Archiwa kategorii: Felietony

Techo! Ale popelinę odwalacie!

Przywalę Wam od razu z “grubej rury” i bez specjalnego wstępu i ceregieli powiem tak – Techo! Ale popelinę odwalacie! A moje stwierdzenie dotyczy najbliższego otoczenia Waszego supermarketu, które szczególnie teraz, jesienią, wygląda wręcz obrzydliwie i jest tak zaśmiecone, że nawet gawrony zlatują się do Was po śmieci.

Wiedziony przeto ciekawością, postanowiłem porównać otoczenia czterech “topowych” marketów w moim miasteczku (co jest niebywałą łatwizną z powodu ich bliskości) i zobaczyć, czy wszędzie jest aż tak źle, jak u Was.

Turniej, tak możemy to nazwać, będzie nawet międzynarodowy ponieważ w szranki staną: Netto, czyli Duńczycy, Tesco – Anglicy, Biedronka, nazywana Biedra albo nawet złośliwie, Bieda to Portugalczycy i w końcu nasz zwycięzca, Lidl, czyli Niemcy. Co już wypaplałem kto jest zwycięzcą? Trudno…

 

No to zacznijmy. Ustalam następujący kategorie:

– kategoria I – ogólny rzut oka na market i miejsce dostaw towaru,

– kategoria II – baner informujący o markecie oraz o promocjach,

– kategoria III – “wózkownie”, czyli miejsca gdzie stoją wózki na zakupy, oraz stojaki na rowery,

– kategoria IV – dojazd i dojście do marketu, czyli ścieżki, schodki i tak dalej,

– kategoria V (chyba najważniejsza) – nasze bezpieczeństwo na wypadek (nie daj Boże i odpukać!) pożaru, czyli hydranty, ich ilość i oznaczenie

 

No to jedziemy!

Kategoria I – otoczenie

Netto – czysto i schludnie

netto-5-4tesco-21-15

netto-5-6

Tesco – popelina (a nie mówiłem!): śmieci i upodobanie do kamlotów (ten betonowy pachołek leży tak na wznak odkąd pamiętam, a chodzą słuchy, że obalił się ze zgryzoty patrząc na tę “przepięknie wypłowiałą” elewację). Widać gawrony poszukujące śmieci.

tesco-fronttesco-pacholki

tesco młyn 2tesco-2

tesco-21-24tesco-22-5

Biedronka – Bieda nie taka bieda, czyli może być! Bez zastrzeżeń.

biedronka-1biedronka-4-2

Lidl – wzorowo! Aż miło popatrzeć i sam nie wiem co o tym myśleć, ale kiedy robiłem zdjęcia koło Lidla (Netto i Biedronki też) słońce wychodziło, a kiedy koło Tesco, zachodziło… przypadek?

lidl-11-6lidl-11-7lidl-11-11lidl-5

Kategoria II – baner

Netto – jeden baner z aktualnymi “hitami”, a drugi z logo firmy oraz godzinami otwarcia, reszta promocji na tablicy ogłoszeń oraz na elewacji sklepu.

netto-5-9netto-5-1netto-5-4

Tesco – dwa zardzewiałe banery. Balasty wykonano z betonowych krawężników obwiązanych metalowymi opaskami. Całość utrzymano w stylu kamiennego kręgu Stonehenge – wiadomo, Anglicy. Od frontu i z boku wypłowiałe, czerwone napisy “Tesco”, które doskonale komponują się z przyszarzałą bielą blachy falistej, którą obudowano market, powyginanymi daszkami oraz odklejającymi się od banera plakatami. Ten skomplikowany układ balastów oraz porozrzucanych kamlotów podobno coś oznacza, a te czarne małe punkciki widoczne na trawie, to wspomniane powyżej gawrony. Przyleciały po śmieci – jakieś papierki, kawałki folii i kartonów i (co muszę szczerze przyznać) dość skutecznie oczyściły teren wokół marketu. Macie z nimi jakąś umowę, jakiś deal?

tesco-21-10tesco-baner

tesco-22-7tesco-baner-3tesco-22-6tesco-3

Biedronka – jeden baner z logo firmy, reszta informacji o promocjach przy wejściu do sklepu.

biedronka-4-5biedronka-4-6

Lidl – chyba najlepiej ze wszystkich. Duże logo przed sklepem z informacją o “chrupiącym pieczywie“, małe drogowskazy na drogach wjazdowych na parking i tablica z aktualnymi ofertami i promocjami.

lidl-7lidl-2lidl-11-16lidl-11-14

 

