową, ponieważ godzina odjazdu i przyjazdu są w zasadzie ad libitum. Tak więc mój pociąg powinien być (teoretycznie) na miejscu o godzinie 09.19, pracę miałem zacząć o godzinie 11.00 więc “zapas” był w porządku. Jednak opóźnienie pociągu 119 minut zniweczyło nawet tak spory “zapas” i chcąc – nie chcąc (bardziej nie chcąc) wsiadłem do mojej Lancii i pognałem nią do pracy. Oczywiście i na szczęście zdążyłem. 

Zdążyłem jadąc samochodem, a co za tym idzie nie korzystając z mojego miesięcznego biletu, który nabyłem za sumę 300,80 zł. Kupiłem bilet, który tego dnia okazał się bezużyteczny więc wisicie mi kasę za paliwo.

Nie raz widziałem gapowiczów, czasami działających z premedytacją (może się uda) lub też z nieświadomości i niewiedzy, że kiedy konduktor do nich podejdzie to kupią u niego bilet (prawo stanowi inaczej i to pasażer musi iść do konduktora). Byli z reguły traktowani bezpardonowo otrzymując wysokie mandaty. Nie dotrzymywali warunków umowy – nie mieli biletu więc musieli płacić za niewywiązanie się z umowy Pasażer – Przewoźnik. 

W moim, naszym przypadku również dochodzi do niewywiązania się z umowy Pasażer – Przewoźnik. Ja – ponoszę koszty, kupuję bilet miesięczny za ponad trzy stówy z nadzieją, że będę “na niego” dojeżdżał do pracy, czyli zawieram z Wami umowę, po czym zmuszony jestem jechać Lancią. Wy – zarabiacie, sprzedając mi bilet za ponad trzy stówy, zawieracie ze mną umowę i nie wywiązujecie się z niej (pojechałem Lancią) ot i tyle w temacie. 

Reasumując “krewni” mi jesteście cztery dychy za paliwo, oddajecie, jesteśmy kwita i jest po sprawie. 

To oczywiście wariant optymistyczny bo ciekaw jestem co też takiego wymyślicie żeby się wymigać? Trzęsienie ziemi? Tornado? Godzilla na trasie zaatakowała pociąg? Bo padał deszcz? (faktycznie wtedy padało). Koniunkcja Wenus i Jowisza? Proszę zaskoczcie mnie, walnijcie się w klatę i zaproponujcie jakąś sensowną propozycję zwrotu poniesionych przeze mnie kosztów. Pozdrawiam życząc miłego tygodnia.

No i Prosz! Jest Odpowiedź… co prawda odmowna ponieważ do reklamacji nie dołączyłem:

  • „kopii dokumentów dotyczących zawarcia umowy przewozu”,
  • „potwierdzonych kopii innych dokumentów związanych z rodzajem i wysokością roszczenia” oraz nie udokumentowałem:
  • „kosztów dodatkowych poniesionych z opóźnieniem pociągu” co i tak nie ma żadnego znaczenia ponieważ:
  • primo – pociąg nie był ani interREGIO ani superREGIO tylko REGIO a ich  reklamacje się nie tyczą (to jest bardzo dobry przepis!) oraz
  • secundo: byłem posiadaczem biletu okresowego, którego częściowe zwroty również się nie tyczą (to jest również bardzo dobry przepis!), to moja reklamacja nie może być uwzględniona…

Reklamacja butów sportowych marki Adidas

Dzień dobry mili Państwo!

Dnia 26 maja roku Pańskiego 2022, zakupiłem dla mojego syna za “jedyne” 734 złote, 99 grosze, obuwie sportowe marki Adidas. Zdecydowaliśmy się na zakup, tych (nie oszukujmy się) nie tanich butów ze względu na ich jakość, wytrzymałość, wykonanie, prestiż i design. 

Po trzech miesiącach (!) z owych wymienionych pięciu zalet pozostał w zasadzie tylko design, pod warunkiem, że ktoś nie zerknie do środka buta, ponieważ oba przetarły się w okolicach pięty, a co za tym idzie ich prestiż, wykonanie, wytrzymałość oraz jakość uleciały jak ongiś przyjaźń między Adolfem, a Rudolfem Dasslerami (dla niewtajemniczonych to bracia, którzy założyli Adidasa, zaś pokłócili się w efekcie czego Rudolf założył Pumę).

