Wyróżniony wpis

Chyba coś mi tam strzeliło, albo nawet i pękło panie doktorze!

Kiedy po pięciu dniach od tego feralnego incydentu zacząłem chodzić z bólu po ścianach, nie wypiłem (przez pięć dni!) ani jednego jasnego pełnego ani nie zapaliłem fajki, żona w przypływie współczucia pomieszanego z niedowierzaniem, zawiozła mnie do doktora. A że była sobota po południu wypadło jechać do szpitala.

Skierowani zostaliśmy do drzwi, gdzie oczekiwał nas lekarz, młody pan ze wschodnim akcentem oraz pokerową miną. Mimika na jego twarzy nie występowała, a skóra tylko z lekka zmieniała naprężenie gdy o coś pytał. Wszedłem o kulach ale równie dobrze mógłbym wejść z odrąbaną toporem nogą, czy ręką, albo nawet przyczołgać się do biurka brocząc krwią, a jego twarz pozostałaby niewzruszona.

– Chyba coś mi tam strzeliło, albo nawet i pękło panie doktorze! – oznajmiłem od razu na wstępie wskazując w okolice rozporka.

W pachwinę, gdzie mnie bardzo bolało, wcisnął prawie cały kciuk wykluczając przepuklinę ale i tak obadał mnie w miarę delikatnie. Raz tylko przyłożył mi z piąchy w okolicach nerki. Ała! – wykrzyknąłem, na co on (w sumie nie wiem po co skoro wykrzyknąłem) zadał pytanie – Czy boli? No boli – odparłem – ale nie więcej niż normalnie tylko mnie pan tak mocno walnął, że zabolało. Okej – odpowiedział i wypisał skierowanie na na badanie krwi i moczu. (Może sam stwierdził, że przesadził z tym ciosem w nerę i teraz profilaktycznie sprawdzi czy nie mam krwi w sikach).

Zmiana lekarza

Kiedy po godzinie (musiałem wypić dwie zgagogenne kawy z automatu i kubek wody by z wielkim trudem wypełnić choć trochę pojemniczka na mocz) wróciliśmy z wynikami do gabinetu jego już nie było. W zamian oczekiwała nas młoda pani o głosie Myszki Miki.

– Proszę nie kopać drzwi od gabinetu! – przywitała nas bardzo serdecznie, kiedy żona próbowała nogą zaprzeć samo-zamykające się drzwi, które z wielką zaciętością (mocna sprężyna samozamykacza) taranowały moją prawą kulę.

Doczłapałem się jakoś do biurka, pojękując co rusz i z wyrazem cierpienia na twarzy, gdyż Ibuprom Max właśnie przestawał działać.

– Co pana boli? – zapytała wyciągając wnioski z moich pojękiwań, sapań i stękań, co niewątpliwie świadczyło o jej inteligencji oraz przenikliwym i analitycznym umyśle.

– A tu, w pachwinie – wskazałem palcem w dół – i to bardzo mocno, że jeszcze w życiu nic mnie tak mocno nie bolało. Dźwignąłem ciężar i coś mi tam chyba strzeliło albo nawet i pękło!

– Zobaczymy. Dam panu skierowanie na prześwietlenie.

– Można by też zrobić jakieś USG – zasugerowałem. – Bo jakby coś pękło to prześwietlenie jest okej, ale jakby strzeliło to chyba USG lepsze – zabłysnąłem swoją wiedzą w temacie tkanek łącznych, czyli kości, czyli tych co mogłyby mi pęknąć i tkanek miękkich, czyli tych co mogłyby mi strzelić.

– A widzi pan tutaj gdzieś aparat do USG – powiedziała złośliwie tym swoim głosikiem Myszki Miki, rozglądając się po gabinecie.

– Aparatu do rentgena też tutaj nie widzę – odbiłem piłeczkę – a skierowanie mi pani wypisała. No chyba, że go pani gdzieś tutaj skitrała pod biurkiem albo za szafą? He he… – chyba ją to troszkę zdenerwowało, bo zmarszczyło czoło.