Kategoria III – miejsca “parkowania” wózków na zakupy i rowerów

Netto – “garaż” na wózki ma nawet dachówkę! Obok stojak na rowery i “poczekalnia ” dla psa.

netto-5-8netto-5-4

Tesco – brudno i nieestetycznie, popękane, dyndające i brudne pleksi. Ale za to są kłódki, łańcuchy!

tesco-wozkowniatesco-22-3

tesco-21-27tesco-23-3

tesco-22-1tesco-21-2

Stojak na rowery w tle, a na pierwszym planie… kamlot…tesco-stojak-na-rowery-i-kamlot

Biedronka – wózki przy sklepie i pod zadaszeniem, czyli spoko i stojak na rowery.

biedronka-4-1biedronka 3

Lidl – wózki także pod sklepem, czysto i poręcznie, a dodatkowo reklamy o produktach na ścianach wnęki. Jedno z trzech miejsc na rowery z eleganckimi stojakami – pergola to inicjatywa Lidla, niby nic, a prezencja znakomita!

lidl-19lidl-2

lidl-18

Kategoria IV – dojazd i dojście

Netto – ludzie chodzili “na szagę” więc mądrzy ludzie z Netto porobili, tam gdzie wydeptano trawkę, chodniczek i schodki. (Chodniczek ciut zarośnięty – że też wszyscy muszą chodzić środkiem! –  ale trudno, nie można mieć wszystkiego).

netto-5-7netto-5-5

Tesco – tutaj dyrektorzy wciąż zakładają, że ludzie chodzą po bokach czworoboków. Schodki – szacun! Obok schodków zjazd ziemny dla niepełnosprawnych na wózkach, z progiem na wybicie się i “ju hu hu!”, lecimy, lecimy, nie śpimy!!! Krawężniki zapadają się ze wstydu pod ziemię. Gawrony wciąż sprzątają.

tesco-5tesco-23-7tesco-23-4tesco-21-7

tesco-22-4tesco-kamloty

Biedronka – wjazd jak wjazd, nie wiem kurde co napisać, przynajmniej krawężniki (jak powyżej) nie są pozarywane.

biedronka-4-4

Lidl – również tam gdzie wydeptano jest chodniczek, a tam gdzie chodzono na szagę schodki – panowie z Techo – uczyć się! Dodatkowo posadzono drzewka i wysypano białym kamyczkiem, a to już “pełen wypas”. A pergolka nawet zarasta bluszczem. Nie ma śmieci (brak gawronów).

lidl-10lidl-11-10

lidl-1lidl-8

lidl-16

Kategoria V – hydranty ppoż

Netto – nie widziałem psia kość! Widać w założeniu Netto jest ognioodporne (chyba że są jakieś hydranty wewnątrz?).

Tesco – są dwa! Oto one… Jeden oznaczony zwyczajowo kamlotami, a drugi dwoma, wolno stojącymi słupkami, które błagają o Hammerite!

tesco-hydranttesco-21-9tesco-hydrant

Biedronka – jeden, ale za to oznaczony! Musiało nieźle wiać, bo oznaczenie “H” się z lekka “gibło” na prawo, no chyba że kogoś “gibło” na prawo i ratował się jak mógł.

biedronka-4-4

Lidl – mucha nie siada! Cztery i to oznaczone! Proszę zwrócić uwagę na tę skrzyneczkę przed hydrantem – ładnie obudowana cegiełkami i czerwoną dachówką (już pomijam fakt, że wokół rośnie trawa, i to ładna trawa!). Dla porównania poniżej, skrzyneczka z Tesco.

lidl-11-17lidl-11-15lidl-11-16lidl-hydrant

Skrzyneczka z Tesco

tesco-21-6

Czas na wnioski

Wnioski są takie, że wokół Lidla (ale także Netto i Biedronki) jest, po prostu, ordnung (Ordnung muss sein) a wokół Tesco rozpiździaj, że aż “miło”! Z początku myślałem, że to celowy zabieg, że  wkomponowaliście się w sąsiednie otoczenie, czyli w “Polskę w ruinie”…

tesco-otoczenie-2tesco-okolica

tesco-otoczenie-1tesco-otoczenie-4…nie chcąc odbiegać zbytnio od otaczającego “konwenansu”. Jednak od strony dostaw towaru pojawiły się takie oto rewitalizowane budynki…

mlyn-1mlyn-zytni-2

mlyn-budynek-1mlyn-dziedziniec

… które stoją w ewidentnym (do Was) kontrapunkcie, co rodzi nadzieję, że “konwenanse” się zmienią… Słowem: liczę na Was!