Należy jeszcze dodać (choć może się to wydać dla niektórych nie oczywiste), że mój syn posiada jeszcze inne obuwie na zmianę do codziennego użytkowania. Dodatkowo gra w piłkę nożną w butach do piłki nożnej, a w upały (które akurat tego roku dopisywały) chodził w sandałach, klapkach lub na boso. 

Reasumując:

z okresu użytkowania wyżej wymienionego obuwia marki Adidas (za“jedyne” 734 złote, 99 grosze) pozostaje może z jeden miesiąc “noszenia na nodze”, czyli idąc dalej w wyliczenia – pewnie ze 120 godzin realnego użytkowania. Zakładając że syn “zakładał” Adidasy, średnio na 4 godziny dziennie – (on przecież nie chodzi przez cały dzień, śpi w nocy –  co prawda kopie nogami, ale bez butów, a w domu używa klapek) – wniosek dla Adidasa wypada ogólnie słabo, a nawet bardzo słabo.

Słabo dla prestiżu Waszej firmy, bo takie dziury po 120 godzinach użytkowania przez 14 – letnie dziecko, no dobra – nastolatka (żeby się nie obraził), który przecież nie waży sto kilogramów, a coś koło pięćdziesięciu, to jakaś porażka przecież jest.

Aha! No i najważniejsze, bo bym zapomniał. Ja oczywiście już wnosiłem ową reklamację.

Oficjalnie przez sklep, w który nabyłem je drogą zakupu – trafiły do jakiegoś rzeczoznawcy, który napisał cytuję: Wada powstała poprzez ruch stopy wewnątrz buta podczas chodzenia – jest to uszkodzenie mechaniczne. Zgodnie z art. 556 KC oddalam reklamację.

Ustosunkuję się już tylko króciutko do tej niesłusznej opinii. “Ruch stopy wewnątrz buta” – pokażcie mi mili Państwo but w którym nie dochodzi do jakiegoś ruchu stopy??? Od razu odpowiem, że takich butów nie ma, to fizycznie nie jest możliwe!… no dobra, może poza butami z betonu lanymi wprost na gołe stopy, ewentualnie założonym numerem 39 na stopę o numerze 44, lub może jeśli komuś kowadło spadło na trzewik i w porę nie zdąży go ściągnąć… Wtedy tak. Wtedy stopa w pełni wypełni cały but i wtedy faktycznie może nie dojść do “ruchu stopy wewnątrz obuwia”. 

Są to jednak sytuacje ekstremalne (beton), smutne (za małe buty) i dramatyczne (kowadło) i raczej nie idźmy tym torem. Uważam, że “ruch stopy” po 120 godzinach użytkowania nie powinien skutkować dziurą, czy też przetarciem na zapiętkach i po prostu coś jest “nie teges” z materiałem użytym wewnątrz buta, słowem on jest słaby. Za słaby jak na tę markę, jej prestiż, jakość wykonania i solidność. 

Wnoszę zatem o pozytywne rozpatrzenie mojej reklamacji. Jeśli nie to będę Wam robił “czarny pijar” wśród moich znajomych i zachwalał wszystkie inne buty sportowe, włączenie z Pumą!!!

Piwo Tenczynek – czy warto?

Tak więc, jak już gdzieś wspomniałem, z piątku na sobotę* (co wiele tłumaczy) po którymś tam Grodziskim (co jeszcze więcej tłumaczy) za namową Janusza P. (co nic nie tłumaczy), kupiłem alkohol w nocy, poprzez stronę internetową ww. Janusza P. i poprzez kuriera! Wszystko to zebrane do kupy, każe mi zastanowić się czy czasami nie upadłem na łeb, lub też czy piwo Grodziskie nie działa anty – asertywnie na konsumentów.

* kiedyś za studenckich czasów (uczelnia artystyczna dodam – co wiele tłumaczy) bywało raczej z piątku na niedzielę lub co grosza z czwartku na poniedziałek…

Ale dobra. Dziś na posesję wjechała paka z browarami i z napisem „UWAGA ŚWIEŻE PIWO”, co uważam za zaletę, bo w przypadku gdy mamy do czynienia z empatycznym kurierem piwoszem to przynajmniej nie będzie nam świgał tą paką na pace dostawczaka i natychmiastowa konsumpcja (z tych bocznych rozsuwanych drzwi) będzie możliwa!