– A jak ze stolcem? – zapytała ku mojemu zadziwieniu ucinając temat aparatów.

– No w porządku… – odparłem.

– Ale rozwolnienia nie było?

– No, nie…

– A gorączkuje pan?

– A wie pani że nawet nie wiem, ale czuję się tak jakbym gorączkował. Wczoraj na ten przykład położyłem się do łóżka w piżamie, dresie, a na to miałem dwie kołdry i koc i wciąż trzęsłem się jak osika! A może zmierzyła by mi pani temperaturę? – zapytałem spoglądając na leżący pomiędzy nami, na biurku, nowoczesny termometr skanujący wysokiej klasy.

– A może pan tu podejść – no tutaj to mnie “zastrzeliła”. Człowiek ledwie człapie, telepie go i może ma coś tam strzelone albo nawet i pęknięte, a ta nie może wstać z krzesła i zeskanować mi temperaturę z czoła!

– Nie dam rady proszę pani – odpowiedziałem, po czym stukając i szurając, sapiąc i stękając zacząłem się przysuwać z krzesłem do biurka. Następnie wyciągnąłem szyję jak E.T. dając jej do zrozumienia, że może przeskanować moje czoło.

– No faktycznie, stan podgorączkowy – potwierdziła. – Niech się pan położy na kozetkę. Zbadam pana.

Badanie

Z wielkim trudem (sapiąc i stękając) spróbowałem się położyć. Najpierw usiadłem, a później wciągnąłem jakoś lewą, bolącą niemiłosiernie w pachwinie nogę. Lekarka podeszła i dość energicznie (co już powinno wzmóc moją czujność i spowodować, że poprosiłbym o jakiś knebel żebym mógł na nim zagryźć moje cyrkonowe korony po dwa klocki za sztukę oraz wymusiłbym na żonie, siedzącej w poczekalni, żeby na chwilę zatkała uszy) chwyciła mnie za bolącą nogę, uniosła ją, zgięła w kolanie i wykręciła na bok! Spowodowało to mój przeraźliwy i ogłuszający krzyk, a cały gabinet i poczekalnia wypełniły się gardłowym rykiem mężczyzny w sile wieku. Żona zdenerwowana weszła do gabinetu – Co się tu wyprawia?!! – zapytała.

– Spokojnie, ja tylko sprawdzałam zakres ruchów – odpowiedziała jak gdyby nigdy nic lekarka.

– Zakres??? – wyjęczałem. – Jaki zakres??? Ja proszę pani nie mam żadnego zakresu! Przecież mówiłem pani, że chyba mi coś tam strzeliło! Albo nawet i pękło! A jak nie pękło wcześniej, to na pewno pękło teraz. I że mnie w życiu jeszcze nic tak nie bolało, jak ta noga! A pani mi ją wykręca??? Ot tak? Po prostu! Aha! To dlatego pytała pani czy nie mam rozwolnienia? Tak? Żebym przy “badaniu zakresu” nie popuścił na kozetkę, czy co?

– Oj. Nie widziałam, że aż tak pana boli – widać spuściła trochę z tonu. – Tu ma pan skierowanie na rentgen. Żona może pana nawet zawieźć! – powiedziała wspaniałomyślnie.

Rentgen

Ocierając łzę, która zrosiła me lico “przy badaniu zakresu”, zsunąłem się z kozetki wprost na wózek, który żona przytomnie podstawiła żebym nie zsunął się na podłogę, po czym udaliśmy się na prześwietlenie, gdzie oczekiwał nas technik.

Pan technik mężczyzna, miał więcej empatii i delikatności, niż pani doktor kobieta. Pomógł mi stanąć przy aparacie, po czym szybciutko czmychnął do pomieszczenia za szklaną szybą i pstryknął zdjęcie. 

