MAKITA ściąga pory!

 

Makita ściąga pory!Żono! Już nie musisz kupować drogich toników! – zakomunikowałem w sekundę po uruchomieniu młota udarowego Makita. – Makita ściąga pory szybciej niż najdroższy tonik. Od dziś w naszym domu dostępne będą tylko toniki pitne… i to najlepiej od razu z dżinem!

To ja Omran terrorysta z ISIS

To ja Omran terrorysta z ISISDziś agencje prasowe na całym świecie obiegło to zdjęcie. Przedstawia ono pięcioletniego Omrana, wyciągniętego po bombardowaniu Aleppo z gruzowiska. Ale niech was nie zmylą te przestraszone oczka! Ta krew na dziecinnej twarzyczce! Siniaki na rączkach i gołych nóżkach. Ten pył we włosach, po spadających na to pięcioletnie dziecię stropach i ścianach! Bo to wszystko to ściema.

 

omran aleppo 2Tak na prawdę to prawdziwy dżihadysta! Maszyna do zabijania z państwa ISIS, który tylko marzy aby dostać się do Europy aby tutaj zabijać, gwałcić, mordować i wysadzać w powietrze nas, chrześcijan! Na zdjęciu obok widzimy nawet jak się namawiają i planują następne zamachy!

 

Tak, że drogi Czytelniku, nie musisz mieć absolutnie żadnych wyrzutów sumienia patrząc na to zdjęcie. Omran oraz jemu podobni bojownicy pozostaną na całe szczęście w Syrii, w Aleppo, z dala od Europy.

omran-aleppo

To ja Omran, terrorysta z ISIS!

 

 

Drzewo owocowo – grzybowo – ogniste!

Czyli flaczki z żółciaka siarkowego

drzewo owocowo - grzybowe 2Po powrocie z wakacji, w trakcie obchodu ogrodu (o Boże! ale nam tutaj wszystko zmarniało! no popatrz na te biedne funkie!) oczom naszym ukazał się widok niesamowity. Wystarczyło dwa i pół tygodnia naszej nieobecności, a tutaj wyrasta na śliwie coś takiego. Pachnie przyjemnie, wygląda ładnie, ale wisienką na torcie jest to, że jest jadalne! Jedynie nazwę ma troszeczkę odpychającą, bo ów narośl to nic innego jak żółciak siarkowy, czyli grzyb z rodziny żagwiowatych. Tym oto sposobem stałem się posiadaczem drzewa, z którego oprócz zwykłych śliwek, z których oczywiście można wysmażyć zwykłe powidła oraz sporządzić najzwyklejszą nalewkę, można mieć też grzyby, z których możemy upichcić tak niezwykłe potrawy jak: flaczki z żółciaka siarkowego, sznycle z żółciaka siarkowego, pasztet z żółciaka siarkowego, paprykarz z żółciaka siarkowego i w końcu możemy żółciaka siarkowego zamarynować w zalewie miodowo – korzennej. Mało tego, kiedy nie zdołamy zjeść wszystkich grzybów, suchego żółciaka siarkowego, możemy użyć do wykrzesania ognia krzesiwem tradycyjnym.

drzewo owocowo - grzybowe 3.jpgJest jednak jeden mały haczyk – kiedy ów grzybek pojawi się na jakimkolwiek drzewie, wróży jego rychły koniec i drzewo w przeciągu kliku lat uschnie. Im mniej śliwek, tym więcej żółciaka i na odwrót. Pocieszające jest chociaż to, że przecież uschnięte gałęzie możemy wykorzystać do zrobienia ogniska.

Reasumując. Moja usychająca śliwa zapewnia mi komplet przyjemności na sobotni wieczór bo: z uschniętych gałęzi śliwy, zaatakowanych przez żółciaka siarkowego, zrobię ognisko (które oczywiście rozpalę przy pomocy krzesiwa tradycyjnego, wykorzystując do tego starego, zeszłorocznego i ususzonego już żółciaka siarkowego, którego nie zdążyliśmy skonsumować) na którym gotować będę flaczki z żółciaka siarkowego, które popijać będziemy nalewką ze śliwek, które zbierzemy z niezaatakowanych przez żółciaka siarkowego gałęzi! Co za drzewo! Co za żółciak! Cóż za sobotni wieczór!

