Archiwa kategorii: Polecane

Irygator dentystyczny

 

Karcher IrygationNo i stało się, zmieniłem dentystę.

Ten wydaje się lepszy, a na pewno ma najnowocześniejszy (czytaj: najdroższy) gabinet ze wszystkich moich byłych dentystów – same marmury i sprzęt rodem ze Star Trek’a. Dentysta wygląda jak Fantomas (co ja z tymi filmami?) i patrzy na człowieka, a właściwie na człowiecze zęby, przez takie dziwne„lornetko – patrzałki”. Każde wejście to debet na koncie bez dwóch zdań. Wydawać by się mogło, że jeśli facet dużo kasuje, to przekłada się to na podejście do pacjenta czyli, że jest miły i uśmiechnięty. Nie, nie, nie. Nic z tych rzeczy! Wyzywa już od samego wejścia, a powodów ma wiele, bo zawsze coś się znajdzie.
Ostatnio jeszcze zanim otworzyłem japę, już mnie skarcił: „A pan co tak leży na tym fotelu? Tak to leży się na plaży!” albo „Dlaczego pan to dotknął? (dotknąłem spluwaczki, wkładając utracony bezpowrotnie kawałek zęba do środka) W gabinecie się niczego nie dotyka! Błąd! Straszny błąd!”. Dodatkowo jeszcze ma nieco inne podejście do higieny jamy ustnej. „Miękka szczoteczka? Nić dentystyczna? Mycie ruchami z góry na dół? Kto panu to powiedział?”. No ale czytałem różne artykuły w internecie i w prasie – odpowiedziałem spokojnie. „Bzdura! – mówi – te bzdurne artykuły piszą teoretycy, którzy nie mają pacjentów w gabinetach! Niech pan słucha praktyka! Szczoteczka średnio – twarda, ruchy koliste i Waterpik!”.
No i zaczęło się. Po odpowiednim wywiadzie dowiedziałem się, że ten cały Waterpik to irygator dentystyczny, czyli po prostu taki Karcher do zębów. Wiedziałem, że myjka ciśnieniowa dobra jest do mycia poz-bruku, elewacji, samochodu, ogrodzenia ale żeby myć czymś podobnym zęby? No dobra – pomyślałem – skoro ma mi to uratować zęby i dziąsła, ograniczyć wizyty u nowego pana dentysty („A pan co tak leży na tym fotelu? Tak to leży się na plaży!”) a dodatkowo zmniejszyć debet na moim skromnym koncie. Trudno. Kupię sobie irygator.
„Koparka” opadła mi jednak, kiedy wyszukawszy ów produkt, spojrzałem na jego cenę. Prawie cztery stówy razem z wysyłką robiło wrażenie. Cóż począć? Jednak zupełnie przypadkowo, oprócz irygatorów do pochwy, natkałem się na irygator dentystyczny zakładany wprost na kran! I miał nawet dobrą opinię jednej pani – „Zakładam go na baterię w łazience, odkręcam wodę, a siłę strumienia reguluję sobie poprzez mocniejsze bądź słabsze odkręcenie kranu. I nie trzeba wcale prądu! – napisała, troszkę psiocząc dalej. – „Gorzej jak wszyscy podlewają ogródki i jest słabe ciśnienie w sieci…” – ale to mnie już nie interesowało, bo wyszedłem z założenia, że tę drobną niedogodność jakoś zaakceptuję, robiąc sobie wtedy taką techniczną przerwę.
Z drugiej strony kiedy przyjrzałem się bliżej temu wynalazkowi, uświadomiłem sobie, że jest to zwykły kawałek, gumowego węża z jakąś tam niby specjalistyczną końcówką, ale za to w cenie bardzo dobrego łiskacza. „Mam dać ponad stówę za metr szlaucha, który w sklepie instalacyjnym, czy ogrodniczym kupię za pięć złotych!” – ta myśl nie dawała mi spokoju i wtedy właśnie wpadłem za genialny w swej prostocie pomysł! Przecież mam z domu myjkę ciśnieniową! I to oryginał! Nie jakąś tam chińską podróbę, a towar wprost w Germanii! Co za różnica, czy sikam sobie w gębę: „oryginalnym, jedynym, najlepszym, amerykańskim, sprawdzonym, rodzinnym” irygatorem dentystycznym firmy Waterpik (ehe… tylko nie wysilili się nawet na instrukcję w języku polskim i trzeba mieć przejściówkę do gniazdka) czy też sikam sobie oryginalnym niemieckim Karcherem?
Dodatkowo wszędzie gdzie czytałem opinie użytkowników dotyczące irygatorów, było napisane, że najważniejsze jest duże ciśnienie. „Duże ciśnienie to podstawa – pisał jeden z użytkowników – dlatego Oral – B czy inne tańsze w ogóle nie wchodzą w rachubę. Bo co to jest 3,6 bara? Mój amerykański Waterpik generuje prawie 7 bar!”
Ha! – pomyślałem – A mój oryginalny, niemiecki Karcher generuje 120 bar mądralo! Przy takiej sile, mój kochanieńki, to ja nawet nie będę potrzebował żadnych specjalistycznych końcówek. Strumień wody o takiej sile wypłucze mi wszystkie pozostałości po jedzeniu, i to jeszcze z czasów studenckich. I to za darmo!
Decyzja zapadła. Pozostały tylko do przemyślenia drobne niedogodności techniczne. Po pierwsze ze względów bezpieczeństwo postanowiłem myć zęby Karcherem zawsze w okularach. Przecież jeden niecelny „strzał” mógłby mi wypłukać oko, a najlepszym razie uszkodzić jakąś siatkówkę, czy źrenicę, czy coś tam, nieważne… Wiem bo, kiedy myję elewację, mech odpada mi razem z tynkiem, a brud z Astry “jedynki” razem ze szpachlem.

Po drugie, z uwagi na spokój domowników, nie zamierzałem tego robić w łazience, skłaniając się raczej ku terenom otwartym. I po trzecie, z troski o wciąż podwyższające się czoło i resztkę delikatnych włosów na zakolach, postanowiłem zakładać kask motocyklowy, który został mi jeszcze po motorze marki WSK.
Nadszedł dzień irygacji dentystycznej przy pomocy myjki ciśnieniowej. Poszedłem do ogrodu. Uruchomiłem Karcher. Następnie założyłem kask i okulary.