 

P.S. Żeby nie było, że ktoś mnie tutaj sponsorował – chodzę na zakupy do Tesco. Do Netto i Biedronki w ogóle, a do Lidla sporadycznie… i to z reguły po spodnie.

 

No i czas na małą aktualizację tematu. Aktualizację zupełnie przypadkową, gdyż zupełnie przypadkowo przejeżdżałem rowerem koło tego niezwykłego banera reklamowego koło Tesco. Baner wciąż robi kolosalne wrażenie, a gawrony wciąż zbierają papierki…

 

Irygator dentystyczny

 

Karcher IrygationNo i stało się, zmieniłem dentystę.

Ten wydaje się lepszy, a na pewno ma najnowocześniejszy (czytaj: najdroższy) gabinet ze wszystkich moich byłych dentystów – same marmury i sprzęt rodem ze Star Trek’a. Dentysta wygląda jak Fantomas (co ja z tymi filmami?) i patrzy na człowieka, a właściwie na człowiecze zęby, przez takie dziwne„lornetko – patrzałki”. Każde wejście to debet na koncie bez dwóch zdań. Wydawać by się mogło, że jeśli facet dużo kasuje, to przekłada się to na podejście do pacjenta czyli, że jest miły i uśmiechnięty. Nie, nie, nie. Nic z tych rzeczy! Wyzywa już od samego wejścia, a powodów ma wiele, bo zawsze coś się znajdzie.
Ostatnio jeszcze zanim otworzyłem japę, już mnie skarcił: „A pan co tak leży na tym fotelu? Tak to leży się na plaży!” albo „Dlaczego pan to dotknął? (dotknąłem spluwaczki, wkładając utracony bezpowrotnie kawałek zęba do środka) W gabinecie się niczego nie dotyka! Błąd! Straszny błąd!”. Dodatkowo jeszcze ma nieco inne podejście do higieny jamy ustnej. „Miękka szczoteczka? Nić dentystyczna? Mycie ruchami z góry na dół? Kto panu to powiedział?”. No ale czytałem różne artykuły w internecie i w prasie – odpowiedziałem spokojnie. „Bzdura! – mówi – te bzdurne artykuły piszą teoretycy, którzy nie mają pacjentów w gabinetach! Niech pan słucha praktyka! Szczoteczka średnio – twarda, ruchy koliste i Waterpik!”.
No i zaczęło się. Po odpowiednim wywiadzie dowiedziałem się, że ten cały Waterpik to irygator dentystyczny, czyli po prostu taki Karcher do zębów. Wiedziałem, że myjka ciśnieniowa dobra jest do mycia poz-bruku, elewacji, samochodu, ogrodzenia ale żeby myć czymś podobnym zęby? No dobra – pomyślałem – skoro ma mi to uratować zęby i dziąsła, ograniczyć wizyty u nowego pana dentysty („A pan co tak leży na tym fotelu? Tak to leży się na plaży!”) a dodatkowo zmniejszyć debet na moim skromnym koncie. Trudno. Kupię sobie irygator.
„Koparka” opadła mi jednak, kiedy wyszukawszy ów produkt, spojrzałem na jego cenę. Prawie cztery stówy razem z wysyłką robiło wrażenie. Cóż począć? Jednak zupełnie przypadkowo, oprócz irygatorów do pochwy, natkałem się na irygator dentystyczny zakładany wprost na kran! I miał nawet dobrą opinię jednej pani – „Zakładam go na baterię w łazience, odkręcam wodę, a siłę strumienia reguluję sobie poprzez mocniejsze bądź słabsze odkręcenie kranu. I nie trzeba wcale prądu! – napisała, troszkę psiocząc dalej. – „Gorzej jak wszyscy podlewają ogródki i jest słabe ciśnienie w sieci…” – ale to mnie już nie interesowało, bo wyszedłem z założenia, że tę drobną niedogodność jakoś zaakceptuję, robiąc sobie wtedy taką techniczną przerwę.
Z drugiej strony kiedy przyjrzałem się bliżej temu wynalazkowi, uświadomiłem sobie, że jest to zwykły kawałek, gumowego węża z jakąś tam niby specjalistyczną końcówką, ale za to w cenie bardzo dobrego łiskacza. „Mam dać ponad stówę za metr szlaucha, który w sklepie instalacyjnym, czy ogrodniczym kupię za pięć złotych!” – ta myśl nie dawała mi spokoju i wtedy właśnie wpadłem za genialny w swej prostocie pomysł! Przecież mam z domu myjkę ciśnieniową! I to oryginał! Nie jakąś tam chińską podróbę, a towar wprost w Germanii! Co za różnica, czy sikam sobie w gębę: „oryginalnym, jedynym, najlepszym, amerykańskim, sprawdzonym, rodzinnym” irygatorem dentystycznym firmy Waterpik (ehe… tylko nie wysilili się nawet na instrukcję w języku polskim i trzeba mieć przejściówkę do gniazdka) czy też sikam sobie oryginalnym niemieckim Karcherem?
Dodatkowo wszędzie gdzie czytałem opinie użytkowników dotyczące irygatorów, było napisane, że najważniejsze jest duże ciśnienie. „Duże ciśnienie to podstawa – pisał jeden z użytkowników – dlatego Oral – B czy inne tańsze w ogóle nie wchodzą w rachubę. Bo co to jest 3,6 bara? Mój amerykański Waterpik generuje prawie 7 bar!”
Ha! – pomyślałem – A mój oryginalny, niemiecki Karcher generuje 120 bar mądralo! Przy takiej sile, mój kochanieńki, to ja nawet nie będę potrzebował żadnych specjalistycznych końcówek. Strumień wody o takiej sile wypłucze mi wszystkie pozostałości po jedzeniu, i to jeszcze z czasów studenckich. I to za darmo!
Decyzja zapadła. Pozostały tylko do przemyślenia drobne niedogodności techniczne. Po pierwsze ze względów bezpieczeństwo postanowiłem myć zęby Karcherem zawsze w okularach. Przecież jeden niecelny „strzał” mógłby mi wypłukać oko, a najlepszym razie uszkodzić jakąś siatkówkę, czy źrenicę, czy coś tam, nieważne… Wiem bo, kiedy myję elewację, mech odpada mi razem z tynkiem, a brud z Astry “jedynki” razem ze szpachlem.

