Archiwa kategorii: Kącik ogólnospożywczy

Sałateczka i pyreczka

Sałateczka

Ponieważ moja żona (“Panowie pozwolą. Moja żona… Zofia!” – zawsze, ale to zawsze przypomina mi się ten kultowy cytat z “Misia” pomimo że moja żona Zofią nie jest) wciąż, a właściwie kiedy wcinamy sporządzoną/sporządzone (bo jest kilka wariantów) przeze mnie sałatki, powtarza mi w kółko, że powinienem otworzyć bar sałatkowy, postanowiłem podzielić się ze światem, “tajemnicą” sporządzenia dobrej sałatki (a niech tam) “śródziemnomorskiej”!

– A więc baza (w zależności od upodobań) to – sałata lodowa albo rukola, pomidory i mozzarella albo feta, co nie wyklucza sytuacji, że niewolno nam użyć wszystkich tych rzeczy do zrobienia jednej sałatki.

– Natomiast dodatki (w zależności od upodobań) to – ogórek, papryka, pomelo, pomarańcza i na samą górę, jeśli jest – bazylia (tylko na Boga nie suszona z tytki!), co nie wyklucza sytuacji, że niewolno nam użyć wszystkich tych rzeczy do zrobienia jednej sałatki…

Wykonanie:

Myjemy rukolę (chyba że kupimy już płukaną z Biedronki!) osuszamy (ale bez przesady) lub sałatę lodową porwaną na mniejsze kawałki, kładziemy na talerze, a następnie układamy na nią w kolejności: pomidory i mozzarellę albo, na koniec można całość “okrasić” listkami bazylii.

Sosik, czyli rdzeń i tajemnica sałatki:

Wyciskamy (mowa o dwóch porcjach) pół cytryny, dodajemy (lub nie) kilka kropel octu balsamicznego, “większą” szczyptę soli, dwie łyżeczki cukru (nie bać się!), dość dużo pieprzu (ja kręcę młynkiem chyba ze dwadzieścia razy), wyciskamy ząbek czosnku, całość rozcieramy i wlewamy ze dwie łyżki oleju bądź oliwy – jak kto lubi. Mieszamy i polewamy naszą sałatkę “śródziemnomorską”! Smacznego!

P.S. Autor wraz z małżonką preferuje zawsze dodatek pomarańczy…

i pyreczka

Natomiast, gdyby komuś powyższy przepis wydawał się nazbyt ekstrawagancki, fikuśny (pomelo, bazylia, mozzarella???  – czy go pogięło?!!) czy, idźmy dalej – taki “nie nasz”, to dla osób preferujących chleb ze smalcem czy rodzime smaki, mam propozycję “sałatki” na ciepło równie finezyjnej jak wspomniany chleb ze smalcem.

Skład: cebula, sól, pieprz, olej lniany lub rydzowy* i pyreczka.

Przygotowanie: cebulkę siekamy i odstawiamy aż się “zmorzy”, czyli puści soki, następnie dajemy szczyptę soli, trochę pieprzu, wlewany olej, wkładamy ciepłego, ugotowanego wcześniej w mundurku ziemniaka (rzecz jasna bez mundurka), dziabiemy widelcem i wcinamy aż nam się uszy trzęsą!** (Taką przynajmniej mam nadzieję).

* Olej rydzowy, gwoli wyjaśnienia, to nie jest olej z grzyba rydza, tylko z Lnicznika siewnego, popularnie zwanego lnianka lub rydz, a przysłowie “lepszy rydz, niż nic” odnosi się właśnie do tej rośliny, którą siano na kiepskich glebach w celu pozyskania oleju.

** Unikamy po spożyciu ewentualnych randek, spotkań biznesowych tudzież spowiedzi.

 

 

 

 

 

Smacznego!!!