Pierwszy strzał i od razu pudło! Co za pech… ręka mi się omsknęła i strumień zamiast w gardziel, poleciał bokiem, strącając kota sąsiada z pergoli. Z drugiej strony nie ma tego złego. Ma sierściuch za swoje, bo przychodzi do nas głównie za potrzebą, traktując moją posesję jak toaletę. Ale za to drugi strzał okazał się, że tak powiem „snajperski”! Krótki i celny. Pomimo, że umyłem wcześniej zęby poczułem, że wyleciało mi coś z ust. Więc jednak słuszne okazały się te opinie w internecie, że „irygator zawsze jeszcze coś tam jeszcze wypłucze!”. Patrz! – wrzeszczałem uradowany do żony – Działa! Wypłukało mi resztki jedzenia! Resztki orzeszków ziemnych! Ha! Główka pracuje! Cztery stówy do przodu! Teraz ty, a za chwilę wołaj dzieci do mycia. Zaoszczędzimy na pastach, szczoteczkach, no i na borowaniu u dentysty!
– Jakie orzeszki ziemne? Nie kupowałam ostatnio żadnych orzeszków ziemnych. A co ty tak jakoś dziwnie mówisz? – żona zaciekawiona podeszła do mnie bliżej . – A weź no się uśmiechnij… – uśmiechnąłem się. – Chyba twój wynalazek jest ciut za mocny, na twoje słabe ząbki mój kochanieńki – powiedziała tak jakoś z przekąsem. Zacząłem macać językiem po uzębieniu. I faktycznie! Wyczułem jakieś braki z tyłu i więcej luzu z przodu.
Resztki orzeszków ziemnych okazały się połową jedynki (i tak chciałem robić koronę!), cyrkonową koroną na trójce oraz kilkoma jeszcze mniejszymi plombami, które wyleciały gdzieś z głębin mojego głębokiego zgryzu. W sumie, żal było mi tylko tej cyrkonowej korony, na którą nie tak dawno wysoliłem grubo ponad tysiaka, a której, no nie uwierzycie, nie udało mi się do tej pory odnaleźć z trawie!

Dzienne Wilczury – List Otwarty

P1060978.resizedDo Jego Ekscelencji

Ambasadora Federacji Rosyjskiej w Polsce Pana Sergeya Andreeva.

 

Jako przywódca nowo powstałego gangu motorowerowego Dzienne Wilczury, zwracam się z uprzejmą prośbą o możliwość wjazdu na teren Federacji Rosyjskiej oraz uczestniczenie dziewiątego maja bieżącego roku na defiladzie wojskowej w Moskwie z okazji 70 – lecia zakończenia II wojny światowej. Chciałbym uświetnić tę ważną dla narodu rosyjskiego uroczystość naszą obecnością oraz przejazdem przed Trybuną Honorową grupą około czterdziestu motorowerów.

Widziałbym to tak, że zaraz po przemarszu różnych rodzajów wojsk, wcisnęlibyśmy się gdzieś pomiędzy kolumny wojsk zmechanizowanych. Dajmy na to, pomiędzy transportery opancerzone i czołgi, ale koniecznie jeszcze przed ciężarówkami z rakietami krótkiego i średniego zasięgu i międzykontynentalnymi pociskami balistycznymi  (jazda na motorowerze o pojemności 50 cm³ z rakietą balistyczną wycelowaną w plecy nie byłaby zbyt komfortowa). W dłoniach dzierżylibyśmy oczywiście szturmówki.

Byłbym też bardzo rad gdyby w dawnym Kraju Rad (i tutaj następuje gra słów: byłbym rad w Kraju Rad… he he) na trasie naszego przejazdu (Warszawa – Brześć – Baranowicze – Mińsk – Orsza – Smoleńsk – Moskwa) stali ludzie i machali do nas chorągiewkami, ewentualnie rzucali pod koła czerwone goździki. Wiemy też, że Rosja jest w posiadaniu techniki rozpędzania chmur deszczowych, więc gdyby zaistniała takowa możliwość bylibyśmy bardzo zobowiązani, żeby je rozpędzić. (Jazda ponad tysiąc dwieście kilometrów, na motorowerze, w deszczu byłaby, aż nadto wyczerpująca, a chcielibyśmy na Placu Czerwony wyglądać świeżo)

Zamierzamy wyjechać dwie doby wcześniej, to jest siódmego maja, robiąc zapas na ewentualne postoje i ewentualne (odpukać!) zdarzenia losowe, jadąc tylko za dnia z przyczyn oczywistych (Dzienne Wilczury). Mapa Google pokazuje aktualny czas przejazdu trzynaście godzin i czterdzieści sześć minut, tak że bez problemu z rana powinniśmy się pojawić w okolicach Kremla opodal Placu Czerwonego.

Ponieważ będziemy zdrożeni, bylibyśmy bardzo kontenci z możliwości spożycia skromnego posiłku w postaci gorącej herbaty i kruchych ciasteczek (najlepiej maślanych) wespół Panem Prezydentem Władimirem Władimirowiczem Putinem. W tej materii liczylibyśmy na wstawiennictwo Jego Ekscelencji.

 

P.S. Pozostają oczywiście do omówienia delikatne kwestie techniczne:

– kto, gdzie i o której godzinie wyda nam “na stan” szturmówki,

– w jakich godzinach i w jakich miejscach samoloty mają zasiewać chmury jodkiem srebra abyśmy nie zmokli i…

– czy nasze motorowery będą w stanie dostosować prędkość (przypominam pojemność 50cm³) do samochodów ciężarowych jadących za nami z rakietami krótkiego i średniego zasięgu oraz z międzykontynentalnymi pociskami balistycznymi?

 

P1060986.resizedPrzywódca Dziennych Wilczurów profesor doktor Rafał Wilczur.

 

 

 

Ciemnobrzuche miłośniczki rosy, czyli muszki owocówki

muszki owocówki 3Oto bardzo niekonwencjonalny sposób na pozbycie się Drosophila melanogaster, czyli muszki owocówki.

Jakoś tak przy końcu lata, kiedy jest jeszcze niby gorąco ale smutne przeczucie nadchodzących jesiennozimowych chłodów nakazuje nam (pomimo mokrych plam pod pachami) szukać już po szafach cieplejszego odzienia, pojawiają się one – muszki owocówki.

Najpierw nieśmiało, pojedynczo, bądź małymi partiami, ale góra po dwie, trzy, by z nastaniem porannych przymrozków opanować całe nasze mieszkania, włączając w to wnętrza szaf, mikrofalę, a nawet lodówkę. Ich główną siedzibą jest kuchnia, gdzie siedzą teraz całymi stadami na wszelkich możliwych rantach i kantach, wszelkich możliwych sprzętów.

Te będące na widoku są jeszcze w miarę ruchliwe reagując na zbliżające się zagrożenia, wolnym, jakby od niechcenia odlotem, ale te które wylatują zmarznięte po bliżej nam nieokreślonym czasie pobytu w lodówce, robią to ledwie unosząc się w powietrzu, a ich lot przypomina bardziej nawet ślizg, lub łagodne opadanie na podłogę. Są jeszcze te najgorsze, które mieszkają w pojemnikach na pieczywo, na odpadki organiczne, gdzieś pod spodem zgniłego w tym miejscu jabłka lub pomidora. Te nie latają już w ogóle i czy to z powodu obżarstwa, czy też promili wchłoniętych z owocowych fermentacji, są w stanie iść tylko, albo podskakiwać w nadziei, że jednak dadzą radę i polecą niby Ikar w przestworza.

Tak jak nie robiły na mnie wrażenia pojedynczo lub w małych grupkach, to ich całe tabuny, kiedy zajadam bułkę z pomidorem i masłem z rana, już bardziej.

