Archiwum kategorii: Polskie Koleje Polarne

Ja po prośbie (do Dyrekcji PKP)

Witam Szanownych Państwa Dyrekcję PKP!

Zapewne pamiętacie mnie. To ja napisałem zażalenie na brak pociągu relacji Krzyż-Poznań Główny o godz. 8.35 w sobotę i o ścisku i duchocie panujących w pociągu o pól godziny wcześniejszym. Tak to ja!
I okazało się, że to zażalenie pomogło i przychylając się do mojej prośby (może też w końcu ktoś zemdlał?) dołożyliście ten jeden brakujący pociąg. I chwała za to! A ludzie są Wam dozgonnie (albo nie daj Boże do następnej zmiany rozkładu) wdzięczni.
Ale, ale. Żeby nie zrobiło się tak idyllicznie to muszę ponownie wytknąć Wam pewien mały szczególik, a mianowicie brak połączenia na tej linii (Poznań – Krzyż) pomiędzy godziną 20.50, a 22.50, a wiem skądinąd (rozmowy, dyskusje, narzekania i biesiadowanie z współpasażerami) że połączenie pomiędzy tymi godzinami miałoby swoich wiernych fanów.

Dajmy na ten przykład mojego kolegę z pracy, Romka.

Romek mieszka w Kiekrzu i jest waszym stałym klientem i kiedy kończymy pracę około godziny 21.30 nie chcąc czekać do 22.50 (jak ja) biegnie na tramwaj, który jedzie na Ogrody, z tramwaju biegnie na autobus podmiejski, który odjeżdża planowo, przed planowanym przyjazdem osiemnastki i (uwaga!) czasami mu się to udaje…
A czasami nie. Ostatnio spotkałem go w pociągu o 22.50 bo jednak mu się nie udało i wyglądał bardzo kiepsko. Powiedział, że ostatni raz biegł tak szybko (a chłop ma czterdzieści sześć lat) jak go jeszcze za pacholęcia gonił pies! Ale niestety autobus odjechał wyjątkowo planowo. Doszedł w miarę do siebie dopiero jak wysiadł w Kiekrzu i dowlókł się do domu – tak mi powiedział.

Gorsza jest jednak moja sytuacja, bo ja już nie mam żadnej alternatywy. Czasami kończę pracę nawet przed godziną dwudziestą pierwszą i co ja wtedy robię? Muszę iść na piwo! A wiecie sami, że duch w narodzie się wykrusza i nie mam powoli z kim na to piwo chodzić.

A najgorsze z tego wszystkiego jest to, że kiedy w końcu przychodzę na dworzec i wsiadam do pociągu, to często dowiaduję się rzeczy dla pasażera najstraszniejszej, a mianowicie, że “pociąg jest opóźniony bo czeka na skomunikowanie z innym pociągiem”.

Boli to podwójnie tych, którzy czekają już od godziny albo i więcej. I patrzą wtedy (na tych, którzy biegną z “opóźnionego – skomunikowanego” i wsiadają zadyszani z tobołami do naszego pociągu) jakoś tak dziwnie, a gdzieś im tam w łepetynie kołacze: oni winni! oni winni! I pewnego dnia miarka się przeleje, któryś z nich w końcu nie wytrzyma i może dojść do tragedii! A wszystko to nie miałoby miejsca gdyby odjechali pociągiem, dajmy na to o 21.50, który mam nadzieję uda się po mojej prośbie dołożyć.

I zróbcie to! I nawet nie dla mnie, ale dla tych, którzy kończąc pracę o dwudziestej pierwszej czekają do 22.50, patrząc czasami smutnymi oczami na komunikat o opóźnieniu (“opóźniony – skomunikowany”) i dla Romka, który biega na tramwaj, a z tramwaju na autobus jak młodzian mając lat czterdzieści sześć.

P.S. Wysyłam powyższą prośbę w niedzielę, a pozwalając sobie na lekką swawolę, mam nadzieję choć w małym stopniu uprzyjemnić Wam poniedziałkowy poranek w biurze (o Dżizas jeszcze cały tydzień!) jeszcze przed południową kawką. I niech nie zwiedzie Was moja wesołkowatość  (sorry ale taki już jestem – sorry ale taki mamy klimat) gdyż prośba jest jak najbardziej serio.