 

P.S. Aha! A przepis na flaczki z żółciaka siarkowego znajdziecie sobie w necie…

 

Irygator dentystyczny

 

Karcher IrygationNo i stało się, zmieniłem dentystę.

Ten wydaje się lepszy, a na pewno ma najnowocześniejszy (czytaj: najdroższy) gabinet ze wszystkich moich byłych dentystów – same marmury i sprzęt rodem ze Star Trek’a. Dentysta wygląda jak Fantomas (co ja z tymi filmami?) i patrzy na człowieka, a właściwie na człowiecze zęby, przez takie dziwne„lornetko – patrzałki”. Każde wejście to debet na koncie bez dwóch zdań. Wydawać by się mogło, że jeśli facet dużo kasuje, to przekłada się to na podejście do pacjenta czyli, że jest miły i uśmiechnięty. Nie, nie, nie. Nic z tych rzeczy! Wyzywa już od samego wejścia, a powodów ma wiele, bo zawsze coś się znajdzie.
Ostatnio jeszcze zanim otworzyłem japę, już mnie skarcił: „A pan co tak leży na tym fotelu? Tak to leży się na plaży!” albo „Dlaczego pan to dotknął? (dotknąłem spluwaczki, wkładając utracony bezpowrotnie kawałek zęba do środka) W gabinecie się niczego nie dotyka! Błąd! Straszny błąd!”. Dodatkowo jeszcze ma nieco inne podejście do higieny jamy ustnej. „Miękka szczoteczka? Nić dentystyczna? Mycie ruchami z góry na dół? Kto panu to powiedział?”. No ale czytałem różne artykuły w internecie i w prasie – odpowiedziałem spokojnie. „Bzdura! – mówi – te bzdurne artykuły piszą teoretycy, którzy nie mają pacjentów w gabinetach! Niech pan słucha praktyka! Szczoteczka średnio – twarda, ruchy koliste i Waterpik!”.
No i zaczęło się. Po odpowiednim wywiadzie dowiedziałem się, że ten cały Waterpik to irygator dentystyczny, czyli po prostu taki Karcher do zębów. Wiedziałem, że myjka ciśnieniowa dobra jest do mycia poz-bruku, elewacji, samochodu, ogrodzenia ale żeby myć czymś podobnym zęby? No dobra – pomyślałem – skoro ma mi to uratować zęby i dziąsła, ograniczyć wizyty u nowego pana dentysty („A pan co tak leży na tym fotelu? Tak to leży się na plaży!”) a dodatkowo zmniejszyć debet na moim skromnym koncie. Trudno. Kupię sobie irygator.
„Koparka” opadła mi jednak, kiedy wyszukawszy ów produkt, spojrzałem na jego cenę. Prawie cztery stówy razem z wysyłką robiło wrażenie. Cóż począć? Jednak zupełnie przypadkowo, oprócz irygatorów do pochwy, natkałem się na irygator dentystyczny zakładany wprost na kran! I miał nawet dobrą opinię jednej pani – „Zakładam go na baterię w łazience, odkręcam wodę, a siłę strumienia reguluję sobie poprzez mocniejsze bądź słabsze odkręcenie kranu. I nie trzeba wcale prądu! – napisała, troszkę psiocząc dalej. – „Gorzej jak wszyscy podlewają ogródki i jest słabe ciśnienie w sieci…” – ale to mnie już nie interesowało, bo wyszedłem z założenia, że tę drobną niedogodność jakoś zaakceptuję, robiąc sobie wtedy taką techniczną przerwę.
Z drugiej strony kiedy przyjrzałem się bliżej temu wynalazkowi, uświadomiłem sobie, że jest to zwykły kawałek, gumowego węża z jakąś tam niby specjalistyczną końcówką, ale za to w cenie bardzo dobrego łiskacza. „Mam dać ponad stówę za metr szlaucha, który w sklepie instalacyjnym, czy ogrodniczym kupię za pięć złotych!” – ta myśl nie dawała mi spokoju i wtedy właśnie wpadłem za genialny w swej prostocie pomysł! Przecież mam z domu myjkę ciśnieniową! I to oryginał! Nie jakąś tam chińską podróbę, a towar wprost w Germanii! Co za różnica, czy sikam sobie w gębę: „oryginalnym, jedynym, najlepszym, amerykańskim, sprawdzonym, rodzinnym” irygatorem dentystycznym firmy Waterpik (ehe… tylko nie wysilili się nawet na instrukcję w języku polskim i trzeba mieć przejściówkę do gniazdka) czy też sikam sobie oryginalnym niemieckim Karcherem?
Dodatkowo wszędzie gdzie czytałem opinie użytkowników dotyczące irygatorów, było napisane, że najważniejsze jest duże ciśnienie. „Duże ciśnienie to podstawa – pisał jeden z użytkowników – dlatego Oral – B czy inne tańsze w ogóle nie wchodzą w rachubę. Bo co to jest 3,6 bara? Mój amerykański Waterpik generuje prawie 7 bar!”
Ha! – pomyślałem – A mój oryginalny, niemiecki Karcher generuje 120 bar mądralo! Przy takiej sile, mój kochanieńki, to ja nawet nie będę potrzebował żadnych specjalistycznych końcówek. Strumień wody o takiej sile wypłucze mi wszystkie pozostałości po jedzeniu, i to jeszcze z czasów studenckich. I to za darmo!
Decyzja zapadła. Pozostały tylko do przemyślenia drobne niedogodności techniczne. Po pierwsze ze względów bezpieczeństwo postanowiłem myć zęby Karcherem zawsze w okularach. Przecież jeden niecelny „strzał” mógłby mi wypłukać oko, a najlepszym razie uszkodzić jakąś siatkówkę, czy źrenicę, czy coś tam, nieważne… Wiem bo, kiedy myję elewację, mech odpada mi razem z tynkiem, a brud z Astry “jedynki” razem ze szpachlem.