 

 

Makaron w sosie grzybowym z koziej bródki*

*celowo uściślam, że “grzybowy”, żeby komuś nie przyszły do łepetyny, jakieś dziwne nadinterpretacje…

Moi kochani, jeśli udało Wam się znaleźć w lesie kozią bródkę, czyli grzyba dawniej zwanego szmaciak gałęzisty, a obecnie siedzuń sosnowy to macie farta, ponieważ:

– primo raz – można z niego upichcić bardzo szybko, bardzo smaczną i niecodzienną potrawę, która wprowadzi nieco finezji w Waszym menu, szczególnie jeśli jego rdzeń opiera się na schabowym, pyrkach z gzikiem i sznytką ze smalcem,

– primo dwa – można go spokojnie konsumować (dowód: zjadłem go i przeżyłem) a nie mam tutaj na myśli, ewentualnych dolegliwości żołądkowych, gdyż pomylić go z innym nie sposób*, a raczej fakt, że do roku dwa tysiące czternastego był pod ochroną,

– primo trzy – jeden grzyb wystarczy na obiad dla czterech osób, ewentualnie dla dwóch głodomorów, gdyż jest dużych rozmiarów,

*Jeśli jednak pomylicie go z innym, grzybem, to w grę wchodzą tylko dwie możliwości:

– siedzuń jodłowy – tego również możecie zjeść, tylko że nielegalnie, gdyż jest, w przeciwieństwie do Puszczy Białowieskiej, pod ochroną – a fe! no panie ministrze, jak to było? – “czyńcie sobie ziemię poddaną…” a tutaj taki mały grzybek i nie można go zjeść? (sorki, że pozwoliłem sobie na taką małą złośliwość),

– koralówka złocista – tu może być ciut gorzej bo, co prawda młodą można zjeść, jednak od starej (jeśli zdołacie, bo ponoć są bardzo gorzkie) może rozboleć brzuszek, a kibelek powinien być w zasięgu kilku szybkich kroków,

A więc, jeśli znajdziecie w lesie coś takiego:

 

to musicie go porządne opłukać, odcedzić w durszlaku, a następnie wrzucić do gotującej wody na dwie minutki. Następnie wyjąć i podsmażyć na masełku (cholera wiem, że drogie ale jak powiada mędrzec – dobra zmiana wypełni się, jeśli koń z Janowa będzie w cenie kostki masła) troszkę cebulki, dodać kozią bródkę, jeszcze trochę podsmażyć, a później tylko podlać kremówką, lekko zagotować, posypać pietruszką i danie gotowe! Jeśli oczywiście zawczasu ugotowaliście makaron…

Bon appétit…

Drzewo owocowo – grzybowo – ogniste!

Czyli flaczki z żółciaka siarkowego

drzewo owocowo - grzybowe 2Po powrocie z wakacji, w trakcie obchodu ogrodu (o Boże! ale nam tutaj wszystko zmarniało! no popatrz na te biedne funkie!) oczom naszym ukazał się widok niesamowity. Wystarczyło dwa i pół tygodnia naszej nieobecności, a tutaj wyrasta na śliwie coś takiego. Pachnie przyjemnie, wygląda ładnie, ale wisienką na torcie jest to, że jest jadalne! Jedynie nazwę ma troszeczkę odpychającą, bo ów narośl to nic innego jak żółciak siarkowy, czyli grzyb z rodziny żagwiowatych. Tym oto sposobem stałem się posiadaczem drzewa, z którego oprócz zwykłych śliwek, z których oczywiście można wysmażyć zwykłe powidła oraz sporządzić najzwyklejszą nalewkę, można mieć też grzyby, z których możemy upichcić tak niezwykłe potrawy jak: flaczki z żółciaka siarkowego, sznycle z żółciaka siarkowego, pasztet z żółciaka siarkowego, paprykarz z żółciaka siarkowego i w końcu możemy żółciaka siarkowego zamarynować w zalewie miodowo – korzennej. Mało tego, kiedy nie zdołamy zjeść wszystkich grzybów, suchego żółciaka siarkowego, możemy użyć do wykrzesania ognia krzesiwem tradycyjnym.

drzewo owocowo - grzybowe 3.jpgJest jednak jeden mały haczyk – kiedy ów grzybek pojawi się na jakimkolwiek drzewie, wróży jego rychły koniec i drzewo w przeciągu kliku lat uschnie. Im mniej śliwek, tym więcej żółciaka i na odwrót. Pocieszające jest chociaż to, że przecież uschnięte gałęzie możemy wykorzystać do zrobienia ogniska.