Wtedy nie wytrzymuję i pomimo, że nigdy ale to przenigdy nie lubiłem dźwięku odkurzacza o tej porze, odpalam go i zakładając na wąż tylko jeden człon metalowej rury, zabieram się do codziennego, porannego rytuału wciągania muszek owocowych.

Zamykam drzwi od kuchni i selektywnie, spokojnie z namaszczeniem wsysam te które siedzą oraz te które ledwo poderwały się do lotu. Zajmuje mi to ledwie chwilkę, no niech będzie, że pięć minut, po czym siadam kończąc swoją bułkę z pomidorem i wtedy, patrząc tak przed siebie w dal, właściwie na ścianę, a mając spojrzenie wyskalowane na nieskończoność, zauważam małe punkciki sunące po tej mojej nieskończoności. To są one! Powróciły i nawet nie wiem skąd? Bo Bóg mi świadkiem, że wciągnąłem wszystkie, otwierając szafy, mikrofalę, chlebak i lodówkę.

One są niezniszczalne! Równie niezniszczalne jak wątłe i ospało – ślamazarne.

Stosowałem już różne pułapki, od specjalistycznych kulek, wielkości pięści z nalanym do wnętrza super wabikiem, który w drodze eksperymentów zamieniałem na sok owocowy, piwo, a nawet nalewkę z wiśni, po proste foliowe torebki z kawałkiem jabłka, zamykane szybkim ruchem i wynoszone na zewnątrz wraz z muszkami.

Wszystko to dawało efekt na chwilę, by po kilku godzinach kuchnia na powrót zapełniła się wolno przelatującymi, małymi punkcikami.

Zrezygnowałem tylko z suszarki i wykorzystywania jej wstecznego ciągu jako sposobu niehumanitarnego. Widać przyjdzie mi się z nimi zbratać, tak jak wiele, wiele lat temu zbratałem się z rybikami, zamieszkującymi moją łazienkę, a owe nieszczęsne nieboraki, które odnajduję wymęczone rankiem, po nocy w wannie, czy zlewie, wyciągam na kawałku papieru toaletowego i puszczam wolno w teren. A niech sobie porybikują.

Dodatkowo, kiedy niejako wgryzłem się w temat muszek owocówek, dowiedziałem się wielu pozytywnych o nich informacjach. Ich nazwa po łacinie oznacza „ciemnobrzucha miłośniczka rosy” i brzmi to na pewno bardziej poetycko, niż owocówka, czy muszka octowa. To one zapoczątkowały podbój kosmosu, wychodząc na orbitę na dziesięć lat przed psem i dwie dekady przed nami, a zrobiły to na bani, ponieważ żyją w stanie permanentnego rauszu. „Upija się cała populacja, ale samce, które wiodą udane życie seksualne – mniej” – stwierdzają naukowcy i to już w ogóle mnie przekonało.

Ale niestety mojej żony nie.

– Musisz coś zrobić z tymi rybikami i muszkami! – mówi do mnie jeden dzień w kuchni z rana, kiedy człek jeszcze ospały i na wolnych obrotach. A na wolnych obrotach takich ciężkich tematów się nie porusza.
– A co niby mam zrobić? Przecież i jedne i drugie są prawie niezniszczalne. A poza tym co ci przeszkadzają? – odpowiedziałem spokojnie.
– One gryzą nasze dzieci!
– Co? Rybki?
– Nie rybiki, a muszki. Muszki gryzą. W nocy. Jak śpimy. A rybików się
dzieci brzydzą… O!
– Gryzą dzieci? Przecież to pacyfistyczne ćpunki. Latają nawalone jak meserszmity. Myślą tylko jakby się tu nażłopać jakiejś nalewki, czy zgniłego jabłka z promilami. A rybiki? Żyją chyba tylko samym powietrzem, a jak na nie choć dmuchnąć, to już zdychają ze strachu.
– One nam przeszkadzają! Dzieci się rybików brzydzą, a muszki gryzą i koniec! Ma ich nie być!
– Gryzą dzieci, gryzą dzieci. Ty wiesz jak one się nazywają po łacinie?
– ???
– Eee… Spijaczki rosy z ciemnego brzucha, czy jakoś tak… – zrobiłem głupią minę.
– Ty świnio!
– Dobrze kochanie – wiedziałem, że nie ma sensu wdawać się w dyskusję z kobietą z rana, w kuchni. – Pozbędę się muszek i rybików.

Ponieważ dotychczasowe sposoby walki nie przynosiły żadnych efektów postanowiłem działać bardziej niekonwencjonalnie i agresywnie, a zarazem ekologicznie. Przecież odkurzacz miał ponad dwa tysiące watt! Ileż „to to” prądu zużywało?!! Gdzieś w internecie wyczytałem, że naturalnym wrogiem rybików i muszek owocówek są najzwyklejsze skorki i to w dodatku pospolite, znane bardziej jako zauszniki, czy szczypawki. Było co prawda napisane, że muszek owocówek tylko w niewoli, ale przecież mój dom był dla nich jakby więzieniem. Ileż razy widziałem jak siedzą na szybach okna próbując z desperacją wydostać się na zewnątrz.

Postanowiłem nałapać troszkę mojej owadziej broni i wprowadzić je do domu. Najpierw do kuchni, a zaś do łazienek, na piętrze i na parterze.

W ogrodzie było ich całe mnóstwo. Ba! Całe rodziny wyłapywałem do małych słoiczków po koncentracie pomidorowym, a dzielne mamy skorki, czy ojcowie, tego do końca nie wiem, stawali nawet w obronie swojego przychówku, unosząc wysoko swoje szczypczyki na odwłoku. Nie bałem się ich, zresztą już od dziecka byłem jakiś pro – owadzi, czy to konstruując sobie radyjko z pustego pudełka po zapałkach i bąka wewnątrz, czy też wypuszczając w klasie wielkie muszyska z przywiązanymi do odnóży nitkami. Kiedy nałapałem do słoiczków kilkadziesiąt skorków pospolitych, z czego przynajmniej połowa, co było widać po wielkości i kondycji zewnętrznej, to były wielopokoleniowe rodziny z dziećmi i wnukami, zaniosłem je wieczorem do kuchni, po czym otwarłem wieczka i zostawiłem na noc. Żeby im ułatwić zadanie, oraz żeby mi się nie rozpierzchły po całym domu, zamknąłem dodatkowo drzwi, po czym udałem się do sypialni, na piętro.

Nie mogłem doczekać się poranka, kiedy wejdę do kuchni i nie zobaczę, ani jednego, wolno przelatującego obiektu oraz zdziwionej miny mojej żony.