– Mogą państwo już wrócić do pani doktor, zdjęcie już jest w systemie.

Wróciliśmy do pani Myszki Miki o delikatności nosorożca.

– I co? – zapytała – patrząc się w monitor.

– W sensie? – wzruszyłem ramionami nie wiedząc, co ma na myśli.

– No czy jest załamanie, czy nie?

– No ja nie wiem proszę pani…

– A co powiedzieli tam na górze? Co powiedział pan technik?

– No nic…

– Aha… – zakłopotała się. – A niech no pan tutaj spojrzy – i odwróciła monitor w moją stronę. Było na nim zdjęcie mojej miednicy, a konkretnie moich stawów biodrowych. – Ten, tutaj – pokazała palcem – nie różni się chyba niczym, od tego tutaj, czyli od tego co pana boli, więc chyba nie ma złamania? – dokończyła uradowana i zauważyłem, że kamień spadł jej z serca, że mi nic nie połamała przy “badaniu zakresu”. –  Jak pan sądzi? – dodała.

Dużo było tych “chyba” więc spojrzałem okiem znawcy (od tkanek łącznych) na monitor – Ma pani całkowitą rację! Faktycznie! Kościec cały i to o dziwo nawet po badaniu zakresu! Domniemam więc, że raczej nic mi tam nie pękło, a najprawdopodobniej tylko strzeliło. No w najgorszym układzie czworogłowy mógł się zupełnie oddzielić od biodra – stąd ten mój okrzyk, które chwilę temu wypełnił pół oddziału, a pacjentom w poczekalni dał do myślenia. Czy mogę wobec tego udać się do domu? Położę się gdzieś z kąciku, a żona przywali mnie trzema kołdrami…

– Tak oczywiście, zapiszę tylko panu jakieś leki przeciwbólowe oraz wypiszę skierowanie do chirurga.

W poniedziałek zarejestrowałem się do chirurga, ale że noga powoli przestaje mnie już boleć – widać zrasta się to co strzeliło – to całkiem możliwe że odwołam tę zaplanowaną na dwa tysiące dwudziesty pierwszy rok wizytę.

Wyróżniony wpis

Kochanie! Nie mam co na siebie włożyć!

nożyczki i palecPoszedł z nią na zakupy. Wolna sobota w centrum handlowym. Marzenie. Wszechogarniająca muzyka umpa – umpa, setki ludzi i sklepów, a każdy to potencjalny obiekt jej, czyli waszej wizyty.

– Bo wiesz kochanie… nie mam co na siebie włożyć. Sylwester tuż tuż (a był październik). Musimy kupić: kozaczki, sukienkę, płaszczyk, jakiś cieplejszy rozpinany sweterek, spódniczkę przed kolano, spódniczkę za kolano, jakieś dodatki i jakąś bieliznę…

I chodził z nią. Od jednej przymierzalni w jednym, do drugiej, trzeciej i osiemnastej w drugim, trzecim i osiemnastym sklepiku. Spotykał tam tabuny euforycznych kobiet i takich jak on – zmęczonych facetów o smutnych oczach po osiemnastej przymierzalni.

– Kochanie! Czy ta sukienka mnie nie pogrubia? Co ty gadasz? Przecież ten sweterek mnie wybladza! Dobrze ci w tym? Jak to??? – spójrz jak tu się fałdzi!!!

Normalnie jakoś to przetrzymywał. Pracował od poniedziałku do piątku i czasami w soboty. Prawdę mówiąc, to wolał te pracujące wolne soboty, niż relaksacyjne spędzanie czasu nieopodal przebieralni w centrach handlowych, z jej torebką na ramieniu. Nadzieja wieczora dodawała mu otuchy. „Zero sewen już się mrozi, kumpel z żoną przyjdzie… se damy” – to go trzymało kupy. Ale zadzwonił telefon i się załamał.