Reasumując. Moja usychająca śliwa zapewnia mi komplet przyjemności na sobotni wieczór bo: z uschniętych gałęzi śliwy, zaatakowanych przez żółciaka siarkowego, zrobię ognisko (które oczywiście rozpalę przy pomocy krzesiwa tradycyjnego, wykorzystując do tego starego, zeszłorocznego i ususzonego już żółciaka siarkowego, którego nie zdążyliśmy skonsumować) na którym gotować będę flaczki z żółciaka siarkowego, które popijać będziemy nalewką ze śliwek, które zbierzemy z niezaatakowanych przez żółciaka siarkowego gałęzi! Co za drzewo! Co za żółciak! Cóż za sobotni wieczór!

 

P.S. Aha! A przepis na flaczki z żółciaka siarkowego znajdziecie sobie w necie…

 

Koktajler

Koktajler – wersja nieco rozbudowana

koktajler 1– Kochanie! Od jutra będziemy się zdrowo odżywiać! – zarządziła razu pewnego moja żona. Zarządziła to równie lekko, zwiewnie i niewinnie jak zarządziła w zeszłym roku malowanie pokoju, które skończyło się prawie remontem kapitalnym całego domu – Kochanie! Jutro musimy koniecznie pomalować nasz pokój – i dalej. – Płytki w łazience też przy okazji przydałoby się skuć, a w korytarzu wymienić panele, bo są już brzydkie.

Przy jakiej „okazji”? Pokój to pokój, łazienka to łazienka, a korytarz to korytarz! Zawsze myślałem, są to rzeczy od siebie niezależne i malowanie pokoju, nie wiąże się z poleceniem „skucia” w łazience płytek, wypowiedzianym z równą łatwością jak: „ach! muszę sobie pomalować paznokcie”.

Ale cóż. Tak to jest, że u żony niewinny komunikat – Kochanie coś mi stuka w samochodzie – to zakamuflowana opcja „Trzeba go wymienić na nowszy”.

Skończyło się malowaniem pokoju, remontem łazienki połączonym z wymianą armatury („Przecież ta wanna, zlew, szafki i prysznic się do niczego nie nadają”) i gipsowaniem i malowaniem korytarza z wymianą paneli włącznie i oczywiście. Nowe opony do mojego terenowca na ryby, przeistoczyły się w płytki i farbę na ścianach, panele w pokoju i wynagrodzenie dla „fachowców”, za które może oni kupią opony dla swoich terenowców na ryby. Ech ryby…

Tak więc „zdrowe odżywianie” zaniepokoiło mnie, bo nikt naprawdę nie mógł wiedzieć (nawet moja żona) dokąd nas to zaprowadzi. A zaprowadziło. Oj zaprowadziło! Bo wiedzieć musicie, że najważniejsze w zdrowym odżywianiu jest (uwaga!)… ha! Myśleliście, że jedzenie? Nie! Nic z tego! Najważniejsze w zdrowym odżywianiu, a właściwie najważniejszy, jest blender kielichowy! Ta – dam! Co? Nie wiecie co to jest? No może panie coś kojarzą, ale panowie raczej nie. No to zacznijmy raz jeszcze.