– Aaa! Aaa! Co to jest?!! Aaa! – usłyszałem krzyk żony, dochodzący z kuchni. Pobiegłem na dół, po schodach.
– A cóż to się stało kochanie?
– Nie widzisz? W całej kuchni jest pełno szczypawek! Zobacz. Są w pojemniku na chleb, na blacie, na parapecie, na podłodze… wszędzie!
– Bo ja je tutaj zaprosiłem! To nasza tajna wunderwaffe! One wyeliminują i rybiki i muszki, bo to ich naturalny wróg. Muszek owocówek co prawda tylko w niewoli, ale przecież, jakby na to nie patrzeć, więzimy je tutaj. Ja jakoś nie mam sumienia ich zabijać. Rybiki są takie delikatne i wątłe, a muszki to wielcy znawcy wszelkich napojów alkoholowych i do tego kosmonautki! Kochanie, z tych trojga stworzeń pozostaną tylko skorki. Zaufaj mi.
– To są szczypawki! One wchodzą w nocy do uszu i przebijają bębenki! Chcesz żeby weszły do uszu naszych dzieci i przekuły im bębenki? Skoro je zaprosiłeś to je teraz grzecznie wyproś. Masz pól godziny!

Wyprosiłem skorki i muszki, przy pomocy starego sprawdzonego sposobu, czyli przy pomocy odkurzacza. Rybiki zostawiłem w spokoju. To stworzenia nocne, więc nie będę ich niepokoił. Koło południa wszystko wróciło do normy – nie było szczypawek, a pojawiły się wolno latające, małe obiekty. Na chlebaku podskakiwało małe stadko nie mogąc się unieść w powietrze, a kiedy otwarłem lodówkę kilka wychłodzonych wyleciało ślizgiem prosto na podłogę. Od tego czasu mi ani żonie już nie przeszkadzały…

Ciemnobrzuche miłośniczki rosy zamieszkały razem z nami i rybikami, które o tej porze spały jeszcze smacznie w łazience…

Wałęsak brazylijski

Zdjęcie na licencji Creative Commons, autor: João P. Burini* (no chyba nie myślicie, że to jest moja “witka”!)

wałęsak brazylijskiPo ukończeniu czterdziestego roku życia zaobserwowałem u siebie spadek aktywności seksualnej, a właściwie, żeby być dokładnym, spadek możliwości seksualnych, bo aktywność taka jak przed dwudziestu laty by mi pasowała.

“Kochanie… przecież nic się nie stało” – przyszło mi pewnej (już nie upojnej) nocy usłyszeć i musiałem z nią gadać prawie do samego rana, a doktorem nauk raczej nie była. Świadomość, że leżysz koło zgrabnej, cycatej i chętnej blondyny, z zamiarami ale bez możliwości, podziałała na mnie bardzo deprymująco. Cóż więc począć? Czasu się nie oszuka, a pofikać jak za młodzieńczych lat, wciąż by się chciało. Jako człowiek, który szerokim łukiem omija doktorów, udając się tam tylko w razie absolutnej konieczności, postanowiłem poradzić sobie sam, “domowym sumptem”, jak mawiają.

Poszukiwania długotrwałego i “pewnego” wzwodu zaprowadziły mnie w końcu do wałęsaka brazylijskiego.

Jest to duży, agresywny pająk z Ameryki Południowej, którego ukąszenie powoduje czasami nawet i śmierć, ale zawsze erekcję! Postanowiłem iść w zwodzie (o przepraszam) w zgodzie z naturą, a dodatkowo przyoszczędzić na Viagrze i tym podobnych syntetycznych pierdołach, które nie dość, że rujnują kieszeń to i zdrowie. Wszak wałęsaka kupuje się raz, wystarczy na długo, a jego ukąszenie jest rzeczą naturalną, o ile w ogóle można powiedzieć, że ukąszenie przez jakiegokolwiek jadowitego stwora, jest rzeczą naturalną.
Niestety, kupno tego pająka graniczyło z cudem. Pozostało tylko śledzić w internecie różne fora różnych zapalonych hodowców przedziwnych stworzeń, którzy znudzeni zwykłym psem czy kotem poszli do przodu o całe lata świetlne. Przy okazji dowiedziałem się, że ludzie mają po domach i w blokach całą masę niebezpiecznych i egzotycznych zwierząt, gdzie pyton tygrysi, ptasznik i aligator chiński były ot tak zwyczajne, jak chomik czy kanarek.
W końcu natknąłem się na wiadomość, że ktoś spodziewa się przychówku wałęsaka brazylijskiego. Mailowo skontaktowałem się ze sprzedającym. Facet chciał tysiaka za jednego i to w dodatku malutkiego pajączka! W dodatku zażyczył sobie “tylko i wyłącznie odbiór osobisty” (jakby nie mógł go przesłać w pudełku po zapałkach), a dzieliło nas ponad trzysta kilometrów, bo był ze Śląska. Tysiąc złotych za owada i jeszcze ze dwie stówy na dojazd, cóż począć? – zakotłowało mi się w głowie.

Ale czego mężczyzna nie zrobi, aby zapewnić sobie uznanie w oczach kobiety, szczególnie po spędzonej wspólnie nocy. Zawsze to lepiej widzieć z rana kochankę powłóczącą ze zmęczenia nogami, którą nocą, w przypływie nadprzyrodzonych mocy, prawie wkomponowałeś z materac, niż tulącą się czule do ramienia ze słowami “Kochanie naprawdę nic się nie stało… przecież to się może każdemu przytrafić…”. Jak to kuwa “nic się nie stało” – miałbyś ochotę odpowiedzieć – przecież umówiliśmy się na ruchanko, a przegadaliśmy całą noc, bo mi nie stanął!

Reasumując: w te pędy nie zastanawiając się, pognałem autem na Śląsk, po małego pajączka za tysiaka, który jak upierdoli, to umierasz ze słowami – “Dawać mi babę, a chyżo!” – na ustach.

***

– Tylko broń Panie Boże Wszechmogący, niech go pan nie bierze rąk! Ani nie wkłada dłoni do terrarium! A w ogóle, niech go pan z tego terrarium nie wyciąga nigdy, przenigdy! – powiedział na wstępie mój hodowca stworzeń egzotycznych. – Wie pan co to czarna wdowa? Wszyscy się podniecają tymi czarnymi wdowami, a tymczasem ten tutaj, ma jad silniejszy osiemnastokrotnie! Czaisz pan? Jedno “gik” i pukasz pan do świętego Piotra. Do telefonu pan nie zdążysz, a nawet jak pan zdążysz, to w szpitalu i tak nie wyczają o co biega. Jego nazwa Phoneutria, z greckiego znaczy morderczyni. To wszystko wyjaśnia. Mam nadzieję, że ma pan jakieś doświadczenie z jadowitymi owadami?
– Tak, oczywiście – kłamałem jak z nut – miałem już… eee… tego, no… zaskrońca…
– Zaskrońca?!! Przecież to wąż! Gad! I to w dodatku niejadowity i pospolity! – zauważyłem obrzydzenie na jego twarzy.
– No tak ale od niego zaczynałem jako młodzian, a ostatnio miałem skolopendrę olbrzymią – coś mi tam świtało z jakiegoś forum, że to wstrętny i jadowity stwór jest.
– No to szacun, to bardzo agresywne i niebezpieczne wije! Ukąszenie nie jest co prawda śmiertelne dla człowieka, ale bardzo bolesne. A ma ją pan może jeszcze? Chętnie kupię. Wie pan – facet strzelił w moją stronę wymowne “oczko” – robimy w swoim gronie, taki niby turniej. Na przykład – ryjówka vs ptasznik, czarna wdowa vs wałęsak brazylijski, szerszeń azjatycki vs modliszka i tak dalej. Taki jadowity wij, byłoby prawdziwym uświetnieniem mojej kolekcji! Co? Dałoby radę coś załatwić? Może jakaś wymiana?
– Niestety – zrobiłem smutną minę – moja skolopendra poległa… – brnąłem dalej.
– Jak poległa? Na polu bitwy? Też robicie sobie turnieje?
– Nic z tych rzeczy. Poległa po laczkiem. Żona jej przyfasoliła. Wyszła z terrarium po jakiejś gałązce, żona wpadła w panikę i walnęła ją ze trzy razy kapciem z Biedronki, na takiej mocnej gumowanej podeszwie. Nie było co zbierać… – w mojej opowieści pojawiła się też żona, której nigdy nie miałem.
– Jak mogła?!! Co za smutna historia… wie pan, wzruszyłem się. No jak można skolopendrę olbrzymią, tego przepięknego, jadowitego i agresywnego wija laczkiem potraktować??? I to w dodatku z Biedronki? Żeby choć kapciem z Tesco, ale żeby z Biedronki? Wprost nie mieści mi się to w głowie… A co mi tam! Puszczę panu tego wałęsaka za pół ceny! A niech stracę. Ale jakby miał pan “cynk” o skolopendrze to daj pan znać, dobra? Umowa stoi? – przytaknąłem i pożegnaliśmy się.