Jeśli zaś napotkamy na kuriera z pomocnikiem, a tenże będzie trunkowy lub co gorsza wczorajszy i na ssaniu to no no… będzie musiał wykazać się nie lada siłą woli żeby w letni upał, gdzieś na trasie oprzeć się skutecznie kartonowi z napisem „ŚWIEŻE PIWO”!

Jak widać karton przewidziany jest dla większej ilości towaru, zatem po rozpakowaniu od razu poczułem się winny o te puste, niezagospodarowane przestrzenie – marketingowo duży plus! Następnym razem konsument w sposób naturalny ale też i z poczucia winy weźmie i kupi cały, pełny karton browarów (z żalu właśnie o te puste i niezagospodarowane kwadraciki, które wyglądają tak nędznie i żałośnie).

Butelka jak to butelka. Chyba lepiej, że jest plastikowa, bo nie stłucze się w podróży co mi zawsze spędza sen z powiek kiedy tacham browary w szkle do Bawarii! Co?!! Jak?!! Co on napisał??? – wozi drzewo do lasu, czyli piwo do Bawarii? Ano tak moi mili bo tam jest ogólnie słabo z ipami i apami więc je tam tacham – żeby szwagierka ze swoją siostrą (moją wspaniałą żoną zresztą) miały co siorbać z wieczora.

No żeby nie skłamać, coś tam się powoli rusza w kwestii fikuśnych piw ale ogólnie są w tej materii są za nami.

Ale wracając do butelki. Jako wielki plus poczytuję brak na niej tych wszystkich przymiotników, które mówią ci jak piwo smakuje zanim je zaczniesz pić, a właściwie jak ma lub miałoby smakować, gdyby coś nie pykło. Wiecie o czy mówię, te napisy z tyłu na etykiecie – ta głębia smaku, jakieś nie wiadomo jakie nuty, owoce, cytrusy, chmiele itp itd ale coś nie pykło. Komuś skarpeta wpadła do kadzi, a może bardziej wszystkie skarpety z pododdziału z piątkowej wymiany bielizny jak za komuny w armii albo utopiła się w niej małpa? Nie wiem. W efekcie czego pijesz piwo za prawie dziesięć zyla i zastanawiasz się czy nie lepiej było wyżymać ścierę i dolać trochę „białej co duszy nie plami” bo efekt byłby podobny albo i lepszy!

Dobra – reszta jutro, bo idę pić piwo… 😉 Jutro dowiecie się czy warto…

Jest jutro. Piwo przetestowane. Odpowiedź – warto. Warto bo to dobry lager. Nie za mocno gazowany i z fajnym, słodowym (jak to mówią) finiszem na języku.

Niepokojący jest tylko ten napis na butelce „Wypij piwo w przeciągu 72h od rozlewu”, co powoduje, że kupując cały karton (żeby nie mieć wyrzutów sumienia z powodu tych niezagospodarowanych kwadratowych przestrzeni) musisz wypić 12 litrowych flaszek w 72 godziny, a de facto w 48 godzin, bo 24 godziny już minęły od rozlania do dostarczenia przesyłki. Co wychodzi 6 litrów na dzień! Jedna osoba tego nie dokona… no dobra może dokona ale to już nie będzie, że tak powiem higieniczne. Tak więc albo trzeba zrobić w kilka osób ściepę na cały karton albo kupić mniej, co ze względu na koszty przesyłki (15 zł) przedraża nam niepotrzebnie zakup piwa.

Chyba coś mi tam strzeliło, albo nawet i pękło panie doktorze!

Kiedy po pięciu dniach od tego feralnego incydentu zacząłem chodzić z bólu po ścianach, nie wypiłem (przez pięć dni!) ani jednego jasnego pełnego ani nie zapaliłem fajki, żona w przypływie współczucia pomieszanego z niedowierzaniem, zawiozła mnie do doktora. A że była sobota po południu wypadło jechać do szpitala.