Najważniejszy w zdrowym odżywianiu jest koktajler! Ta – dam! Panie już wiedzą, a panowie? Co? Dalej nic? To po prostu taki jakby młynek do kawy, ale troszkę większy. No tak… ja tu o młynkach do kawy, kiedy wszyscy piją kawę już zmieloną, rozpuszczalną albo zgago – genną, czyli z automatu. Uwaga panowie! Wyobraźcie sobie, że ten cały koktajler, to taka kuchenna wersja wiertarki z nałożonym zamiast wiertła „druciakiem”. „Druciak” wkładamy do litrowego słoika po ogórkach, do którego uprzednio włożyliśmy jakieś zdrowe rzeczy, czyli owoce i warzywa, podkręcamy obrociki na maksa i z tych warzyw i owoców robi nam się pulpa, do której dolewamy wody i ją wypijamy. I wtedy czujemy się zdrowsi! No właśnie! To jest to.

No ale oczywiście ja na takie genialne rozwiązanie nie mogłem sobie pozwolić, dlatego też żona zleciła mi zakup oryginalnego blendera kielichowego. Zacząłem szperać w internecie, w trakcie którego dowiedziałem się o takich artykułach gospodarstwa domowego, o jakich wcześniej nie miałem zielonego pojęcia, a na dźwięk niektórych włos jeżył mi się na głowie.

Natknąłem się na przykład na elektryczne buty, a właściwie elektryczny but i już byłem bliski rozczarowania, że nie mają w ofercie elektrycznego krzesła! Były też czekoladowe fontanny, wagi do bagażu (ciekawe czy różnią się od zwykłych?), czyściki ultradźwiękowe, kombiwary, kojarzące mi się z moim rodzinnym kombi i ustami po botoksie, czyli warami. Były wreszcie termoloki i bardzo podejrzane cyrkulatory, których nazwę podkreślał mi każdy edytor tekstu oraz przenośne toalety, wymyślone zapewne dla ludzi korzystających z usług Polskich Kolei Państwowych, a bojących się widoku torowiska w czasie załatwiania swoich potrzeb.

Znalazłszy odpowiedni blender kielichowy postanowiłem dokupić coś jeszcze, żeby zaoszczędzić na przesyłce, która była darmowa powyżej pewnej kwoty. Ponieważ ja również nie cierpiałem widoku torowiska w pociągowym WC, dokupiłem dla siebie przenośną toaletę. Dla żony wziąłem tajemniczy cyrkulator (o znowu podkreśliło mi to słowo!) choć ni diabła nie miałem pojęcia, co to może być i dodatkowo termoloki, ponieważ zawsze marzyła mi się jako potężna bruneta a’la Ciganne z czarnymi kręconymi włosami.

Na deser naszych internetowych zakupów nabyłem dla siebie, a dokładniej dla moich stóp (uwaga! proszę usiąść) frezarkę do pięt! Tak, tak! Takie coś istnieje! Zawsze miałem problem z odrastającymi skórkami, które odrastały mi szybciej niż byłem je w stanie „wypumeksować”, a frezarka do pięt została wymyślona chyba specjalnie dla mnie. Słowem: nic tylko brać.

Minął miesiąc, podczas którego w pełni nauczyliśmy się korzystać z poczynionych zakupów. Usłyszałem charakterystyczny dźwięk dochodzący z kuchni. Dźwięk z piekła rodem, czyli dźwięk koktajlera. Żona znowu coś blendowała. Kochaniutki! – usłyszałem po chwili – zblendowałam dla nas zdrowiuteńki koktajl warzywno – owocowy. Są tu i jabłuszka i pomarańcze i szpinak i burak ćwikłowy i seler z pietruszką i jogurt naturalny! Co ty na to? Przyjdziesz się napić?

– Już kochanieńka! Momencik! Siedzę właśnie na naszej przenośnej toalecie w kąciku naszej alkowy, ponieważ przepędziło mnie solidnie po wczorajszym zdrowiuteńkim koktajlu jogurtowo – bananowo – porowym z dodatkiem pędów bambusa, że ledwie zdążyłem pory opuścić. Wyfrezuję sobie jeszcze tylko pięty przy pomocy frezarki do pięt, zakładam elektryczny but i już w te pędy bambusa śmigam, to znaczy hopsasam do ciebie kochana!