– Aaa!!! O ku*wa nie wyrobię!!! Niech mnie ktoś zabije!!! – zaczął krzyczeć, a ludzie w Orseju sobie stop klatkę zrobili.

Ale od początku.

Zadzwonił telefon. U niej w torebce, którą on miał na ramieniu.

– Kochanie dzwoni mój telefon – podaj mi go proszę! Jest w mojej torebce.

Szukał tego telefonu. A w torebce było wszystko, a przede wszystkim bałagan. A więc tak: pomadki, tusze do rzęs, pudry, kremik do buzi, kremik do rąsi, kremik do nózi… do nózi… po co jej do nózi w torebce? – jeszcze pomyślał zanim wybuchnął. Ale jedźmy dalej: waciki, podpaski, tampony, tabletki od bólu głowy i antykoncepcyjne – w sumie w jednym sektorze, a więc był jakiś klucz – gumy do żucia w paczce i luzem, tik taki w pudełku i luzem, petitka cała i jej siostra już w stanie rozdrobnionym, stara kanapka w otłuszczonym papierku, a nie wyglądała na wczorajszą…

A wszystko to zapętlane w długi przewód od słuchawek hi–fi do komórki. Pomyślał sobie: po nitce do kłębka, czyli na końcu kabelka powinna być komórka. Zaczął rozplątywać. Węzeł Gordyjski jak nic. Ale był wytrwały, jako wędkarz nauczył się cierpliwości w walce z „brodami” powstającymi z niewiadomych powodów, w najmniej oczekiwanych chwilach na żyłce przy kołowrotku.

Rozplątywał wciąż z mozołem, a ręce zaczęły mu się robić coraz bardziej tłuste – ta tubka z kremikiem do stóp od razu wydała się mi się podejrzana, musi puszczać gdzieś z boku- pomyślał. Do tłustych łap bardzo ładnie przyklejały się te wszystkie okruszki od petitki. Miodzio po prostu. Ale poczuł na końcu jakiś opór! Aha, jest rybulka na haczyku. Tylko targnąć wędką. Targnął. Jeszcze chwila, już, już… i na końcu wędki był stary but, a w jego przypadku odtwarzacz MP3… cholera, pudło!

Nic to. Wziął się dalej do poszukiwań. Telefon wciąż dzwonił.

– Szybciej kochanie, bo się ktoś rozłączy! Nie potrafisz znaleźć telefonu w mojej torebce?!!

Czuł wzrok innych klientów na sobie – zniecierpliwienie ze strony jej żeńskich popleczniczek i litość innych facetów o smutnych oczach robiących zakupy z żonami. Jak on.

Okazało się, że przeoczył jedną ukrytą kieszonkę. Musicie bowiem wiedzieć, że damskie torebki posiadają kieszonki albo starannie zakamuflowane, albo bardzo trudno dostępne. Zupełnie jakby projektanci byli złośliwymi, bezrękimi ofiarami jakiś strasznych wypadków, którzy odkuwają się teraz na nas „rękich” – posiadających ręce – znaczy.

Znalazł w końcu tę kieszonkę. Forsował zamek – wyższa szkoła jazdy, bo chodził jak właz w ruskim czołgu. Jednak udało mu się i w szybkim, desperackim akcie włożył rękę po tę komórkę. Bo to był już ostatni dzwonek! Włożył i co? Tak jak szybko włożył, tak szybko ją wyciągnął! Albo nawet i szybciej! Ale za to z niespodzianką, bo oto z serdecznego palca wystawały nożyczki do paznokci. Tak ładnie, elegancko i serdecznie wbite… a telefon właśnie umilkł.

– Kochanie zwariowałeś?!! To są moje najlepsze nożyczki do paznokci!!! Chcesz mi je zepsuć?!! Nie baw się nimi!!! – powiedziała pretensjonalnie ona.

