Archiwa autora: bassooner

Zmywarka AEG albo raczej gilotyna AEG!

Do projektantów i inżynierów koncernu AEG – tych od ostrych kantów…

Usterka z którą borykamy się prawie od samego początku zakupu zmywarki, polega na, nie wiem jak to ująć, ale najpewniej na błędzie konstrukcyjnym lub na fatalnym montażu tego konkretnego, czyli naszego modelu.
Polega on na (uwaga!!!) przycinaniu przez drzwi zmywarki, a jest tam u dołu krawędź ostra niczym brzytwa, kabli – prawie wszystkich po kolei.
Zaczęło się od całkowitego ucięcia całej wiązki, czyli czterech cieniutkich kabelków od tego bajeranckiego wyświetlacza, który “rzuca” na podłogę czas do końca cyklu zmywania, a który wprawiał w zdumienie naszych gości.
Dopóki go oczywiście nie odcięły, w sensie dosłownym jak i w przenośni, drzwi zmywarki od zasilania.
Ponieważ było to oczywiście tuż po gwarancji, a serwis podał nam cenę za nowy wyświetlacz w wysokości, że musiałem przysiąść szybciutko na kanapie, naprawę wykonałem sam w domu, “łącząc” na nowo wszystkie cztery kabelki wiązki wyświetlacza. Naprawa powiodła się, a ostrą krawędź (po sprawdzeniu jej ostrości i wydaniu z siebie jęku) zabezpieczyłem jak najlepiej się dało.

Niestety po jakimś czasie, krawędź znowu przycięła jeden z kabelków i zmywarka znowu przestała działać!

Stało się to na szczęście (domniemam) podczas wkładania brudnych naczyń, więc kiedy zmywarka nie pracowała i nie doszło do żadnego zwarcia (pomiędzy przewodem, a metalowymi drzwiami – ucinaczkami) a Ona po prostu “wyrzucała błąd” i strzelała focha.
Piszę celowo o zmywarce “Ona” i to z dużej litery, gdyż poprzez wielokrotne jej rozbieranie, znam Ją, że tak powiem “od podszewki” i zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić.
Ale wracając do sprawy…
Cały dzień, mając zmywarkę na stole w kuchni, kiedy żona rwała włosy z głowy, dociekałem przyczyny, kiedy w końcu zauważyłem, po odkręceniu pokrywy zewnętrznej drzwi (co było ostatnią deską ratunku, oraz ostatnim przebłyskiem mojej inteligencji i intuicji i cierpliwości) że jeden z przewodów został (jak poprzednio) ucięty przez ostrą krawędź. Po głowie chodziła mi nawet taka myśl, że skoro drzwi “gilotynują” przewody, to może my ją za często otwieramy i zamykamy i zacząłem obmyślać sposób otwierania drzwi raz na dzień lub nie zamykania w ogóle!
To jednak nie wchodziło w rachubę gdyż otwarte drzwi od zmywarki znajdują się w ciągu komunikacyjnym, pomiędzy pokojami, a lodówką.
Przewód został naprawiony, a ów “gilotyna” drzwi zabezpieczona jeszcze lepiej. Jak okazuje się wciąż za mało! Wczoraj, ze dwadzieścia sekund po uruchomieniu zmywarki, rzuciła ona wprost pod gołe stopy mojej ukochanej żony wyładowaniem elektrycznym połączonym z efektem dźwiękowym typu “trzask i bum!” oraz chyba nawet iskrami! Nie będę opisywał tutaj jej miny, gdyż nie czas ani miejsce ku temu, jednak podobną miała, kiedy susząc włosy kilka lat temu, suszarka marki Remington zionęła jej żywym ogniem w okolice karku! Dość powiedzieć, że bardzo szybko przebierała stópkami…
Wracając do tematu – po tym spięciu, od razu wiedziałem, że drzwi znowu przecięły jakiś z przewodów. Odkręciłem osłonę drzwi i faktycznie, dwa z kabelków miały przeciętą izolację, która musiała dotknąć się metalowych drzwi. Niestety przepięcie poszło do modułu sterowania/programatora, który w tym miejscu się “przyczernił”, a elementy elektroniki uległy po prostu i ot tak bezczelnie”sfajczeniu”, co trwale ją w tej chwili unieruchamia, a nam zagospodarowuje czas “na zmywaku”.
Słowem cała “płytka” do wymiany…
Czy mogą mi Państwo w jakiś sposób pomóc? Zadzwoniłem oczywiście gdzie trzeba (czyli do serwisu) i znowu usłyszawszy kwotę za sfajczony moduł, musiałem znowu przysiąść na kanapie.
Nie chcę tutaj nikogo oskarżać, ale mogę wysłać komplet zdjęć, które udowodnią, że dół drzwi oraz przewody tam przebiegające to jakaś totalna wtopa, która nie powinna mieć miejsca. Nie sugerujcie się też frywolnością tego pisma, bo sprawa jest jak najbardziej poważna, a nie chciałem wam psuć dobrego samopoczucia, w ten pierwszy dzień tygodnia. Pozdrawiam życząc miłego dnia…
Pismo to stanowi moją oficjalną reklamacjo – prośbę do koncernu AEG.