 

 Niestety…

Odpowiedź PKPWychodzi na to, że jednak biedny Romek będzie musiał (przynajmniej na razie) starać się zdążyć na pociąg o godzinie 20.50.

Ja natomiast w tym czasie będę spokojnie sączył browarki…

 

 

Zażalenie do Dyrekcji PKP

Szanowna Dyrekcjo PKP niniejszym składam zażalenie na jakość świadczonych przez Szanowną Dyrekcję (w dalszej części Sz. D.) usług przewozowych.

Nie będę się tutaj niepotrzebnie rozwodził nad całością materii, nad wszystkimi tymi spóźnieniami, wagonami działającymi jak chłodnie czy mikrofalówki i tym podobnymi niedogodnościami, do których normalny (nie niedzielny) pasażer już się przyzwyczaił i z nimi oswoił ale skoncentruję się tylko na jednym, jedynym połączeniu. Mowa o pociągu relacji Kostrzyn nad Odrą – Poznań, do którego wsiadam, a bardziej trafnym byłoby określenie “próbuję wsiąść” w Szamotułach o godzinie siódmej minut pięćdziesiąt osiem.

Ogólnie nie lubię pracować w sobotę, zresztą pewno nie ja jeden, ale kiedy jest mus i do pracy iść trzeba, to niczym jest dla mnie sobotnia pobudka o godz. 7.00 w porównaniu do tego, co czeka na mnie niecałą godzinę później.

Ale od początku.

Kiedy wchodzę na peron dokonuję rzeczy najważniejszej, a mianowicie wyławiam z tłumu osoby znajome lub choćby takie, które znam z widzenia, starając się trzymać jak najbliżej nich, a w dalszej części zażalenia dowie się Sz. D. dlaczego. Pociąg wjeżdża na stację, a na peronie ustawia się trzydziestometrowy szpaler, w którym każdy ma nadzieję, że drzwi będą akurat na wprost niego co i tak (o czym za chwilę) jest bez znaczenia. Pociąg w końcu staje i kiedy drzwi rozsuwają się, oczom ludzi stojących na peronie ukazuje się ściana ludzi stojących lub też upchanych w pociągu. Normalnie każdy człowiek przy zdrowych zmysłach pomyślałby: „Nie, to niemożliwe, do tego pociągu nie da się wsiąść!”, albo zrobiłby w tył zwrot i poczekał na następny, jednak smutek całej tej sytuacji polega na tym, że następny pociąg jeździ… tyle, że nie w soboty. Taki psikus. Przeto po chwili konsternacji, zwątpienia i patrzenia po sobie dokonuje się rzecz nieprawdopodobna – wszyscy ludzie, którzy stali na peronie wciskają się do pociągu!

Następuje odjazd.

Wewnątrz mamy do czynienia z efektem kaszany ogólnej, bo jeśliby pociąg porównać do flaka, to pasażerowie stanowiliby farsz wymemłany w misce, przemielony przez maszynkę i z tejże do niego wciśnięty. Miejsca siedzące? Boże o czym ja piszę? Ludzie zajmujący miejsca siedzące to prawdziwi wybrańcy, na których stojący patrzą z mieszaniną podziwu, zazdrości i nienawiści. Stojący natomiast zajmują każdy centymetr kwadratowy podłogi, włącznie z przestrzenią „w boksach” pod oknami, pomiędzy nogami siedzących naprzeciw siebie pasażerów i gdyby człowiek potrafił lewitować, zajęta byłaby też przestrzeń nad głowami, aż po sam sufit. Bliskość jest tak duża, że ociera się o akt seksualny, powoduje dyskomfort i zakłopotanie, by po chwili przerodzić się w nerwowość. Wszyscy kręcą się, stękają, przedeptują z nogi na nogę i pół biedy, kiedy masz na wprost kogoś znajomego (jak ja, kiedy wyłowiłem go z tłumu) gorzej, kiedy patrzysz z odległości dziesięciu centymetrów głęboko w oczy osoby, której nie znasz.
Bliskość taka ma też różne oblicza.