Po drugie, z uwagi na spokój domowników, nie zamierzałem tego robić w łazience, skłaniając się raczej ku terenom otwartym. I po trzecie, z troski o wciąż podwyższające się czoło i resztkę delikatnych włosów na zakolach, postanowiłem zakładać kask motocyklowy, który został mi jeszcze po motorze marki WSK.
Nadszedł dzień irygacji dentystycznej przy pomocy myjki ciśnieniowej. Poszedłem do ogrodu. Uruchomiłem Karcher. Następnie założyłem kask i okulary.

Pierwszy strzał i od razu pudło! Co za pech… ręka mi się omsknęła i strumień zamiast w gardziel, poleciał bokiem, strącając kota sąsiada z pergoli. Z drugiej strony nie ma tego złego. Ma sierściuch za swoje, bo przychodzi do nas głównie za potrzebą, traktując moją posesję jak toaletę. Ale za to drugi strzał okazał się, że tak powiem „snajperski”! Krótki i celny. Pomimo, że umyłem wcześniej zęby poczułem, że wyleciało mi coś z ust. Więc jednak słuszne okazały się te opinie w internecie, że „irygator zawsze jeszcze coś tam jeszcze wypłucze!”. Patrz! – wrzeszczałem uradowany do żony – Działa! Wypłukało mi resztki jedzenia! Resztki orzeszków ziemnych! Ha! Główka pracuje! Cztery stówy do przodu! Teraz ty, a za chwilę wołaj dzieci do mycia. Zaoszczędzimy na pastach, szczoteczkach, no i na borowaniu u dentysty!
– Jakie orzeszki ziemne? Nie kupowałam ostatnio żadnych orzeszków ziemnych. A co ty tak jakoś dziwnie mówisz? – żona zaciekawiona podeszła do mnie bliżej . – A weź no się uśmiechnij… – uśmiechnąłem się. – Chyba twój wynalazek jest ciut za mocny, na twoje słabe ząbki mój kochanieńki – powiedziała tak jakoś z przekąsem. Zacząłem macać językiem po uzębieniu. I faktycznie! Wyczułem jakieś braki z tyłu i więcej luzu z przodu.
Resztki orzeszków ziemnych okazały się połową jedynki (i tak chciałem robić koronę!), cyrkonową koroną na trójce oraz kilkoma jeszcze mniejszymi plombami, które wyleciały gdzieś z głębin mojego głębokiego zgryzu. W sumie, żal było mi tylko tej cyrkonowej korony, na którą nie tak dawno wysoliłem grubo ponad tysiaka, a której, no nie uwierzycie, nie udało mi się do tej pory odnaleźć z trawie!

Gacie cukiernika

Gacie cukiernika – recenzja

Gacie cukiernika 2Kiedy pierwszy raz usłyszałem tę bardzo króciutką arię na głos solowy z towarzyszeniem fagotu,  od razu wiedziałem, że jest to naprawdę (jak to mawiają żargonem studenci Konserwatorium) “kawał dobrej muzy”.