PKP – mijanka

Polskie Koleje Państwowe

Przewozy Regionalne i PKP Intercity

Tak więc mili Państwo, piszę do Was, po długiej przerwie, następny list, bo sytuacja tego wymaga! Sytuacja ta ma miejsce na linii Poznań – Krzyż, a wiąże się z remontem, który się tam odbywa i powstałymi z tego tytułu, dyplomatycznie rzecz nazywając, niedogodnościami. Niedogodności uderzają przede wszystkim w nas, pasażerów, a rykoszetem (marsowe miny i urągania pasażerów) odbijają się na Was, a ściślej rzecz biorąc, na konduktorach, kierownikach pociągów i maszynistach.

My, pasażerowie siedzący w unieruchomionych pociągach (wersja optymistyczna), ale częściej stojący w słocie na peronie (wersja pesymistyczna) i czekający na opóźniony pociąg, mamy swoją wytrzymałość – dużą, dodam. Musimy ją mieć. Lata dojazdów, spóźnień, pseudousprawnień, reorganizacji i restrukturyzacji spowodowały, że wytrwali najwytrzymalsi. Rzekłbym sama śmietanka. Kto nie wytrzymał, przesiadł się na samochód albo zrezygnował z dojazdów w ogóle, a bardziej przejmujący i o słabych nerwach wylądowali w Gnieźnie lub w Tworkach, jak kto woli.

Teraz jednak, ów remont sytuację „podkręcił”, a niedogodności stały się jeszcze bardziej dotkliwe. Od razu też wyjaśnię – dobrze, że remont jest! – to nie ulega żadnym wątpliwościom, ale ma kilka słabych punktów.

Zacznę od najważniejszego, a nazwijmy go „mijanka”.

„Mijanka” zaistniała z powodu demontażu jednego z torów na odcinku Poznań – Szamotuły. Polega na tym, że pociągi mogą się minąć, tylko w miejscach gdzie są rozjazdy i pozostały dwa tory, a są to: Poznań na wysokości Ogrodu Botanicznego (okolica ta z powodu długich postojów jest bardzo dobrze przez pasażerów znana i wątpię czy ktokolwiek z nich z powodu tych traumatycznych przeżyć, wybierze się tam w przyszłości na podziwianie flory), Rokietnica oraz Szamotuły, zwane z francuskiego i w pewnych kręgach Szamoni, gdzie mam przyjemność zamieszkiwać.

Mijanka” ma mocny punkt w postaci braku konieczności stosowania tego przed czym drży każdy pasażer i co niejednemu śni się w koszmarach po nocach, a co nazywamy komunikacją zastępczą, czyli przesiadki z pociągu na autobus i na odwrót. Ma też niestety jeden bardzo słaby punkt, którego konsekwencje porównać można do efektu domina, gdzie każda jedna minutka spóźnienia, pociąga za sobą silnię następnych.