I wtedy nie wytrzymał:

– Aaa!!! O ku*wa!!! Nie wyrobię!!! Niech mnie ktoś zabije!!! Albo moją żonę!!! Albo ku*wa najpierw mnie, a moją żonę później!!! Aaa!!! Ku*wa!!! Litości!!! Przetnijcie mi aortę tymi jeb*nymi nożyczkami do paznokci!!!

Żona zaniemówiła, ale tylko na chwilę. Widząc, że chłopak wymięka i może być różnie, dodała mu otuchy. Jak ślubowała przed ołtarzem.

– Kochanie uspokój się!!! Zostało do przymiarki dosłownie tylko kilka rzeczy: trzy sukienki, garsonka, sweterek, spódniczka i te jeansy z przeceny. Ach… no widzisz… bym zapomniała… i ten różowy sweterek „w serek” z moheru…

I wtedy pobiegł nie zatrzymując się. Staranował dwie kabiny, stojaki z ubraniami, panią z napisem na plakietce: „Asia – w czy mogę pomóc” i manekina stojącego przy wyjściu. Tego ostatniego zdążył jeszcze dotkliwie pogryźć po czym pobiegł dalej z wysoko uniesionymi rękami, a serdecznego palca wystawały wciąż nożyczki do paznokci…

Kozia bródka

“Kochanie! A może przejechalibyśmy się do lasu na grzyby?”

Kiedy w końcu twoja żona (lub mąż) walnie na jesień tym tekstem, który słyszysz co prawda każdej jesieni, ale wciąż jest dla ciebie bardziej jak walniecie młotka w potylicę niż zaproszenie do przygody, nie pozostaje ci nic innego, jak wyjazd do lasu. Przy okazji zastanawiasz się, po co wczoraj przez pół dnia myłeś, woskowałeś i odkurzałeś samochód i czy podróż po drogach nieutwardzonych, nie zaszkodzi dopiero co wymienionym przez ciebie “we warstacie ze Zygą” (o Jezu jak ten łeb bolał na drugi dzień!) końcówkom drążków sterowniczych?

– Las. Tak kochanie – mówi twoja żona (lub mąż) – tam odpoczniesz. Cisza, spokój, szum drzew, słowem: łono natury, a przy okazji nazbieramy grzybów! Czy ty wiesz ile kosztuje taka tyciunia torebusia suszonych podgrzybków? O prawdziwkach w ogóle nie ma co mówić!

No tak, za młodych lat las i łono kojarzyło ci się z naturą ale w nieco innym wydaniu, teraz już tylko ze spokojem, szumem drzew i grzybami…

Jedziecie. Kończy się droga utwardzona, a ty zauważasz, że luzy były nie tylko na końcówkach drążków sterowniczych, bo na dziurach ewidentnie coś stuka w prawym, przednim kole. “Może to łącznik stabilizatora?” – myślisz sobie – znowu “warstat, znowu Zyga i znowu będzie łeb bolał” . W lesie okazuje się, że twoja żona nie była jedyną, która nalegała na ten wyjazd. Samochodów jest tyle, że nie ma gdzie zaparkować, a między drzewami widać tłum ludzi.

Wszyscy kręcą się w kółko z wiaderkami i koszykami, a niektórzy w ogóle bez niczego, jakby się pogubili. Gdzieniegdzie wokół dorosłych biegają dzieciaki, bawiąc się w berka. Faceci chodzą lekko chwiejnym krokiem z fajkami w gębach, dzierżąc w dłoniach puszki z browarami. Jeden gdzieś z boku sika pod drzewo, a dwóch, obok miejsca gdzie udało ci się zaparkować, w ogóle nie wyszło z samochodu i robią flaszkę: “Walniemy połówkę i pójdziemy w moje miejsce Zdzisiu – mówi jeden ochrypłym głosem. – Tam grzyby będziemy kosą kosić!”.

– Kochanie nie martw się – uspakaja ona – dziesięciu idzie, a jedenasty zbiera! Pójdziemy głębiej w las, tam na pewno będzie mniej “grzybiarzy”.