– Kochanieńki! Nie wierzę! – odpowiedziała podekscytowanym głosem. – Przyhopsasasz do mnie w elektrycznym bucie z wyfrezowanymi piętami? Zakładam wobec tego termoloki i podłączam cyrkulator!

Nie ma to jak zdrowe odżywianie!!!

Zupa wegetariańska Waszczykowskiego

zupa wegetariańska WaszczykowskiegoPonieważ my, Polacy, jesteśmy przekorni, a panu ministrowi ostatnio wymsknęło się, że wegetarianizm jest nie teges, przedstawiam Szanownym Czytelnikom przepis na zupę wegetariańską. Zupa jest też dodatkowo mocno rozgrzewająca, co z uwagi na aurę, będzie jej dodatkowym atutem oraz, co odkryłem zupełnie przypadkowo, pomaga kiedy jesteśmy “wczorajsi”.

Proszę się też nie przejmować (szczególnie faceci) że niektóre jej składniki będą dla was całkowicie nieznane (jedzenie to nie tylko pyrki, schabowy i chleb ze smalcem) oraz, że (uwaga!) można ugotować zupę bez żeberek.

Składniki

 

– dwa bataty (no okej! mogą być też dwie duże, mączne pyry)

– 3 marchewki

– jedna pietruszka

– kawałek selera (no właśnie, co to znaczy “kawałek”? a więc niech będzie to ćwiartka całego selera)

– jedna papryka

– dwie cebule

– dynia Hokkaido (dobra, dobra… to opcjonalnie zamiast np. marchewki ale może być też i “z” marchewką)

– puszka mleka kokosowego

– brokuł ewentualnie cukinia lub świeży szpinak

Przyprawy

– imbir

– ostra papryka lub pieprz Cayenne

– kurkuma

– Curry

– cytryna

– sól i pieprz (no kurde wiadomo)

 

Wszystkie składniki kroimy w kostkę i podsmażamy. Najlepiej ma maśle klarowanym, ale można też na oleju roślinnym. Doradzam żebyście nie kupowali masła klarowanego za krocie w Techo, a zrobili je sami w domu. Wychodzi dużo taniej i jest o wiele smaczniejsze.

Kiedy wszystko się przyrumieni, zalewamy niewielką ilością wody i przelewamy do dużego garnka, do którego również dolewamy jeszcze wody aby uzyskać gęstość zupy. Słowem: nie za dużo i nie za mało, ale pamiętajmy jednak, że z dwojga złego lepiej za mało niż za dużo – łatwiej coś później rozcieńczyć, niż kombinować “ło matko co teraz?”, bo wychodzi nam jedna kosteczka warzywa na litr wody i uzyskaliśmy rozcieńczenie homeopatyczne! Dobra idźmy dalej…

Dość spory kawałek imbiru (2 – 3 cm) obieramy, kroimy w drobną kostkę i podsmażamy. Ma się lekko zeszklić i zapachnieć. Dodajemy do zupy. Następnie dolewamy mleko kokosowe i lekko podgotowujemy dodając do smaku przyprawy, czyli kurkumę, ostrą paprykę, Curry, cytrynę, pieprz i sól.

Na sam koniec, żeby się nie rozgotował dodajemy garść brokułu. Zupa w smaku ma być lekko kwaskowa i dość ostra.

Oczywiście mając słuszny garneczek wegetariańskiej zupy wystosowujemy stosowne zaproszenie (podając nasz dokładny adres) na wegetariański poczęstunek dla Pana ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego. Czekając na przyjęcie zaproszenia, które będzie potwierdzone dźwiękiem pękającej futryny drzwi wejściowych do naszego domu oraz zapachem wybuchających granatów dymnych na korytarzu, możemy zabrać się za klarowanie masła na następną zupę. Buon appetito!

 

P.S. Autorowi, pomimo że nie jest wegetarianinem, zupa smakowała i zjadł trzy talerze!