Opiszę go na moim przykładzie, który zdarzył się ot choćby wczoraj, ale też i w zeszłym tygodniu w piątek. Właściwie zdarza się co dzień, a wygląda następująco i prawie zawsze tak samo:

– pociąg nr 1 przyjeżdża do Poznania z lekkim opóźnieniem (oczywiście jak na warunki polskie) by po dłuższej chwili odjechać w drogę powrotną – wszystko razem 30 minut,

– niestety nie załapał się na „mijankę” z pospiesznym ze Szczecina w Rokietnicy, więc czeka 20 minut na nasypie w okolicach Botanika (w życiu nie pójdę tam na wycieczkę), następuje „mijanka” i pociąg nr 1 odjeżdża w dalszą podróż,

– pociąg nr 1 dojeżdża do Rokietnicy,

w tym samym czasie pociąg nr 2 odjechał właśnie z Szamoni i pędzi w kierunku Poznania,

pociąg nr 1 mógłby ruszyć, ale z powodu swojego opóźnienia oraz wyjazdu pociągu nr 2 z Szamoni musi czekać aż ten dojedzie do Rokietnicy, gdzie się miną – następne 20 minut,

– następuje „mijanka” i pociąg nr 1 (mój pociąg) przyjeżdża do Szamoni o godzinie 16.35, zamiast o 15.40, a ja przyjechałem żeby zjeść obiad i wrócić osobowym o 17.04 (taka praca) więc praktycznie przyjechałem, żeby wysiąść i przesiąść się w pociąg powrotny…

Sytuacja następna. Wracam do domu i idę na pociąg relacji Poznań – Krzyż, który powinien dowieźć mnie do Szamoni. Jestem ciut wcześniej i widzę, że pociąg pospieszny relacji Poznań – Szczecin jest opóźniony, a ja mógłbym do niego wsiąść i dojechać wcześniej do domu. Niestety nie wolno mi! Mam bilet miesięczny na pociągi osobowe, więc nie mogę jechać pospiesznym. Kiedyś co prawda było tak, że na bilet miesięczny można było podróżować pociągami osobowymi i pospiesznymi, ale na całe szczęście po restrukturyzacji i reorganizacji Polskich Kolei Państwowych problem ten został całkowicie wyeliminowany i pasażerowie z biletami miesięcznymi na pociągi osobowe, nie pętają się po pociągach pospiesznych i na odwrót. Jeszcze coś zbroją albo co?

Ale wracając do sprawy – Przecież za 35 minut mam mój pociąg, czyli osobowy – myślę sobie – nie będę kupował za 13 złotych biletu jednostkowego na pospieszny, kiedy wydaję dwie stówy na miesięczny, a czasami prawie sześć stów na kwartalny, a to tylko 35 minut wcześniej… Niestety. Nie przewidziałem efektu domina i sprawy potoczyły się jak wyżej, w efekcie czego obiad miałem już niestety odgrzany w mikrofali.

Sytuacja podobna. Jadę do pracy. Idę na osobowy, odjazd o godzinie 8.50. Słyszę, wjeżdża „coś” na stację. Wcześniej przyjechał? – myślę sobie – później to rozumiem, ale że wcześniej? Ale biegnę. A nuż odjedzie przed czasem? Kiedyś miałem taką sytuację i nie żartuję, że pociąg odjechał pięć minut wcześniej. Idę do kierownika, pytam się co jest? A on, że (uwaga!) – W czwartki ten pociąg odjeżdża o pięć minut wcześniej niż w inne dni tygodnia. No to się zdziwiłem. A myślałem (jako, że dojeżdżam od roku 1986), że już nic mnie nie zaskoczy, a tu masz.

Tak więc, pobiegłem. Ale niepotrzebnie, bo to był opóźniony i prawie cały pusty pospieszny. A do niego wsiąść mi nie wolno! Jeszcze coś zepsuję? Tak więc poczekałem na swój, osobowy, który oczywiście jechał, jak jechał (efekt domina) i do pracy się spóźniłem… a mógłbym zdążyć wsiadając do pospiesznego…

Reasumując i pokrótce. Analizując obecną sytuację remontową, na linii Poznań – Szamoni – Wronki – Krzyż, po konsultacjach z pasażerami, których przytoczyć nie mogę, gdyż musiałbym pomiędzy wielką literą zaczynającą zdania, a ostatnią małą, kończącą całą wypowiedź wszystko wykropkować, proponuję i wnoszę, o następujące tylko jedno usprawnienie, na czas remontu (ale dlaczego i nie na przyszłość?): o umożliwienie pasażerom dojeżdżającym z Szamotuł, Wronek oraz Krzyża, zakupu biletów okresowych (miesięczne i kwartalne) obejmujących pociągi osobowe i pospieszne. Jak kiedyś. Przed pseudousprawnieniem.