Po półgodzinnym szybkim marszu w knieje i zgarnięciu po drodze przy pomocy twarzy, kilkunastu pajęczyn z wielkimi i tłustymi “pajorami”, uwalniacie się w końcu od innych. Faktycznie jest spokój i cisza. No, może z lekka zmącona pytaniem, które gdzieś ci tam pika głęboko w głowie – czy jesteśmy w stanie trafić z powrotem do auta? Ale nic to. Zaczynamy zbierać!

Grzybów nie widać. Widać za to, że przed wami byli tu już inni – wypłowiałe paczki po tanich fajkach, puszki po Żubrach i plastikowe butelki leżą sobie wygodnie na poszyciu z zielonego mchu. Zbierasz je do koszyka niczym grzyby, a co masz zrobić? Przecież nie zostawisz tego syfu w takim pięknym miejscu.

Po godzinie “grzybobrania” koszyk jest już pełen. Przeważają głownie puszki po piwach o swojskich nazwach typu: Poker, Kuflowe, VIP, a nawet piwo o nazwie Piwo z Tesco! Są też plastikowe butelki o różnych pojemnościach, paczki po fajkach, opakowania po ciastkach, jedna”emerytka” po Żołądkowej Gorzkiej i zelówka. Najciekawsze jest jednak to, że jesteś z siebie zadowolony. Posprzątałeś przecież las! Metamorfoza zaś zaszła całkowicie niezauważalnie – po prostu w którymś momencie zamiast wypatrywać grzybów, przerzuciłeś się na puszki, butelki i pudełka, traktując je jako trofea równe najpiękniejszym prawdziwkom!

Żona zresztą podobnie, a rywalizacja po pewnym czasie przybrała tak ostrą formę, że o butelkę po Fancie prawie się nie pokłóciliście

– Ja ją pierwsza wypatrzyłam! Jest moja! – dzielnie atakowała.

– Ale ja do niej pierwszy dobiegłem – odparłeś.

– Bo mi podstawiłeś nogę i się przewróciłam! To jest nie fair! Sędzia by tego nie uznał! Dostałbyś czerwoną!

– A widzisz tu gdzieś sędziego? No chyba że liczysz tego kruka, co kracze gdzieś nad nami? – zaśmiałem się.

– Na pewno ma więcej oleju w głowie niż ty i jest bardziej fair! A na pewno nie podstawiłby nogi swojej pani krukowej!

– Jak już, to mógłby jej co najwyżej skrzydło podstawić, chi, chi – zachichotałem.

– Nieważne! Skrzydło czy nóżka. Skrzydła by jej też nie podstawił, jak ty mi nogi.

– Boś hycała jak kózka przez te chaszcze. Sama się o to prosiłaś. Ale przyznaję, że wcale zgrabnie hycałaś! Z taką gracją, jak kozica wręcz!

– Żebym ci nie powiedziała jak nazywa się samiec kozy, mądralo?

– ??? – udałem że nie wiem, robiąc głupią minę.

– Kozia bródka!!! – krzyknęła nagle.

– Co? Samiec kozy to “kozia bródka”? Ma bródkę, to fakt, zresztą pani koza też ma, ale z tego co pamiętam, pan koza to cap.

– “Kozia bródka” capie! (No i w końcu mnie tak nazwała). Tam! – pokazywała ręką gdzieś za moje plecy – I to jaka wielka! Będzie obiad dla całej rodziny! Mniam! – odwróciłem głowę i faktycznie zauważyłem coś białego w mchu.

– To pewnie jakiś trujak.

– To kozia bródka, czyli szmaciak gałęzisty, a właściwie siedzuń sosnowy – sypała nazwami jak z rękawa, jak jakiś mikrobiolog, czy jakoś tak.

– Co? Ten kalafior? Ten “szmaciak”? Chyba żartujesz? To jadalne w ogóle jest? – nie kryłem zdziwienia.