Przede wszystkim zauroczyła mnie sama forma. Kompozytor i autor tekstu jednocześnie, na przestrzeni czterdziestu czterech sekund zawarł taką dramaturgię, że nie powstydziłby się tego i sam Giacomo Puccini w swoich ariach. No bo co my tutaj mamy?

Ale zacznijmy po kolei i posłuchajmy

Gacie cukiernika     

Zaczyna się króciutkim, jedno taktowym wstępem fagotu i od razu mamy pełne zaskoczenie, bo wokal wchodzi ni w pięć ni w dziewięć! Co się okazuje? Wstęp jest w metrum na 7/8! No proszę! W tak króciutkiej “aryjce” (myślę to raczej o zdrobnieniu od “arii”, a nie o blond cycatej walkirii “z jedynie słusznej nacji”) kompozytor zaskakuje i to na samym początku! Siedem ósmych? Gdzież powiedzcież mi, oprócz muzyki współczesnej, no i może bułgarskiego folku spotkamy się z taki metrum? A tu proszę! Jest! Można? Można!

Utwór rozwija się dalej. Fagot skutecznie trzyma tempo z wdziękiem i gracją wykonując bas Albertiego i… i mamy takt piąty, a tam kolejna zmiana metrum, tym razem na trójdzielne i jakby lekkie zawieszenie!  Toż to przecież całe płyty popowe, ba całe dyskografie są w metrum dwudzielnym, a tutaj takie eksperymenty! Takie nowatorstwo? Takie zmiany agogiczno – metryczne na tak krótkiej przestrzeni???

Przychodzi mi tylko jedno do głowy… tak, tak, wiecie co mam na myśli! Mam na myśli “Święto wiosny” Igora Strawińskiego! Nie, nie bójmy się tego porównania! Dlaczegóż by nie porównać ze sobą tych dwóch arcydzieł? No oczywiście kompozytor wie co robi (zapewne jakiś stary wyga) bo w tym takcie jest po prostu mało sylab, ledwie dwie. Więc po co iść w dłużyzny, po co katować słuchacza całym taktem na 4/4 skoro nic się nie dzieje. No ale widać warsztat jak i techniki kompozytorskie mu nie obce, więc w drugiej połowie taktu zafundował nam dyminucję. Ha! Ręka do góry kto wie co to dyminucja? No widzicie, nie wiecie. Niesamowite!

Ale już po chwili w takcie dziewiątym następuje rallentando i fermata na drugiej połowie taktu. Kompozytor nie zastosował dyminucji i słuchacz ma wrażenie, że jest to koniec. Ale na szczęście tak nie jest, bo cóż by to było??? Koniec po dziewięciu taktach! Tak być nie może. Nadzieje rozbudzone przez kompozytora (i autora słów jednocześnie) oraz przez wokalistę miałby teraz zostać pogrzebane? I to jeszcze w takim momencie?

Bo przecież jesteśmy w sytuacji nie do końca wyjaśnionych zależności łączących Sanepid z cukiernikiem i nie do końca rozwikłanej sprawy “brudnych gaci”. Czyż to możliwe, żeby autor zaserwował nam taką tragedię? Napięcie sięga (jak to mówią) zenitu, choć ów potworny, tak potworny! takt dziewiąty kończy się dla niepoznaki w dur. Oj przewrotny, oj przewrotny ten kompozytor (i autor słów jednocześnie)…

Ale cóż to? Po chwili jakby z nicości, jakby z niebytu wyłania się muzyka i na powrót słyszymy fagot z tym nieustępliwym basem Albertiego. Prze nikczemnie i bezwstydnie do przodu.. ale, ale?!! Tak! Jest ciut wolniej i w tonacji moll. No cóż to za figlarz z tego kompozytora (i autora słów jednocześnie) no i z tego fagocisty? W dziesiątym takcie zmienił tryb na moll i zafundował nam tutaj MENO! Ach… niedobry! Niedobry! Ale niby dlaczego?

Sprawa wyjaśnia się już czterech taktach (zresztą tylko tyle trwa cała część molowa!)

Wokalista również zaczął delikatniej i bardziej tajemniczo, bo oto nasz cukiernik gdzieś przepada. Czyżby twórca uśmiercił nam tutaj głównego bohatera?!! Oczywiście jest taka opcja. Zginął widocznie jak Quentin Tarantino w połowie filmu “Od zmierzchu do świtu”. Albo wiedziony jakąś tajemną siłą, albo po prostu wyrzutami sumienia z powodu niedopełnienia pewnych czynności związanych z higieną osobistą (oraz może i strachem przed wyższą instancją, czyli Sanepidem, a co za tym idzie możliwością otrzymania upomnienia albo i nawet kary finansowej od wspomnianej wyższej instancji) cukiernik znika. Czy palnie sobie honorowo w łeb z powodu brudnych gaci??? Co za napięcie! Ach!!!