Uff – odetchnąłem z ulgą, kiedy wsiadłem do samochodu, facet miał pierdolca, bez dwóch zdań. Nie mogłem się doczekać, kiedy wrócę do domu i zaproszę na drinka jakąś znajomą.

***

Monika leżała nagusieńka w łóżku. Znana była z dużych wymagań stawianych facetom i lekkiego prowadzenia. Zrobiliśmy flaszkę więc była już odpowiednio zmelanżowana. Udałem się do drugiego pokoju, leciutko i z wyczuciem uchyliłem górną szybkę w terrarium, po czym wsunąłem dłoń. Wyszedłem z założenia, że skoro duży wałęsak zagraża życiu bezpośrednio wstrzykując dużo jadu, to ukąszenie przez pacholę będzie w sam raz dla osiągnięcia “mega wzwodu – postrachu wymagającej Monisi”.

Twardziel – bo tak go nazwałem – chyba spał. Poszurałem trochę palcami o piasek, poruszyłem kawał kory za którą zrobił sobie legowisko, po czym “wypłaciłem” mu pstryczka w nos, a właściwie w łepek. Poruszył się zaskoczony, bo prowadził do tej pory sielskie, leniwe życie i chyba zdenerwował. Stanął wyprężony na trzech z czterech par odnóży, a przednie wysunął do przodu w pozie do ataku. No Twardziel – szepnąłem do niego – dość tego bezproduktywnego obżerania się świerszczami, czas spłacić zobowiązania. Do roboty! Dziabaj! – i podsunąłem mu paluch pod szczękoczułki. Dziabnął od razu, a ja poczułem mrowienie, przechodzące w gorąco i dziwne odrętwienie. I wtedy Twardziel do mnie przemówił.
– Tej stary, a nie wykupiłbyś mi biletu na samolot do Brazyli? Tylko w jedną stronę – rozejrzałem się wokół, jakby gadający pająk był czymś wstydliwym, w rodzaju puszczenia głośnego bąka na ulicy.
– To, to, to… – zacząłem się jąkać, a moje oczy były wielkie ze zdziwienia jak dwa ping – pongi – to ty mówisz po polsku?!! Hmm… to znaczy… ty mówisz! Aaa!!!
– Gadałabym stary jak najęta, ale nie mam z kim. Ze świerszczem se chyba nie pogadam, nie? Szczególnie, że jest albo na wpół zdechły, albo półżywy ze strachu, he he… Zresztą, kto to widział rozmawiać z jedzeniem – Twardziel jakby się lekko wyluzował, opuszczając przednią parę odnóży.
– To “ty” jesteś “ona” samiczka, kobieta znaczy???
– A “łona, łona”, a co myślałeś? Że faceci tak szybko na wadze przybierają? Tylko baba jest w stanie przytyć tak dużo, w tak krótkim czasie. Zresztą u was jest chyba podobnie? Żenisz się z miss podwórka, a po kilku latach brakuje ci miejsca w waszym małżeńskim łożu. No to co będzie z tym biletem?
– Ale… ale przecież ty mieszkasz tutaj, w terrarium. Gdzie cię tam do Brazylii nosi?
– Powałęsałbym się trochę po dżungli, wróciła do ojczyzny, do matecznika, zapolowała na coś większego, przygruchała jakiegoś fajnego samca, żeby mnie “pyknął”, a na deser bym go zeżarła, bo jeszcze by się zakochał i zaczął wydzwaniać, a tutaj… w tej klatce, ledwo pół metra w kwadracie? Daj spokój…
– Ale myślałem, że ci u mnie dobrze?
– Dobrze? Nie bądź śmieszny! Nic ino se w łeb palnąć z tej nudy…

” Karolku! Karolku!” – usłyszałem wołanie zniecierpliwionej Moniki.

– O!?? Co słyszę??? Też sobie coś przygruchałeś! To dlatego chciałeś żebym cię dziabnęła? “Mega wzwód” ci się zamarzył?
– Wiesz… latka lecą. Trzeba się jakoś wspomóc, żeby podziw i szacunek u płci pięknej zdobyć.
– A to myślisz, że jak ją tylko porządnie zerżniesz to już wystarczy? Że baby to takie puste jak pustaki są? Że tylko im bzykanko w głowie? Głupiś Karolku, oj głupiś.
– Ale ja wcale tak nie myślę! Pogadać też lubię, ale czuję się niepewnie, bo nie wiem czy mi stanie…
– Oj! O to bym się nie martwiła. Będzie ci stał dobrych kilka dni, że będziesz musiał zimne okłady robić! To jak będzie z tym biletem na samolot?
– Ale przecież tutaj bardziej komfortowo ci się mieszka, nic ci ni zagraża, no i mam cię pod ręką w razie ewentualnych problemów…
– A znasz ten wierszyk:

Czegóż płaczesz? – staremu mówił wałęsak młody –

Masz teraz lepsze w terrarium niż w dżungli wygody.

Tyś w niej zrodzon – rzekł stary – przeto ci wybaczę;

Jam był wolny, dziś w terrarium – i dlatego płaczę.

– Ale to było o czyżykach! No i w dodatku tyś wolna nigdy nie była!

“Karol! Karolku! Ja tutaj czekam!” – dobiegło zza ściany.

– A gdybym zrobiła tak, że już do końca życia będziesz miał erekcję, jak osiemnastolatek? Co ty na to?
– A to się tak da?!!
– Da, da. Dawaj drugiego palucha!