– I to jeszcze jak! I jaki smaczny! Bierzemy go i zwijamy się do domu. Mamy dwie kuszki śmieci, trochę podgrzybków i kozią bródkę. I wystarczy. No!

Jednak “pikanie” w głowie mnie nie zmyliło. Faktycznie nie mogliśmy odnaleźć drogi do samochodu. Na szczęście spotkaliśmy dwóch panów idących pod rękę (co to po flaszce mieli iść grzyby kosą kosić) i pokazali nam właściwą drogę. Dalej już kierowaliśmy się odgłosem łamanych gałęzi, krzykami dzieciarni oraz charakterystycznym bekaniem, które występuje u facetów, po wypiciu minimum trzech, tanich piw.

Po przyjeździe do domu ochoczo zabraliśmy się przygotowania “koziej bródki” – przepis (KLIK).

Makaron w sosie grzybowym z koziej bródki*

*celowo uściślam, że “grzybowy”, żeby komuś nie przyszły do łepetyny, jakieś dziwne nadinterpretacje…

Moi kochani, jeśli udało Wam się znaleźć w lesie kozią bródkę, czyli grzyba dawniej zwanego szmaciak gałęzisty, a obecnie siedzuń sosnowy to macie farta, ponieważ:

– primo raz – można z niego upichcić bardzo szybko, bardzo smaczną i niecodzienną potrawę, która wprowadzi nieco finezji w Waszym menu, szczególnie jeśli jego rdzeń opiera się na schabowym, pyrkach z gzikiem i sznytką ze smalcem,

– primo dwa – można go spokojnie konsumować (dowód: zjadłem go i przeżyłem) a nie mam tutaj na myśli, ewentualnych dolegliwości żołądkowych, gdyż pomylić go z innym nie sposób*, a raczej fakt, że do roku dwa tysiące czternastego był pod ochroną,

– primo trzy – jeden grzyb wystarczy na obiad dla czterech osób, ewentualnie dla dwóch głodomorów, gdyż jest dużych rozmiarów,

*Jeśli jednak pomylicie go z innym, grzybem, to w grę wchodzą tylko dwie możliwości:

– siedzuń jodłowy – tego również możecie zjeść, tylko że nielegalnie, gdyż jest, w przeciwieństwie do Puszczy Białowieskiej, pod ochroną – a fe! no panie ministrze, jak to było? – “czyńcie sobie ziemię poddaną…” a tutaj taki mały grzybek i nie można go zjeść? (sorki, że pozwoliłem sobie na taką małą złośliwość),

– koralówka złocista – tu może być ciut gorzej bo, co prawda młodą można zjeść, jednak od starej (jeśli zdołacie, bo ponoć są bardzo gorzkie) może rozboleć brzuszek, a kibelek powinien być w zasięgu kilku szybkich kroków,

A więc, jeśli znajdziecie w lesie coś takiego:

to musicie go porządne opłukać, odcedzić w durszlaku, a następnie wrzucić do gotującej wody na dwie minutki. Następnie wyjąć i podsmażyć na masełku (cholera wiem, że drogie ale jak powiada mędrzec – dobra zmiana wypełni się, jeśli koń z Janowa będzie w cenie kostki masła) troszkę cebulki, dodać kozią bródkę, jeszcze trochę podsmażyć, a później tylko podlać kremówką, lekko zagotować i danie gotowe! Jeśli oczywiście zawczasu ugotowaliście makaron…

A wygląda to tak:

Bon appétit…

Do ministra Szyszki

Do ministra Szyszki, drwali oraz straży leśnej z Puszczy Białowieskiej

 

W zeszłym tygodniu, po przejściu orkanu Ksawerego ugrzęzłem na kilka godzin na stacji kolejowej Poznań Główny.