Muzyka (tonacja molowa) podkreśla nam dramaturgię całej zaistniałej sytuacji.

Fagocista, widać muzyk co się zowie, wydłużył nieco artykulację. Gra także bardziej melancholijnie i ckliwie, żeby nie powiedzieć jak baba, choć to wciąż ten sam banalny bas Albertiego. Cóż za kunszt, żeby tak szybko, ledwie po dziewięciu taktach dokonać takiej metamorfozy wykonawczej! Jestem naprawdę pod wrażeniem! Toż to prawdziwy majstersztyk. Swoista ekwilibrystyka nastrojów.

Robi się naprawdę bardzo smutno, że nie powstydziłby się tego smutku nawet i sam Puccini! Marsz żałobny Chopina w porównaniu do tej arii to wesoła piosenka nucona na rowie przez wiejską dziewuchę. Ba! Requiem Mozarta to jakaś taka frywolna humoreska na chór i orkiestrę z solówką bawolego rogu, czyli puzonu.

Ale na szczęście nastrój ten nie trwa za długo (ledwie cztery takty) bo słuchacz niechybnie przypłaciłby to depresją albo jeszcze czym gorszym. W czwartym takcie następuje rallentando i cała sytuacja się wyjaśnia. Następuje powrót do tonacji durowej i jest znowu na wesoło, a fagocista rusza z kopyta, jakby go z więzienia wypuścili. Co się okazuje? Cukiernik nie tylko, że nie targnął się na własne życie ale wręcz przeciwnie! Pobiegł do swojego ojca (element ogniska rodzinnego, element powrotu do domu, w rodzinne strony, czyli do heimatu – nawiązanie do twórczości Wagnera). Pobiegł do swojego ojca pożyczyć majtki! Któż to wie kiedy się ostatni raz widzieli? Cóż za radość!

Całość kończy się happy endem. Widzimy tutaj już radosnego cukiernika, biegnącego w te pędy z czystą bielizną, zapewne z zamiarem poszczycenia się nią przed wyższą instancją, to jest Sanepidem.

Dodatkowo autor słów (i kompozytor jednocześnie) zawarł tutaj elementy gwary staropolskiej i wiejskiej, czyli motywy rustykalne – cytuję: “Gacie po tacie wzion”. Czyżby jakieś nawiązanie do Cavalleria rusticana, czyli Rycerskości Wieśniaczej Pietro Mascagniego? Któż to wie? Z dobrych wzorców nie zawadzi korzystać.

Niestety jest i kilka wpadek

Śpiewak pomimo wspaniałego głosu i kosmopolitycznej wręcz emisji, po prostu się rąbnął. Zaśpiewał “bo czyste one” miast “bo czyste łone” (element rustykalny) pozbawiając nas rodzimej gwary… no ale trudno, nie można mieć wszystkiego. Wydaje mi się też, że warto by pomyśleć o wyższej tonacji dla niego, bo dolne “C” i “H” brzmią głucho, jak poza skalą.

Z drugiej strony lepiej słyszeć (delikatne powtarzam) trudności w osiągnięciu dołu skali, niźli wysokiego i przysłowiowego “górnego C” mając wizję mężczyzny, rozciąganego na mękach przez kołowrót w średniowiecznym zamczysku (nawiązanie do chorału gregoriańskiego).

 

Skarpety i sandały… elegancja czy wiocha?

Czyli jakie skarpety do sandałów słowem: Poradnik eleganckiego mężczyzny.


Witam Szanownych Czytelników!

Ponieważ zbliża się lato, czyli wyjazdy (w tym wyjazdy zagraniczne!), grillowanka, spożywanka, krótkie jednodniowe rekonesansy nad jeziora i czystsze rzeki, a wszystko to (czego sobie życzymy) powinno odbyć się przy ładnej pogodzie, to w dzisiejszym “Poradniku eleganckiego mężczyzny” zajmiemy się sprawą ubioru. Przecież na wakacjach też można, a nawet trzeba wyglądać elegancko! A zaczniemy od samego dołu, czyli od stóp.

Wiadomo. Facet chodzi w butach i skarpetach. Chodzi tak przez cały rok i nie kombinuje.