***

– Żyje! Obudził się! Otworzył oczy! – usłyszałem z oddali. – Wołajcie lekarza! – niewyraźnie majaczyła mi twarz Moniki. Po chwili zbiegł się cały personel, dwóch lekarzy i ze cztery pielęgniarki.
– No i jak pan się czuje? – zapytał starszy, lekko siwawy lekarz.
– Jeszcze nie wiem – powiedziałem z trudem.
– No bo my, tutaj, z panem, mieliśmy nie lada problem – oznajmił z lekkim uśmieszkiem. Pielęgniarki dyskretnie chichotały, a najmłodsza i najładniejsza z nich, miała pąsy na zakłopotanej twarzy. – Że tak powiem, problem natury chłodzenia pańskiego przyrodzenia – młodszy lekarz, pewnie stażysta z trudem powstrzymywał się od śmiechu, po chwili jednak odwrócił głowę w stronę okna i parsknął. – Musieliśmy wygospodarować dodatkowo, jedną półkę z zamrażarce na lód i to specjalnie dla pana!
– A co się stało? – zapytałem.
– No jak to? Pan nie wie? Ukąsił pana wałęsak brazylijski i to dwa razy! Raz w lewą rękę, a drugi raz w prawą! Ja się pytam, jak to jest możliwe?! Został pan znaleziony przy terrarium przez pańską przyjaciółkę – coś zaczęło mi świtać w głowie. – Cud, że w Berlinie mieli szczepionkę, bo byłoby już po wszystkim. No i walczyliśmy, żeby uniknąć amputacji pańskiego członka! Schładzaliśmy go, musieliśmy upuścić krew i przepłukać naczynia jamiste, solą fizjologiczną.
– Ale teraz już wszystko w porządku?
– A to się dopiero okaże jak pana wypuścimy i pan dojdzie do siebie – mrugnął znacząco okiem. Mam prośbę – zniżył się do mnie szepcąc na ucho – daj mi pan znać co i jak. Jestem niezmiernie ciekaw, czy to faktycznie będzie miało wpływ… no wie pan na co…

***

Minął miesiąc odkąd wypisali mnie ze szpitala. Twardzielkę w ramach pozarządowego i międzynarodowego programu walki z przemytem i handlem tropikalnymi owadami, odesłano do Brazylii i wypuszczono na wolność. Poza dwiema bliznami po jej ukąszeniu, nic mi nie dolegało i z dnia na dzień czułem się lepiej, aż w końcu poczułem się “nad wyraz dobrze”. Jeśli wiecie co mam na myśli…

Wieczorem przyszła Monika, ale nie tamta “wymagająca Monika”, a całkiem inna “mądra i powabna Monika”, którą poznałem w szpitalu. Była pielęgniarką na oddziale, na którym leżałem i że tak powiem, znała mnie już od podszewki. Ponoć “dużo” jej zawdzięczałem, bo to z jej starania spowodowały dodatkową półeczkę na lód w zamrażarce. Podczas mojego tam pobytu bardzo się zaprzyjaźniliśmy.

Była kolacja przy świecach, dobre wino, długie rozmowy, a rano… a co myśleliście? To nie jakieś tam 50 twarzy Greya! A rano było to szczególne spojrzenie kobiety. Te maślane, rozmarzone oczy, które mówią wszystko i nie potrzeba słów. Przyciągnąłem ją blisko do siebie i wyszeptałem do uszka – I co? Było warto wygospodarować tę jedną półeczkę dodatkowo na lód w szpitalu?

– Eche – wyszeptała całując mnie w szyję – było warto…

 

 

*Autor: João P. Burini (Praca własna) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) lub CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], Wikimedia Commons.

Kołtun polski vel plica polonica

kołtun polski vel plica polonicaKołtun polski vel plica polonica, czyli jak nie chorować.

Moje problemy ze zdrowiem zaczęły się od samego urodzenia, trwały poprzez okres dziecięcy, młodzieńczy, trwały nadal przez okres dorastania, trwały kiedy już dojrzałem stając się dorosłym mężczyzną i trwają jakby troszkę bardziej aż do tej pory, czyli wieku lat czterdziestu „z hakiem“. Zawsze coś mi dolegało. Chorowałem częściej niż inni i częściej niż inni odwiedzałem medyków. A medycy jak to medycy – jeden to a drugi tamto, ale żaden mi nie pomógł. Za to wyciągnąć kasę, to tak. Z wiekiem zaakceptowałem swój mizerny stan zdrowia przyzwyczajając się do boleści i dolegliwości. Obecnie katar wita mnie na „dzień dobry“ zaraz po przebudzeniu, ząb boli od słodkiego, zimnego i gorącego, stawy „łupią“, że mam czasami problem wciągnąć koszulę na głowę, a tak zwane „przeziębienia“ łapię hurtem – wiosną, latem, jesienią i zimą. I to po kilka razy w cyklu. Ale jakoś przyzwyczaiłem się. Nie piję i nie jadam nic zimnego ani gorącego, a wszystko co wkładam do ust jest letnie. Z rana wstaję pół godziny wcześniej dając sobie kwadrans więcej czasu na wysmarkanie i wycharkanie, a drugi na założenie koszuli. A kiedy dopadają mnie stany grypowe z cierpliwością czekam na samo – wyzdrowienie, bo na nie działające lekarstwa i wszystkowiedzących doktorów szkoda mi pieniędzy.

Tracąc wiarę w medycynę konwencjonalną, a będąc w potrzebie, zacząłem uczęszczać do różnych – nazwijmy ich – „znachorów“.

Więc kiedy wytknąłem sobie palec, udałem się do „mądrej“ od nastawiania. Starsza, tęga babcinka mieszkała sama, we wsi nieopodal. Wchodząc do jej domu poczułem niemiłą woń starszego człowieka. Słodkawo – mdlący zapach mówił, że w tej chałupie łazienki nie uświadczysz, a leciwa kobiecina radzi sobie jak może przy pomocy miski i to nie za często. Poszedłem do niej z tak zwanego „polecenia“, bo babcinka była nieufna i byle kogo nie przyjmowała, ale poprzez znajomych, znajomych znajomych byliśmy prawie jak rodzina.

– Niech będzie pochwalony – przywitałem się po katolicku, próbując od razu na wstępie zaskarbić sobie jej przychylność. Stosowałem takie powitanie zawsze w stosunku do osób starszych i zawsze działało.
– Tfu! – splunęła przez lewe ramię. – A w piździec z czornymi! Tfu! – dodała na zakończenie, spluwając jeszcze raz. O nic więcej już nie pytałem, a przeszedłem od razu do sedna sprawy.
– Szanowna pani, wybiłem sobie palec, o ten środkowy. Trzeba by pewnie nastawić, bo mam wrażenie, że nie do końca jest na swoim miejscu. Pójdę do doktora, wsadzi mi go w gips na dwa tygodnie, a jak mi go zdejmą, to zostanie szpotawy. Cóż począć szanowna pani?
– Niech pokaże – powiedziała. Wysunąłem dłoń w jej stronę. Chwyciła, pomacała. – W kuchni jest miska. Niech wleje z czajnika ciepłej wody i niech przyniesie. Aha! I niech przyniesie jeszcze szarego mydła. Jest na zlewie. Poszedłem do kuchni. Na żeliwnym, dwukomorowym zlewie, stała zielona mydelniczka, a w niej szare, obślizłe już mydło. Chwyciłem za nią i wytrzepałem mydło na dno białej, emaliowanej miski. Wlałem z czajnika ciepłej wody i wróciłem do pokoju. Rozpoczęło się nastawianie. Kobieta namydliła palec i zaczęła delikatnie i z wyczuciem rozmasowywać. Ugniatała leciutko prawym kciukiem, by po chwili przełożyć do drugiej ręki i ugniatać lewym. Przez cały czas zanurzała dłonie w misce z wodą i namydlała w szarym mydle, patrząc w dal przez okno na pola.