Skierowani zostaliśmy do drzwi, gdzie oczekiwał nas lekarz, młody pan ze wschodnim akcentem oraz pokerową miną. Mimika na jego twarzy nie występowała, a skóra tylko z lekka zmieniała naprężenie gdy o coś pytał. Wszedłem o kulach ale równie dobrze mógłbym wejść z odrąbaną toporem nogą, czy ręką, albo nawet przyczołgać się do biurka brocząc krwią, a jego twarz pozostałaby niewzruszona.

– Chyba coś mi tam strzeliło, albo nawet i pękło panie doktorze! – oznajmiłem od razu na wstępie wskazując w okolice rozporka.

W pachwinę, gdzie mnie bardzo bolało, wcisnął prawie cały kciuk wykluczając przepuklinę ale i tak obadał mnie w miarę delikatnie. Raz tylko przyłożył mi z piąchy w okolicach nerki. Ała! – wykrzyknąłem, na co on (w sumie nie wiem po co skoro wykrzyknąłem) zadał pytanie – Czy boli? No boli – odparłem – ale nie więcej niż normalnie tylko mnie pan tak mocno walnął, że zabolało. Okej – odpowiedział i wypisał skierowanie na na badanie krwi i moczu. (Może sam stwierdził, że przesadził z tym ciosem w nerę i teraz profilaktycznie sprawdzi czy nie mam krwi w sikach).

Zmiana lekarza

Kiedy po godzinie (musiałem wypić dwie zgagogenne kawy z automatu i kubek wody by z wielkim trudem wypełnić choć trochę pojemniczka na mocz) wróciliśmy z wynikami do gabinetu jego już nie było. W zamian oczekiwała nas młoda pani o głosie Myszki Miki.

– Proszę nie kopać drzwi od gabinetu! – przywitała nas bardzo serdecznie, kiedy żona próbowała nogą zaprzeć samo-zamykające się drzwi, które z wielką zaciętością (mocna sprężyna samozamykacza) taranowały moją prawą kulę.

Doczłapałem się jakoś do biurka, pojękując co rusz i z wyrazem cierpienia na twarzy, gdyż Ibuprom Max właśnie przestawał działać.

– Co pana boli? – zapytała wyciągając wnioski z moich pojękiwań, sapań i stękań, co niewątpliwie świadczyło o jej inteligencji oraz przenikliwym i analitycznym umyśle.

– A tu, w pachwinie – wskazałem palcem w dół – i to bardzo mocno, że jeszcze w życiu nic mnie tak mocno nie bolało. Dźwignąłem ciężar i coś mi tam chyba strzeliło albo nawet i pękło!

– Zobaczymy. Dam panu skierowanie na prześwietlenie.

– Można by też zrobić jakieś USG – zasugerowałem. – Bo jakby coś pękło to prześwietlenie jest okej, ale jakby strzeliło to chyba USG lepsze – zabłysnąłem swoją wiedzą w temacie tkanek łącznych, czyli kości, czyli tych co mogłyby mi pęknąć i tkanek miękkich, czyli tych co mogłyby mi strzelić.

– A widzi pan tutaj gdzieś aparat do USG – powiedziała złośliwie tym swoim głosikiem Myszki Miki, rozglądając się po gabinecie.

– Aparatu do rentgena też tutaj nie widzę – odbiłem piłeczkę – a skierowanie mi pani wypisała. No chyba, że go pani gdzieś tutaj skitrała pod biurkiem albo za szafą? He he… – chyba ją to troszkę zdenerwowało, bo zmarszczyło czoło.

– A jak ze stolcem? – zapytała ku mojemu zadziwieniu ucinając temat aparatów.

– No w porządku… – odparłem.

– Ale rozwolnienia nie było?

– No, nie…

– A gorączkuje pan?

– A wie pani że nawet nie wiem, ale czuję się tak jakbym gorączkował. Wczoraj na ten przykład położyłem się do łóżka w piżamie, dresie, a na to miałem dwie kołdry i koc i wciąż trzęsłem się jak osika! A może zmierzyła by mi pani temperaturę? – zapytałem spoglądając na leżący pomiędzy nami, na biurku, nowoczesny termometr skanujący wysokiej klasy.