Po drugie, z uwagi na spokój domowników, nie zamierzałem tego robić w łazience, skłaniając się raczej ku terenom otwartym. I po trzecie, z troski o wciąż podwyższające się czoło i resztkę delikatnych włosów na zakolach, postanowiłem zakładać kask motocyklowy, który został mi jeszcze po motorze marki WSK.
Nadszedł dzień irygacji dentystycznej przy pomocy myjki ciśnieniowej. Poszedłem do ogrodu. Uruchomiłem Karcher. Następnie założyłem kask i okulary.

Pierwszy strzał i od razu pudło! Co za pech… ręka mi się omsknęła i strumień zamiast w gardziel, poleciał bokiem, strącając kota sąsiada z pergoli. Z drugiej strony nie ma tego złego. Ma sierściuch za swoje, bo przychodzi do nas głównie za potrzebą, traktując moją posesję jak toaletę. Ale za to drugi strzał okazał się, że tak powiem „snajperski”! Krótki i celny. Pomimo, że umyłem wcześniej zęby poczułem, że wyleciało mi coś z ust. Więc jednak słuszne okazały się te opinie w internecie, że „irygator zawsze jeszcze coś tam jeszcze wypłucze!”. Patrz! – wrzeszczałem uradowany do żony – Działa! Wypłukało mi resztki jedzenia! Resztki orzeszków ziemnych! Ha! Główka pracuje! Cztery stówy do przodu! Teraz ty, a za chwilę wołaj dzieci do mycia. Zaoszczędzimy na pastach, szczoteczkach, no i na borowaniu u dentysty!
– Jakie orzeszki ziemne? Nie kupowałam ostatnio żadnych orzeszków ziemnych. A co ty tak jakoś dziwnie mówisz? – żona zaciekawiona podeszła do mnie bliżej . – A weź no się uśmiechnij… – uśmiechnąłem się. – Chyba twój wynalazek jest ciut za mocny, na twoje słabe ząbki mój kochanieńki – powiedziała tak jakoś z przekąsem. Zacząłem macać językiem po uzębieniu. I faktycznie! Wyczułem jakieś braki z tyłu i więcej luzu z przodu.
Resztki orzeszków ziemnych okazały się połową jedynki (i tak chciałem robić koronę!), cyrkonową koroną na trójce oraz kilkoma jeszcze mniejszymi plombami, które wyleciały gdzieś z głębin mojego głębokiego zgryzu. W sumie, żal było mi tylko tej cyrkonowej korony, na którą nie tak dawno wysoliłem grubo ponad tysiaka, a której, no nie uwierzycie, nie udało mi się do tej pory odnaleźć z trawie!