Podpisano Ja, czyli mikol i fagocista…

P.S. Wiem, wiem. Oczywiście wymaga to dogadania się pomiędzy spółkami, jak rozwiązać kwestie finansowe, co będzie bardzo trudne ponieważ:

a. spółki Przewozy Regionalne oraz PKP Intercity są polskie, (a gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania, dodatkowo mogą nas nagrać),

b. są państwowe (słowem nadstawiamy ucha raczej na inicjatywy i sugestie odgórne, aniżeli oddolne),

c. ich siedziby mieszczą w tym samym mieście stołecznym, czyli w Warszawie, kwadrans z buta, a powszechnie wiadomym jest, że spóźniają się lub w ogóle nie docierają na miejsce ludzie z najbliższej okolicy, (kolegi z podstawówki nie widziałem z 30 lat, a z drugim z technikum, to już się ze 20 lat na piwo umawiamy).

Reasumując, po raz drugi. Niech frywolność tego pisma nie nastawi, Szanownych Państwa, do niego krytycznie, gdyż sprawa jest jak najbardziej serio i niecierpiąca zwłoki.

Kawiarka

I od razu uściślę w przedwstępie, posiłkując się cytatem wieszcza Adama.

“W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,
Jest do robienia kawy osobna niewiasta,
Nazywa się kawiarka;…
że nie o takiej kawiarce mowa będzie.

Nie wiem dokładnie ile, ale spokojnie z dziesięć lat męczyłem się, pijąc niedobrą kawę z kawiarki…

Była gorzka, czasami lekko przepalona, a jedynie co można by o niej powiedzieć, to to, że na pewno zawsze była mocna. Słodząc dwoma łyżeczkami cukru pół filiżanki, czy też popijając wodą albo podjadając czekoladą, tuszowałem gorycz.

Czasy te minęły jednak bezpowrotnie, bo właśnie przedwczoraj odkryłem sekret parzenia dobrej kawy w kawiarce. Sekret ów jest bardzo prosty, chyba nawet prostszy niż budowa przysłowiowego cepa, a polega na laniu odpowiedniej wody. Nie, nie… nic z tych rzeczy, które Wam przemknęły po głowie – żadna butelkowana deszczówka z Tasmanii, żadna woda z lodowca, który powstał przed tysiącami lat, ani też okraszona kryształami Swarovskiego, bo nie pochodzenie wody decyduje o smaku kawy z kawiarki (pomijam oczywiście wodę po parzeniu kiełbasy, wodę z odstojnika albo jakąś leczniczą po której mój kumpel Jarek, kiedy byliśmy na tournée w Krynicy, ledwie zdążył), a jej temperatura! Eureka!

Od przedwczoraj leję gorącą, dopiero co przegotowaną wodę do kawiarki, nasypuję mały kopczyk kawy (nie ubijając) skręcam (tu mały problemik bo parzy w rączki), wstawiam na palnik odkręcony na maksa i po minucie mam zaparzoną dobrą, nie gorzką i nie kwaśną kawę (tutaj znaczenie ma też kawa). Nie leję wody do pełna, a tak ciut powyżej połowy, a kiedy pojawia się żółta piana, zestawiam kawiarkę z palnika i wlewam do zagrzanej wcześniej filiżanki.

Ot i cały sekret parzenia kawy w kawiarce… nie dziękujcie.

 

Zamknąłem obwód na stałe

Pół roku było dobrze!

Pół roku odkurzała przytrzymując przycisk od odkurzacza jedną nózią i raptem po pół roku jest źle i już słyszę z drugiego pokoju – Nie wyrobię z tym odkurzaczem! Sam sobie tak odkurzaj! Albo go naprawisz albo za chwilę wyrzucę to dziadostwo na śmietnik! – no i dokończyłem sam. Ale od początku…

Jakieś “z pół roku temu” pstryczek nożny naszego “Meteora” zawiesił się na stałe w pozycji “WYŁ.”. Wcześniej miewał już humory i trzeba było się nieźle nagimnastykować żeby włączyć nogą (czy też ręką) pozycję “ZAŁ.”. I nie o siłę tu chodziło, a raczej o ilość naciśnięć. W kulminacyjnym momencie doliczyłem się nawet czterdziestu, zanim zaskoczył. Ale jak już zaskoczył w pozycji “ZAŁ.” to zapomnij o pozycji “WYŁ.” i czasami po prostu wyłączaliśmy go “z kabla”. No ale po którymś cyklu “czterdziestu naciśnięć nózią” pozostał na stałe w pozycji “WYŁ.” i od tego czasu odkurzanie, co by nie mówić, na pewno stało się bardziej energooszczędne, a patrzącemu z boku wydawać by się mogło czynnością wręcz luzacką.