– A skąd pochodzi? – spytała po chwili
– A kto? – odpowiedziałem zaskoczony.
– No łon…
– A… ja. No stąd, z miasta.
– A z jakiej familii?
– A no z tej, co to ojciec miał rozlewnie oranżady jeszcze za komuny.
– A ojciec to dawno już nie żyje?
– A będzie trochę…
– A palec to dzie se wytknął?
– A na sporcie. Piłka mi spadła.
– A po co to grać… – przerwała w pół zdania.

Nagle coś leciutko w paluszku chrupnęło i poczułem ulgę. Jeszcze chwilę przedtem, miałem wrażenie jakiegoś niedopasowania, że coś nie jest na swoim miejscu, a teraz jak ręką odjął.

– O widzi. Wskoczyło.
– No faktycznie – kilkukrotnie zgiąłem i wyprostowałem palec.- Leży, że tak powiem, „jak ulał“. Żeby wszystkie choroby tak momentalnie przechodziły.
– A co jeszcze dolega?
– A ogólnie taki chorowity jestem, „jak nie urok to sraczka “jak to mówią.
– A to niech kołtun zapuści i wszystkie choroby same przejdą.
– Kołtun??? A co to takiego???
– No włosy takie. Długie. Nie czesane, a najlepiej też nie myte.
– I to pomoże?
– A pomoże. Kiedyś pomagało, to i teraz pomoże, kołtun chroni przed chorobami.
– A jak to się robi?
– A włosy musi zapuścić, a jak długie będą, to merdać w nich i merdać, aż zrobią się, jak walonki i wcierać od czasu do czasu łój jakiś.
– I to wszystko? Nic więcej?
– No kiedyś dobrze było, jak w tym kołtunie coś sobie jeszcze mieszkało… – zrobiłem wielkie oczy ze zdziwienia – no weszka jakaś, albo mendka, ale teraz ludziska boją się tych niewinnych i nieszkodliwych robaczków.
– Na to chyba żona i dzieci nie przystaną – odparłem.
– To nie aż takie ważne, ale kołtun niemyty i smarowany łojem regularnie, od chorób wszelakich, tfu – splunęła przez lewe ramię – uchronić powinien.
– To ja pomyślę jeszcze. Zastanowię się.
– A tutaj nic do myślenia nie ma. Zapuścić, nosić gdzieś z boczku, albo pod czapką i wszystkie choróbstwa, tfu! psia ich mać! przejdą, jak ręką odjął.
– Aaa… – przytaknąłem głową, chcąc już nie kontynuować tematu kołtuna – a ile się za wstawienie palca należy?
– A, co łaska… – dałem babcince dziesięć złotych, wstałem i ruszyłem do drzwi.
– To dziękuję i z Bogiem.
– Tfu – pożegnała się spluwając przez lewe ramię.

Nie minął tydzień, a mnie znowu dopadła choroba grypopodobna i rozłożyła na dobre.

Żona stawała na rzęsach, żeby odstawić córki do przedszkola i szkoły i jeszcze zdążyć do pracy. W czasie wielogodzinnego leżakowania w gorączce i wpatrywaniu się w sufit, w mojej głowie zaczęła rozkwitać myśl o zapuszczeniu kołtuna, cudownego środka na wszelakie dolegliwości i pozbyciu się ich raz na zawsze. Powziąłem decyzję o zapuszczeniu włosów, a później się zobaczy. Minął miesiąc, zbliżały się święta Bożego Narodzenia i w domu zaczęła się ta cała przedświąteczna latanina, w załatwianiu rzeczy nagle niezbędnych. „Kochanie, a kiedy pojedziesz, do tego znajomego, po karpie?“, „Kochanie, a kiedy posprzątasz w piwnicy?“, „A dopytywałeś się już w sprawie choinek?“, „Trzeba, by pomalować w korytarzu, bo tak jakoś brudno od lata się zrobiło“, „Nie mam zielonego pojęcia, co w tym roku kupić dzieciom na prezenty, w tym roku ty się martw“ – a w końcu padło pytanie, na które z utęsknieniem czekałem – Kochanie, a nie musiałbyć już iść do fryzjera?

– A wiesz rybcia, postanowiłem ciut sobie zapuścić… na zimę – dodałem.
– Ale jak ty będziesz wyglądał? – na jej twarzy wymalował się grymas zdziwienia, połączony z dezaprobatą.
– Miałem przecież kiedyś długie włosy… nie pamiętasz?
– Ależ kochanie! Wtedy jeszcze miałeś włosy, a teraz? No, sam popatrz. Tu zakola, tu siwe, a tutaj, na czubku już jakby rzadsze. O! Co widzę! „Półwysep powolutku oddziela się od lądu stałego!“ – miała rację. Zakola, już dobrych parę lat temu, rozpoczęły, powolną i mozolną ekspansję ku górze. Na środku został mi tylko „cypel“, który coraz wyraźniej atakowany po bokach, przeistaczał się w „wyspę“.
– Widziałem w telewizji dużo starszego, siwego i bardzo modnego pana. Otoczony był przez młode i ładne kobiety. Nosił fajne okulary i sprawiał wrażenie światowca! Miał długie włosy, kitkę, potężne zakola i nie widać było, żeby się tym specjalnie przejmował – przystąpiłem do kontrataku.
– Karlem Lagerfeldem to ty raczej nie będziesz, kochanie…
– Dobra, dobra. A co mi szkodzi? Sprawa przecież jest odwracalna. Jak będzie źle, to zetnę i koniec – zakończyłem temat.

Minęło pół roku. Włosy podrosły. Rzadkie, a długie, sprawiały dziwne wrażenie, kojarząc mi się z panami, którzy kiedyś zasłaniali łysinę, zaczesując na nią włosy znad ucha. Byłem jednak wytrwały i zdesperowany. Żona marudziła coraz bardziej, ale przekonałem ją mówiąc, że finał jest już bliski i będzie to nie lada niespodzianka.

U Maćka, kolegi z uczelni i jedynego rastafarianina jakiego znam, zasięgnąłem fachowej porady.