Koktajler

Koktajler – wersja nieco rozbudowana

koktajler 1– Kochanie! Od jutra będziemy się zdrowo odżywiać! – zarządziła razu pewnego moja żona. Zarządziła to równie lekko, zwiewnie i niewinnie jak zarządziła w zeszłym roku malowanie pokoju, które skończyło się prawie remontem kapitalnym całego domu – Kochanie! Jutro musimy koniecznie pomalować nasz pokój – i dalej. – Płytki w łazience też przy okazji przydałoby się skuć, a w korytarzu wymienić panele, bo są już brzydkie.

Przy jakiej „okazji”? Pokój to pokój, łazienka to łazienka, a korytarz to korytarz! Zawsze myślałem, są to rzeczy od siebie niezależne i malowanie pokoju, nie wiąże się z poleceniem „skucia” w łazience płytek, wypowiedzianym z równą łatwością jak: „ach! muszę sobie pomalować paznokcie”.

Ale cóż. Tak to jest, że u żony niewinny komunikat – Kochanie coś mi stuka w samochodzie – to zakamuflowana opcja „Trzeba go wymienić na nowszy”.

Skończyło się malowaniem pokoju, remontem łazienki połączonym z wymianą armatury („Przecież ta wanna, zlew, szafki i prysznic się do niczego nie nadają”) i gipsowaniem i malowaniem korytarza z wymianą paneli włącznie i oczywiście. Nowe opony do mojego terenowca na ryby, przeistoczyły się w płytki i farbę na ścianach, panele w pokoju i wynagrodzenie dla „fachowców”, za które może oni kupią opony dla swoich terenowców na ryby. Ech ryby…

Tak więc „zdrowe odżywianie” zaniepokoiło mnie, bo nikt naprawdę nie mógł wiedzieć (nawet moja żona) dokąd nas to zaprowadzi. A zaprowadziło. Oj zaprowadziło! Bo wiedzieć musicie, że najważniejsze w zdrowym odżywianiu jest (uwaga!)… ha! Myśleliście, że jedzenie? Nie! Nic z tego! Najważniejsze w zdrowym odżywianiu, a właściwie najważniejszy, jest blender kielichowy! Ta – dam! Co? Nie wiecie co to jest? No może panie coś kojarzą, ale panowie raczej nie. No to zacznijmy raz jeszcze.

Najważniejszy w zdrowym odżywianiu jest koktajler! Ta – dam! Panie już wiedzą, a panowie? Co? Dalej nic? To po prostu taki jakby młynek do kawy, ale troszkę większy. No tak… ja tu o młynkach do kawy, kiedy wszyscy piją kawę już zmieloną, rozpuszczalną albo zgago – genną, czyli z automatu. Uwaga panowie! Wyobraźcie sobie, że ten cały koktajler, to taka kuchenna wersja wiertarki z nałożonym zamiast wiertła „druciakiem”. „Druciak” wkładamy do litrowego słoika po ogórkach, do którego uprzednio włożyliśmy jakieś zdrowe rzeczy, czyli owoce i warzywa, podkręcamy obrociki na maksa i z tych warzyw i owoców robi nam się pulpa, do której dolewamy wody i ją wypijamy. I wtedy czujemy się zdrowsi! No właśnie! To jest to.