Przyczyna* była jak zwykle – w przypadku silnych wiatrów ta sama (nie nie jadłem fasolki) – czyli poobalane na trakcję drzewa. Mam przeto ogromną prośbę! Czy nie zechciałby Pan skierować tutaj tych dżentelmenów z puszczy, czyli przerzucić drwali na torowiska? Zamiast ciąć puszczę Białowieską – bo przecież drwale ciąć coś muszą – powycinaliby drzewa rosnące wzdłuż torów! Nie mieliby na karku tych ćpunów i lewaków finansowanych przez Sorosa, czyli tych niby ekologów (kto by tam w to uwierzył) i mogliby sobie spokojnie rżnąć.

Natomiast ci uprzejmi i eleganccy mężczyźni ze Straży Leśnej mogliby mieć w końcu chwile wolnego i rzucić się z podobnym entuzjazmem co na “ekologów” w domowe pielesze oraz ramiona stęsknionych żon! Wilk byłby wtedy lub przynajmniej na razie syty (myślę o wszystkich pałających nieodpartą chęcią wyrżnięcia większości drzewostanu w Polsce) i owca czyli puszcza cała! Ja natomiast nie narzekałbym na przewracające się na trakcje kolejową drzewa.

Pozdrawiam drwali życząc miłego rżnięcia…

* Przyczyny mogą być też inne, na przykład w czasie zim przyczyną są niskie temperatury (szyny wykonane są z metalu, a metal pod wpływem niskich temperatur się kurczy) a latem wysokie temperatury (a pod wpływem wysokich rozszerza) przez to trasa z punktu A do punktu B wydłuża się lub skraca. Ale to już temat na osobny artykuł.

 

 

PKO prośba o umorzenie…

Okazało się, że jestem posiadaczem pewnych “oszałamiających” aktywów w PKO Banku Polskim!

Niestety. Okazało się też, że poza posiadaniem dowodu osobistego, prawa jazdy różnych kategorii, w tym kategorii “T” oraz licencji kombajnisty, karty wędkarskiej oraz szeregu innych mniej przydatnych dokumentów, nie jestem szczęśliwym posiadaczem Książeczki Obiegowej, która to jest mi niezbędna do wejścia w posiadanie, wyżej wymienionych “oszałamiających” aktywów, a która mi się gdzieś po prostu zawieruszyła.

Stanąłem wobec tego w obliczu ich uszczuplenia o niebagatelną sumę złotych trzydziestu, na poczet tych okropnych i strasznych opłat z tytułu “umorzenia”. Cóż począć? – pomyślałem – no i napisałem prośbę do samego Pana Dyrektora banku. Teraz pozostaje mi tylko czekać…

Do Dyrektora PKO Banku Polskiego SA Oddział w Xxx…

W związku z otrzymaniem od Państwa pisma z dnia 9 stycznia 2017 roku, w sprawie Książeczki Obiegowej nr xxxxxxxx/xx/xxxxx, którą gdzieś w wirze życiowych perypetii (zmiana stanu cywilnego oraz ojcostwo, które skutkuje na chwile obecną przebywaniem przeze mnie, pod jednym dachem z trzema kobietami!) na przestrzeni tych ostatnich kilkunastu lat zagubiłem, zwracam się z prośbą o zaniechanie pobrania kosztów jej umorzenia. Koszty te, tylko z pozoru nie są duże, bo czymże jest równowartość jednej flaszki wysokoprocentowego napoju o kryształowym kolorze?
Jednak zważywszy na to, że cała suma jaką dysponuję na owej książeczce, ledwie przekracza sto złotych, stanowią one jej jedną trzecią! Co karze nam, a szczególnie mi, spojrzeć na te trzydzieści złotych z zupełnie już innej perspektywy.
Liczę na to, że naginając ciut te straszne przepisy, pozytywnie zaopiniujcie Państwo moją prośbę. W zamian obiecuję solennie, wznieść toast za Państwa zdrowie, wysokoprocentowym napojem o kryształowym kolorze, który zapewne zakupię za “niepotrącenie kosztów umorzenia”…