– A może pan tu podejść – no tutaj to mnie „zastrzeliła”. Człowiek ledwie człapie, telepie go i może ma coś tam strzelone albo nawet i pęknięte, a ta nie może wstać z krzesła i zeskanować mi temperaturę z czoła!

– Nie dam rady proszę pani – odpowiedziałem, po czym stukając i szurając, sapiąc i stękając zacząłem się przysuwać z krzesłem do biurka. Następnie wyciągnąłem szyję jak E.T. dając jej do zrozumienia, że może przeskanować moje czoło.

– No faktycznie, stan podgorączkowy – potwierdziła. – Niech się pan położy na kozetkę. Zbadam pana.

Badanie

Z wielkim trudem (sapiąc i stękając) spróbowałem się położyć. Najpierw usiadłem, a później wciągnąłem jakoś lewą, bolącą niemiłosiernie w pachwinie nogę. Lekarka podeszła i dość energicznie (co już powinno wzmóc moją czujność i spowodować, że poprosiłbym o jakiś knebel żebym mógł na nim zagryźć moje cyrkonowe korony po dwa klocki za sztukę oraz wymusiłbym na żonie, siedzącej w poczekalni, żeby na chwilę zatkała uszy) chwyciła mnie za bolącą nogę, uniosła ją, zgięła w kolanie i wykręciła na bok! Spowodowało to mój przeraźliwy i ogłuszający krzyk, a cały gabinet i poczekalnia wypełniły się gardłowym rykiem mężczyzny w sile wieku. Żona zdenerwowana weszła do gabinetu – Co się tu wyprawia?!! – zapytała.

– Spokojnie, ja tylko sprawdzałam zakres ruchów – odpowiedziała jak gdyby nigdy nic lekarka.

– Zakres??? – wyjęczałem. – Jaki zakres??? Ja proszę pani nie mam żadnego zakresu! Przecież mówiłem pani, że chyba mi coś tam strzeliło! Albo nawet i pękło! A jak nie pękło wcześniej, to na pewno pękło teraz. I że mnie w życiu jeszcze nic tak nie bolało, jak ta noga! A pani mi ją wykręca??? Ot tak? Po prostu! Aha! To dlatego pytała pani czy nie mam rozwolnienia? Tak? Żebym przy „badaniu zakresu” nie popuścił na kozetkę, czy co?

– Oj. Nie widziałam, że aż tak pana boli – widać spuściła trochę z tonu. – Tu ma pan skierowanie na rentgen. Żona może pana nawet zawieźć! – powiedziała wspaniałomyślnie.

Rentgen

Ocierając łzę, która zrosiła me lico „przy badaniu zakresu”, zsunąłem się z kozetki wprost na wózek, który żona przytomnie podstawiła żebym nie zsunął się na podłogę, po czym udaliśmy się na prześwietlenie, gdzie oczekiwał nas technik.

Pan technik mężczyzna, miał więcej empatii i delikatności, niż pani doktor kobieta. Pomógł mi stanąć przy aparacie, po czym szybciutko czmychnął do pomieszczenia za szklaną szybą i pstryknął zdjęcie. 

– Mogą państwo już wrócić do pani doktor, zdjęcie już jest w systemie.

Wróciliśmy do pani Myszki Miki o delikatności nosorożca.

– I co? – zapytała – patrząc się w monitor.

– W sensie? – wzruszyłem ramionami nie wiedząc, co ma na myśli.

– No czy jest załamanie, czy nie?

– No ja nie wiem proszę pani…

– A co powiedzieli tam na górze? Co powiedział pan technik?

– No nic…

– Aha… – zakłopotała się. – A niech no pan tutaj spojrzy – i odwróciła monitor w moją stronę. Było na nim zdjęcie mojej miednicy, a konkretnie moich stawów biodrowych. – Ten, tutaj – pokazała palcem – nie różni się chyba niczym, od tego tutaj, czyli od tego co pana boli, więc chyba nie ma złamania? – dokończyła uradowana i zauważyłem, że kamień spadł jej z serca, że mi nic nie połamała przy „badaniu zakresu”. –  Jak pan sądzi? – dodała.