No ale oczywiście ja na takie genialne rozwiązanie nie mogłem sobie pozwolić, dlatego też żona zleciła mi zakup oryginalnego blendera kielichowego. Zacząłem szperać w internecie, w trakcie którego dowiedziałem się o takich artykułach gospodarstwa domowego, o jakich wcześniej nie miałem zielonego pojęcia, a na dźwięk niektórych włos jeżył mi się na głowie.

Natknąłem się na przykład na elektryczne buty, a właściwie elektryczny but i już byłem bliski rozczarowania, że nie mają w ofercie elektrycznego krzesła! Były też czekoladowe fontanny, wagi do bagażu (ciekawe czy różnią się od zwykłych?), czyściki ultradźwiękowe, kombiwary, kojarzące mi się z moim rodzinnym kombi i ustami po botoksie, czyli warami. Były wreszcie termoloki i bardzo podejrzane cyrkulatory, których nazwę podkreślał mi każdy edytor tekstu oraz przenośne toalety, wymyślone zapewne dla ludzi korzystających z usług Polskich Kolei Państwowych, a bojących się widoku torowiska w czasie załatwiania swoich potrzeb.

Znalazłszy odpowiedni blender kielichowy postanowiłem dokupić coś jeszcze, żeby zaoszczędzić na przesyłce, która była darmowa powyżej pewnej kwoty. Ponieważ ja również nie cierpiałem widoku torowiska w pociągowym WC, dokupiłem dla siebie przenośną toaletę. Dla żony wziąłem tajemniczy cyrkulator (o znowu podkreśliło mi to słowo!) choć ni diabła nie miałem pojęcia, co to może być i dodatkowo termoloki, ponieważ zawsze marzyła mi się jako potężna bruneta a’la Ciganne z czarnymi kręconymi włosami.

Na deser naszych internetowych zakupów nabyłem dla siebie, a dokładniej dla moich stóp (uwaga! proszę usiąść) frezarkę do pięt! Tak, tak! Takie coś istnieje! Zawsze miałem problem z odrastającymi skórkami, które odrastały mi szybciej niż byłem je w stanie „wypumeksować”, a frezarka do pięt została wymyślona chyba specjalnie dla mnie. Słowem: nic tylko brać.

Minął miesiąc, podczas którego w pełni nauczyliśmy się korzystać z poczynionych zakupów. Usłyszałem charakterystyczny dźwięk dochodzący z kuchni. Dźwięk z piekła rodem, czyli dźwięk koktajlera. Żona znowu coś blendowała. Kochaniutki! – usłyszałem po chwili – zblendowałam dla nas zdrowiuteńki koktajl warzywno – owocowy. Są tu i jabłuszka i pomarańcze i szpinak i burak ćwikłowy i seler z pietruszką i jogurt naturalny! Co ty na to? Przyjdziesz się napić?

– Już kochanieńka! Momencik! Siedzę właśnie na naszej przenośnej toalecie w kąciku naszej alkowy, ponieważ przepędziło mnie solidnie po wczorajszym zdrowiuteńkim koktajlu jogurtowo – bananowo – porowym z dodatkiem pędów bambusa, że ledwie zdążyłem pory opuścić. Wyfrezuję sobie jeszcze tylko pięty przy pomocy frezarki do pięt, zakładam elektryczny but i już w te pędy bambusa śmigam, to znaczy hopsasam do ciebie kochana!

– Kochanieńki! Nie wierzę! – odpowiedziała podekscytowanym głosem. – Przyhopsasasz do mnie w elektrycznym bucie z wyfrezowanymi piętami? Zakładam wobec tego termoloki i podłączam cyrkulator!

Nie ma to jak zdrowe odżywianie!!!