– Co?! Mam ci zrobić dreda? Z tych lichych włosów? Przecież jak skończę, to połowa może ci wylecieć! A twoja żona o tym wie? Mam nadzieję, że tak, bo jeśli nie, a dowie się, że to moja sprawka, to nie chciałbym się z nią spotkać – Maciek nie mógł zrozumieć mojej decyzji. Już od studiów kojarzył mnie, jako człowieka statecznego, porządnego i schludnego.
– Nie myśl za dużo, tylko bierz się za mierzwienie. Chce jednego, dużego dreda i koniec. A tu masz sześciopak i torebeczkę wiesz czego i nawet nie pytaj, skąd to mam…
– Dobra, dobra. Ale wiesz, odwrotu już nie będzie. „Po“ możesz się już tylko na Kodżaka ściąć.
– A miałbyś może jakąś rastafariańską czapkę na zbyciu? I może jakieś luźniejsze ciuchy?
– Stary?!! Przypaliłeś sobie z tej torebeczki, czy jak? Bierzesz jakieś leki? Prozac, co? Lekarz zapisał ci Prozac? Przyznaj się.
– Nie! Postanowiłem przystać do Rastafari. Zupełnie świadomie i bez żadnego „wspomagania“. Odpaliliśmy po piwku, Maciek wykonał skręta i zabrał się za mierzwienie. Powspominaliśmy stare, studenckie czasy i pierwszy raz od piętnastu lat, sztachnąłem się maryśką.
– A powiedz szczerze stary, po co ci ten dred? Masz ponad czterdziechę, żonę, rodzinę, pracę, nie to co ja, wolny strzelec, a zawsze byłeś raczej stonowanym facetem – zapytał.
– Robię dla zdrowotności…
– Dla zdrowotności?
– „Mądra” mi tak poradziła.
– Co? Ta od nastawiania gnatów? A w czym, ma ci niby pomóc zapuszczenie dreda?
– W zasadzie to nie chodzi o dreda, a o kołtun.
– O fuck! A co to jest!
– To taki pra, pra, pradziadek twoich dredów. Nosili go chłopi pańszczyźniani, żeby nie chorować. Wiesz, nie mieli kasy na medyków, na lekarstwa. Musieli się jakoś ratować.
– I co? To im pomagało?
– Tak mi „mądra” powiedziała.
– Ale mi przecież nie pomagają. Choruję jak każdy.
– Bo kołtun to nie dred. Kołtuna nie wolno myć, trzeba go smarować łojem i muszą się w nim zadomowić, jakieś żyjątka.
– Wszy?!!
– No, akuratnie z tych zrezygnowałem, choć „mądra” sugerowała. Poprzestanę na glonach, porostach i ewentualnie bakteriach.
– Będziesz miał czerep jak leniwiec!
– Leniwiec?
– No. Leniwiec. Jego futerko to siedlisko glonów i innych żyjątek. Ponoć jest zajebiście odporny na infekcje i wszelkie zranienia. Coś w tym może być!
– No widzisz. Eureka! Moim zdaniem jesteśmy tak wyjałowieni, że nawet najsłabsze choróbstwo nas powala. Wracam do korzeni. Zostanę okazem zdrowia. Będę jak leniwiec!
– Hmm… tylko co na to twoja żona? Może się niezbyt ucieszyć, kiedy ułożysz swój kołtun, obok jej lica, na podusi.
– Doceni to gdy przestanę chorować. Zobaczysz.

 

kołtun polski vel plica polonica 2Kiedy skończył, w tyle mojej głowy pojawiło się kilka, dziesięciocentymetrowych, dość grubych dredów.

Zaplecione były ze wszystkich włosów z czubka i „półwyspu“, który był w trakcie przeistaczania się w „wyspę“. Wyglądał dziwnie, dlatego wspólnie z Maćkiem, po wypaleniu trzech blantów i „zepsuciu“ sześciopaku, postanowiliśmy ciut podgolić boczki nad uszami, używając do tego maszynki do włosów, bez nasadki. Efekt był piorunujący! Wyglądałem teraz jak Robert De Niro w rastafariańskiej wariacji na temat „Taksówkarza“. W drodze do domu, w sklepie z luzackimi ciuchami, który prowadził znajomy Maćka, kupiliśmy wiosenno – zieloną bluzę z kapturem i pomarańczowe spodnie dzwony. Poczułem się wyzwolony, a od sprzedawcy, w „gratisie“ dostałem czapko – beret, w kolorach tęczy i promieniu, chyba z trzydziestu centymetrów.

Przebrałem się. Stare rzeczy wrzuciliśmy, nieopodal, do zsypu na odzież PCK i na rogu rozstaliśmy się.

– Muszę iść do domu Maciuś, żona i dzieci czekają.
– Spoko stary, wpadaj kiedy chcesz, posłuchamy sobie Boba Marleya i zakurzymy ziółka. Aha! Pozdrów Renię i córki. Pokój całemu światu.
– Pokój – przytaknąłem.
– Mamo! Mamo! Zobacz jaką tatuś ma fryzurę na głowie! – w korytarzu przywitała mnie młodsza z córek, a za chwilę dołączyła do niej starsza.
– Tatowinko? Jakie masz fajowskie ciuchy! I beret!

Pojawiła się moja ładniejsza, ale bardziej nerwowa połowa.- Pokój temu domowi – powiedziałem spolegliwie. – Byłem w Maćka i zostałem rastafarianinem! Teraz tak się będę nosił. Koniec ze sweterkami, spodniami na kant, koniec z marynarkami i koszulami. Kochanie! Od dzisiaj już nie musisz prasować moich koszul! Czyż to nie jest piękne? – zmierzyła mnie wzrokiem, od góry do dołu, zaciskając lekko zęby, ładne skądinąd.

– Pusta czaszka z włosami… – powiedziała i wyszła.

Żona nie gadała ze mną dobry tydzień, z czasem akceptując, a wręcz doceniając moją przemianę. – Mój mąż przestał nagle chorować, słucha w samochodzie reggae, nosi się luźno i ma do wszystkiego dystans! “Spoko kochanie, spoko…” – tak zawsze do mnie mówi, gdy mamy jakiś problem i zawsze go rozwiązuje – tak powiedziała przez komórę, do swojej kumpeli. Wiem, bo podsłuchałem. Zauważyłem jednak i to już następny dzień po przebudzeniu, kiedy jako „nowy człowiek rastafara“ otworzyłem oczy, że nie mam kataru! Nie łupało mnie też w stawach, a w kuchni, gdy lekko spragniony dopadłem do zimniutkiej maślanki, że nie bolą mnie zęby. Pomarańczowe spodnie, wściekle zielona bluza z kapturem oraz fryzura wpłynęły na moje zachowanie i stałem się luzakiem.

Kiedy poszedłem do pracy w poniedziałek, wywołałem ogólne poruszenie, a szef wezwał na rozmowę. Czaił się już na mnie od zeszłego tygodnia. Przebiegła dość krótko, ponieważ powiedziałem mu „że go zwalniam“ i wyszedłem. Firma była akurat w trakcie reorganizacji i kiedy po kilku dniach, przyszedł na kontrolę „szef szefa“, okazało się, że zupełnie słusznie szef został przeze mnie zwolniony.

Ja za to dostałem awans.

– Pan mi się podoba! – powiedział do mnie „szef szefa“. – Nie trzęsie pan dupą, o byle co, a ma do wszystkiego dystans. A spokój, tylko spokój nas może uratować!
– Pokój tej firmie! – odparłem zupełnie spokojnie…