W przeciwieństwie do kobiet, które to chodzą… (ło Boże!)… w butach, sandałach, klapkach, japonkach, szpilkach, balerinkach, kozakach, półbutach, botkach, (uff) i co tam jeszcze wymyślono. A nosząc do tego (odpowiednio): skarpety lub rajstopy/pończochy lub antygwałtki (to takie czarne rajstopopodobne kolanówki), gołe stopy, gołe stopy lub (uwaga!) specjalne stópki do japonek, gołe stopy, gołe stopy, gołe stopy ewentualnie stópki bez palców lub z palcami w zależności od szpilek, gołe stopy bądź stópki pełne, skarpety lub rajstopy/pończochy lub antygwałtki, skarpety lub rajstopy, pończochy lub antygwałtki i stópki pełne ewentualnie antygwałtki lub pończochy/rajstopy. Nieźle nie?

W to zestawienie powyżej nie będziemy się wgłębiać, bo i po co? U nas tych dylematów (co do czego założyć, czy stópki pełne, czy bez palców, a może skarpety, a może antygwałtki?) nie ma, bo my rano zakładamy skarpety, a wychodząc z domu zakładamy na skarpety buty. No chyba, że jest ciepło, bo wtedy na skarpety zakładamy sandały! To przecież jasne. Nie będziemy się męczyli w pełnym słońcu w pełnym obuwiu. I teraz mamy (delikatny dylemacik, delikatny powiadam, nie jak powyżej) bo skarpetki są różne, a te różne są też w różnych kolorach.

skarpety do sandałów 3Zasada pierwsza –  skarpety muszą być zawsze czarne!

Czarne skarpety są eleganckie, a na elegancji nam przecież zależy. Obojętnie czy zakładamy je do sandałów białych, czerwonych, niebieskich, czy w końcu czarnych. Mają być czarne i koniec! Jakiś mały emblemacik z boczku typu: Puma, Adidas, Nike, dodatkowo przyda nam szyku, a ewentualnym obserwatorom da do zrozumienia, że “mamy kasę” i stać nas na skarpety za cztery dychy! (Mnie jak widać na zdjęciu nie stać, dlatego żona, przy pomocy białej nitki wyhaftowała takiego niby “ptaszka”, który w zamyśle miał być logo Pumy. Nie wyszło. Trudno. Nie będzie nowych klapek na lato).

skarpety do sandałów 2Zasada druga – nie zakładaj stópek jeśli masz “wazony”.

Stópki wyglądają bardzo elegancko, jeśli jednak twoja łydka u dołu pozbawiona jest tak zwanej pęciny, czyli dysponujesz łydką typu: wazon vel kołek, to zapomnij o stópkach. Musisz zdać się normalne skarpetki, które doskonale zatuszują ten feler. Ja jak widać jestem w posiadaniu pęciny więc do sandałów prawie zawsze zakładam stópki.

 

skarpety do sandałów 1Przyznacie, że wyglądają bardzo elegancko. Są też bardzo zdrowe ponieważ nie zakłócają dopływu krwi do kończyn dolnych, co w przypadku problemów z krążeniem (czyli: przewlekłą niewydolnością żylną, a co za tym idzie wstecznego przepływu żylnego, czyli refluksu prowadzącego do zastoju krwi żylnej w żyłach ewentualnie zakrzepicy żył głębokich) jest bardzo ważne!

Jeśli jednak dni są chłodniejsze i jeszcze nie zoperowałeś sobie żylaków (to prosty zabieg polegający na nacięciu skóry i wetknięciu w chorą żyłę kawałka druta w okolicach kostki, wywleczeniu go w okolicach pachwiny, po czym energicznym wyszarpnięciu) to stópki nie są dobrym rozwiązaniem. Będzie ci chłodno, a dzieci mogą cię wytykać palcami.

Wtedy proponuję skarpetę grubszą i wyższą. Mogą być nawet kolanówki! Czemu nie?

skarpety do sandałów 4Ja akurat kolanówek nie potrzebuję (brak żylaków) więc zakładam po prostu skarpety wyższe i grubsze. Gruba skarpeta, na przykład wełniana, dodatkowo wchłania pot i nie widać na niej mokrych, ciemniejszych zacieków, co przecież jest bardzo ważne w kwestii szyku, elegancji czyli słowem: bon tonu. Prawda, że elegancko?

Uzbrojeni w taką wiedzę, możemy bez problemu pokazać się na wiejskiej imprezie w remizie strażackiej, na deptaku w Ciechocinku, czy na plaży na Lazurowym Wybrzeżu, gdzie z powodzeniem brylować będziemy naszą słowiańską elegancją, fantazją i pragmatyzmem.