Dużo było tych „chyba” więc spojrzałem okiem znawcy (od tkanek łącznych) na monitor – Ma pani całkowitą rację! Faktycznie! Kościec cały i to o dziwo nawet po badaniu zakresu! Domniemam więc, że raczej nic mi tam nie pękło, a najprawdopodobniej tylko strzeliło. No w najgorszym układzie czworogłowy mógł się zupełnie oddzielić od biodra – stąd ten mój okrzyk, które chwilę temu wypełnił pół oddziału, a pacjentom w poczekalni dał do myślenia. Czy mogę wobec tego udać się do domu? Położę się gdzieś z kąciku, a żona przywali mnie trzema kołdrami…

– Tak oczywiście, zapiszę tylko panu jakieś leki przeciwbólowe oraz wypiszę skierowanie do chirurga.

W poniedziałek zarejestrowałem się do chirurga, ale że noga powoli przestaje mnie już boleć – widać zrasta się to co strzeliło – to całkiem możliwe że odwołam tę zaplanowaną na dwa tysiące dwudziesty pierwszy rok wizytę.

Kozia bródka

„Kochanie! A może przejechalibyśmy się do lasu na grzyby?”

Kiedy w końcu twoja żona (lub mąż) walnie na jesień tym tekstem, który słyszysz co prawda każdej jesieni, ale wciąż jest dla ciebie bardziej jak walniecie młotka w potylicę niż zaproszenie do przygody, nie pozostaje ci nic innego, jak wyjazd do lasu. Przy okazji zastanawiasz się, po co wczoraj przez pół dnia myłeś, woskowałeś i odkurzałeś samochód i czy podróż po drogach nieutwardzonych, nie zaszkodzi dopiero co wymienionym przez ciebie „we warstacie ze Zygą” (o Jezu jak ten łeb bolał na drugi dzień!) końcówkom drążków sterowniczych?

– Las. Tak kochanie – mówi twoja żona (lub mąż) – tam odpoczniesz. Cisza, spokój, szum drzew, słowem: łono natury, a przy okazji nazbieramy grzybów! Czy ty wiesz ile kosztuje taka tyciunia torebusia suszonych podgrzybków? O prawdziwkach w ogóle nie ma co mówić!

No tak, za młodych lat las i łono kojarzyło ci się z naturą ale w nieco innym wydaniu, teraz już tylko ze spokojem, szumem drzew i grzybami…

Jedziecie. Kończy się droga utwardzona, a ty zauważasz, że luzy były nie tylko na końcówkach drążków sterowniczych, bo na dziurach ewidentnie coś stuka w prawym, przednim kole. „Może to łącznik stabilizatora?” – myślisz sobie – znowu „warstat, znowu Zyga i znowu będzie łeb bolał” . W lesie okazuje się, że twoja żona nie była jedyną, która nalegała na ten wyjazd. Samochodów jest tyle, że nie ma gdzie zaparkować, a między drzewami widać tłum ludzi.

Wszyscy kręcą się w kółko z wiaderkami i koszykami, a niektórzy w ogóle bez niczego, jakby się pogubili. Gdzieniegdzie wokół dorosłych biegają dzieciaki, bawiąc się w berka. Faceci chodzą lekko chwiejnym krokiem z fajkami w gębach, dzierżąc w dłoniach puszki z browarami. Jeden gdzieś z boku sika pod drzewo, a dwóch, obok miejsca gdzie udało ci się zaparkować, w ogóle nie wyszło z samochodu i robią flaszkę: „Walniemy połówkę i pójdziemy w moje miejsce Zdzisiu – mówi jeden ochrypłym głosem. – Tam grzyby będziemy kosą kosić!”.

– Kochanie nie martw się – uspakaja ona – dziesięciu idzie, a jedenasty zbiera! Pójdziemy głębiej w las, tam na pewno będzie mniej „grzybiarzy”.

Po półgodzinnym szybkim marszu w knieje i zgarnięciu po drodze przy pomocy twarzy, kilkunastu pajęczyn z wielkimi i tłustymi „pajorami”, uwalniacie się w końcu od innych. Faktycznie jest spokój i cisza. No, może z lekka zmącona pytaniem, które gdzieś ci tam pika głęboko w głowie – czy jesteśmy w stanie trafić z powrotem do auta? Ale nic to. Zaczynamy zbierać!