Bo oto oczom jego ukazywał się nie ktoś, kto  dzierżąc w dłoniach rurę od odkurzacza, pochylony i zamaszyście odkurza wielkie połacie, a raczej ktoś kto odkurza od niechcenia z nózią opartą o urządzenie i to w najbliższym sąsiedztwie. Nic bardziej mylnego! – nózia zamykała obwód i inaczej odkurzacz nie działał. Niby niewygodnie ale na pewno oszczędnie, bo nie można było sobie odejść na bok, odsunąć krzesło, czy też stół bez przerwania obwodu, a co za tym idzie poboru energii. Czyli zaleta.

I wszystko byłoby cacy, do wczoraj, czyli do soboty popołudnia, kiedy żona “pękła” (ale dobra, ma do tego prawo, więc nie komentuję) no a weź znajdź fachowca w sobotę po południu? W sobotę po południu nie należy szukać fachowców i lekarzy, samochody i sprzęty nie powinny się psuć, a zęby boleć bo to czas na kupowanie zakąsek i rzeczy po których się “zakąsza”. Bo powiadam ci “prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż dentysta/fachowiec/mechanik odbierze od ciebie telefon w sobotę po południu!”… podparty tą starą jak świat prawdą ochoczo wziąłem się do roboty.

 

Inspirację wziąłem z grafik, wpisując w Google hasło “elektryk płakał jak naprawiał” i o! Rozwiązanie przyszło w try miga! Czas naprawy 15 sekund. Potrzebne narzędzia: śrubokręt i samowkrętka. I masz! Zamknąłem obwód na stałe. I naprawione!

 

 

 

PKP i WC

Wiecie zapewne moi mili jak wyglądało korzystanie z toalet w pociągach dawniejszych*, kiedy to ci wybrańcy, którzy już nie byli w stanie dowieźć zawartości swoich trzewi do celu podróży, musieli skorzystać z “wygódki” w wagonie? Jeśli nie to, gwoli przypomnienia, powiem tylko, że było to przeżycie, które odciskało swe piętno, na całym późniejszym życiu oraz na planowaniu podróży kolejami, a sprowadzało się ono do tego, żeby z tejże “wygódki” pod żadnym pozorem w przyszłości nie korzystać.

Kiedy jednak trzeba było, a szczęśliwiec ten wygrywając los na loterii, zastał ów przybytek w stanie schludnym, to wiedzieć należy, że muszla klozetowa była konstrukcyjnie i  bezpośrednio połączona, przy pomocy kawałka rury z torowiskiem. Widok tedy na szybko przemykające podkłady kolejowe oraz, szczególnie zimą, oddolny nawiew lodowatego powietrza na osłonięte zazwyczaj części ciała i powodowały pewien dyskomfort u użytkownika.

Jakaż zatem jest ma radość, że czasy te minęły bezpowrotnie i dożyłem w końcu toalet o zamkniętym obiegu! A w dodatku czystych! Wyposażone są w ubikację (bez podglądu na torowisko!), lustro, umywalkę, suszarkę do rąk, gdzie ich włożenie może co prawda spowodować atak serca u ludzi o delikatnej kondycji, ale nie czepiajmy się. Tym bardziej, że nowe toalety mają nawet zamontowany przewijak. No i właśnie z nim mam pewien problem bo…

Bo zdarza mi się czasami wracać pociągiem po spożyciu, a że po wódce jestem jak nowo narodzony (chodzę po czterech i trzeba mnie przewinąć) chętnie skorzystałyby z owego gadżetu osoby, które mnie do domu eskortują. Problem mamy niestety taki, że w gramaturze się jeszcze mieszczę, ale niestety w limicie wieku już nie!

*Pociągi dawniejsze…