 

P.S. A teraz z zupełnie innej beczki: Ponarzekać można zawsze i na wszystko i to niezależnie od wszystkiego 😉

Machniom akumulator?

Witam Szanownych Państwa, a z racji tego, że piszę do firmy niemieckiej to na początek Grüß Gott!

akumulator 1(Właśnie zdałem sobie sprawę, że już użyłem trzech języków).

Ale dajmy spokój z rosyjskim i niemieckim, a przejdźmy do konkretów, a mianowicie do mojej propozycji. Proponuję Państwu wymianę starego (co najmniej 12 – letniego) akumulatora, na nowy. Słowem: po prostu, prześlecie mi na wskazany adres nówkę sztukę, a ja odeślę Wam mój stary.

Nie, nie! To nie żart. Już widzę, jak ktoś czyta tego maila i drapie się po głowie “o co chodzi?”. Ale postanowię Państwu przedstawić korzyści z takiej wymiany. A więc…

Nie wszystko co stare jest gorsze, to oczywiście banał ale idący szybkim krokiem w odstawkę, bo pęd ku nowemu jest przeogromny. Tak przeogromny, że dawna jakość i trwałość mogą zostać w tym technologicznym amoku zapomniane.

Pamiętacie może piwo “Grodziskie”? Ja pamiętam. Pamiętam, że było. Pamiętam, że smakosze bardzo delikatnie przelewali je do kufla, nie chcąc wzburzyć osadu z dna butelki. Pamiętam też jak wyglądała butelka. Ale smaku już nie pamiętam i niestety nigdy sobie już nie przypomnę, bo receptura jak i cały browar poszedł w zapomnienie. Pracochłonna technologia przegrała z masówką. Przegrała z pseudo piwami gdzie ze składników prawdziwego piwa zostały tylko: woda, procenty i kolorek. Próbowano je reaktywować, namnażając oryginalne grodziskie szczepy drożdży w Instytucie Technologii Fermentacji Politechniki Łódzkiej, a na bazie tych drożdży próbowano piwo warzyć i to gdzie? W Skandynawii, USA i w Czechach! A więc piwa grodziskiego już się nie napiję… ale co to ma wspólnego z moją propozycją?

Ano ma tyle, że akumulator Opla, który posiadam to właśnie takie piwo grodziskie wśród akumulatorów. Czyli jakość w czystej formie, a więc to, co poszło obecnie w odstawkę.

Ja bojąc się, że ową technologię produkcji (takich baterii!) mogliście gdzieś nierozważnie zapodziać, postanowiłem się nią z Wami podzielić. Czyli zrobić machniom*.

Akumulator ma co najmniej dwanaście lat, bo dwanaście lat temu, tj. w roku 2003 zakupiłem ten akumulator wraz z samochodem. Czy był wcześniej wymieniany i kiedy? Tego nie wiadomo, a teoretycznie jest możliwe, że jest w tym samym wieku, co samochód, czyli ma lat dwadzieścia! (Gdyby go wymieniano to zapewne na inny, nie ze znaczkiem Opla). Ale nawet gdyby miał dwanaście lat, to i tak jest jakimś ewenementem, zważywszy, że garażuję pod chmurką, a on mnie ani razu nie zawiódł! Ba! Pamiętam jak odpalałem kilka lat temu, przy minus dwudziestu siedmiu!

Tak więc moja propozycja jest następująca: robimy machniom – mój stary akumulator Opla na nówkę sztukę prosto z fabryki! Co Wy na to?

Według mnie obie strony będą miały z tego wymierne korzyści. Ja stanę się właścicielem nowego akumulatora, mając spokój na co najmniej 12 lat, a Wy będziecie mogli go eksponować (oczywiście po szczegółowej analizie i badaniach) w honorowej gablocie w muzeum akumulatorów.

Staniecie się też właścicielami niezawodnej (ale może już zapomnianej) technologii produkcji akumulatorów z dziesięcioletnią gwarancją, która to obecnie jest w moim (!) posiadaniu, ukryta pod maską Astry I ’95 stojącej na ulicy pod domem.

akumulator 2*machniom – (ros.) dosłownie: zamienimy się?

 

Z niecierpliwością czekam na odpowiedź…

 

P.S. Nie wiem czy widać ale oczko w akumulatorze wciąż jest zielone!

 

 

Odpisali dyplomatycznie

Akumulatora nie zdobyliśmy, ale namówiliśmy centralę na garść firmowych gadżetów dla właściciela niezwykłego auta. Będzie nam miło przesłać Panu paczkę. Poprosimy tylko o adres pocztowy!

I ciekaw jestem cóż to za gadżety będą???