Grzybów nie widać. Widać za to, że przed wami byli tu już inni – wypłowiałe paczki po tanich fajkach, puszki po Żubrach i plastikowe butelki leżą sobie wygodnie na poszyciu z zielonego mchu. Zbierasz je do koszyka niczym grzyby, a co masz zrobić? Przecież nie zostawisz tego syfu w takim pięknym miejscu.

Po godzinie „grzybobrania” koszyk jest już pełen. Przeważają głownie puszki po piwach o swojskich nazwach typu: Poker, Kuflowe, VIP, a nawet piwo o nazwie Piwo z Tesco! Są też plastikowe butelki o różnych pojemnościach, paczki po fajkach, opakowania po ciastkach, jedna”emerytka” po Żołądkowej Gorzkiej i zelówka. Najciekawsze jest jednak to, że jesteś z siebie zadowolony. Posprzątałeś przecież las! Metamorfoza zaś zaszła całkowicie niezauważalnie – po prostu w którymś momencie zamiast wypatrywać grzybów, przerzuciłeś się na puszki, butelki i pudełka, traktując je jako trofea równe najpiękniejszym prawdziwkom!

Żona zresztą podobnie, a rywalizacja po pewnym czasie przybrała tak ostrą formę, że o butelkę po Fancie prawie się nie pokłóciliście

– Ja ją pierwsza wypatrzyłam! Jest moja! – dzielnie atakowała.

– Ale ja do niej pierwszy dobiegłem – odparłeś.

– Bo mi podstawiłeś nogę i się przewróciłam! To jest nie fair! Sędzia by tego nie uznał! Dostałbyś czerwoną!

– A widzisz tu gdzieś sędziego? No chyba że liczysz tego kruka, co kracze gdzieś nad nami? – zaśmiałem się.

– Na pewno ma więcej oleju w głowie niż ty i jest bardziej fair! A na pewno nie podstawiłby nogi swojej pani krukowej!

– Jak już, to mógłby jej co najwyżej skrzydło podstawić, chi, chi – zachichotałem.

– Nieważne! Skrzydło czy nóżka. Skrzydła by jej też nie podstawił, jak ty mi nogi.

– Boś hycała jak kózka przez te chaszcze. Sama się o to prosiłaś. Ale przyznaję, że wcale zgrabnie hycałaś! Z taką gracją, jak kozica wręcz!

– Żebym ci nie powiedziała jak nazywa się samiec kozy, mądralo?

– ??? – udałem że nie wiem, robiąc głupią minę.

– Kozia bródka!!! – krzyknęła nagle.

– Co? Samiec kozy to „kozia bródka”? Ma bródkę, to fakt, zresztą pani koza też ma, ale z tego co pamiętam, pan koza to cap.

– „Kozia bródka” capie! (No i w końcu mnie tak nazwała). Tam! – pokazywała ręką gdzieś za moje plecy – I to jaka wielka! Będzie obiad dla całej rodziny! Mniam! – odwróciłem głowę i faktycznie zauważyłem coś białego w mchu.

– To pewnie jakiś trujak.

– To kozia bródka, czyli szmaciak gałęzisty, a właściwie siedzuń sosnowy – sypała nazwami jak z rękawa, jak jakiś mikrobiolog, czy jakoś tak.

– Co? Ten kalafior? Ten „szmaciak”? Chyba żartujesz? To jadalne w ogóle jest? – nie kryłem zdziwienia.

– I to jeszcze jak! I jaki smaczny! Bierzemy go i zwijamy się do domu. Mamy dwie kuszki śmieci, trochę podgrzybków i kozią bródkę. I wystarczy. No!

Jednak „pikanie” w głowie mnie nie zmyliło. Faktycznie nie mogliśmy odnaleźć drogi do samochodu. Na szczęście spotkaliśmy dwóch panów idących pod rękę (co to po flaszce mieli iść grzyby kosą kosić) i pokazali nam właściwą drogę. Dalej już kierowaliśmy się odgłosem łamanych gałęzi, krzykami dzieciarni oraz charakterystycznym bekaniem, które występuje u facetów, po wypiciu minimum trzech, tanich piw.

Po przyjeździe do domu ochoczo zabraliśmy się przygotowania „koziej bródki” – przepis (KLIK).