Wiesz na ten przykład co kto jadł na śniadanie, jakiego dezodorantu pod pachy używa, czy kiedy depilował sobie grube włosy z brwi, czy uszu. Może przytrafić się młoda i ładna dziewczyna ale też i pracownik z branży budowlanej, która złamała niejednego czyścioszka i abstynenta.
W tym wszystkim jednak, nie jest najgorsza owa “bliskość”, a brak tlenu i panująca duchota, bo w tym pociągu z niewiadomych mi przyczyn, nie używa się klimatyzacji. Zapytacie: „Jakiej klimatyzacji, w pociągu?”, ale my podróżni wiemy że jest! Wiemy, bo czasami jest włączana, poza tym sprawdziliśmy dając wymowne znaki (kolega symulował, że się dusi, łapiąc powietrze „jak karp”) w stronę kamery do maszynisty i ten litując się uruchomił nawiew. Po prawdzie za dużo symulować nie musiał i w końcu naprawdę ktoś zemdleje albo dostanie jakiś omamów spowodowanych stężeniem CO2 (Wikipedia: Zatrucie dwutlenkiem węgla. Stężenie powyżej 10%). Na domiar złego okna są „nie – otwieralne” i nieraz już myśleliśmy w chwilach prawdziwej desperacji o użyciu tego specjalnego młotka do rozbijania szyb. Wiecie jednak jak to jest w pociągach z otwieraniem okien, zawsze znajdzie się ktoś kto marudzi, że go zawieje, że zimno, że przeciąg, nawet jeśliby konał z gorąca.

Reasumując.

W powyższym zażaleniu starałem się opisać warunki jakie panują w porannym pociągu relacji Kostrzyn nad Odrą – Poznań Główny (do którego ja wsiadam w Szamotułach). Pomyślicie sobie: „Gość pewnie ciut ubarwił i przejaskrawił swoje doznania”, ale nic z tych rzeczy! A dowodem w sprawie niech będzie całkowite zaniechanie kontroli biletów. Zresztą nie ma co się temu dziwić, bo po pierwsze: kontrola w takim ścisku jest praktycznie niewykonalna, a po drugie: kierownik pociągu ma jeszcze na tyle przyzwoitości (ale też i instynktu samozachowawczego), że stara się nie drażnić ludzi swoją obecnością (zapewne też w obawie przed linczem).

Kończąc, wnoszę o przemyślenie przez Sz. D. całej tej sprawy oraz przedsięwzięcie jakichkolwiek kroków celem zapewnienia nam, podróżnym godziwego dojazdu w sobotni poranek do pracy.

I proszę! Jest odpowiedź!

 

 

 

Victoria!!!

Sam nie wiem, czy moje pismo wywarło, aż takie wrażenie, czy też było tą kroplą, która przechyliła szalę zwycięstwa ale wychodzi na to, że w nowym rozkładzie jazdy zostanie uruchomione dodatkowe, późniejsze połączenie, o którym pisałem, a które w znaczący sposób odciąży pociąg wcześniejszy. Słowem: victoria! Zwycięstwo!

 

 

 

 

Polskie Koleje Polarne IX

Od dłuższego czasu nie napisałem nic o PKP. Nie wiem sam, czy to z powodu zbyt małych opóźnień (za które i tak w Japonii cały skład pociągowy popełniłby seppuku, a dyrektor podałby się do dymisji), przyzwyczajenie do nich czy większego wyluzowania ogólnego. Takiego życiowego słowem. Ale to co się dziś przytrafiło warte jest opisania, a więc do rzeczy.
Pociąg, którym mam zwyczaj wracać do domu, odjechał punktualnie! Zanim jednak odjechał, spotkałem dwóch kolegów, którzy w momencie odjazdu odetchnęli z ulgą. Zadziwiła mnie ta ich reakcja. Sprawa wyjaśniła się jednak, kiedy dowiedziałem się, że w dniu wczorajszym, dokładnie o tej godzinie, czekali jeszcze na lokomotywę. A lokomotywa dojeżdżała właśnie z Jeleniej Góry.
Tym razem lokomotywa była i odjechaliśmy punktualnie. Podróż przebiegała bezproblemowo, aż do pierwszej stacji, a właściwie kawałek za nią. Do pierwszego semafora, który był zamknięty. Po dziesięciu minutach stania „w polu” zrobiło się nerwowo. Pojawił się kierownik pociągu, tęgi postawny mężczyzna, i rozkładając bezradnie ręce oświadczył niskim głosem z miną niewiniątka – Proszę Państwa! To naprawdę nie nasza wina! Tym razem to nie pociąg się zepsuł, a problem jest z semaforem! Jest zamknięty, a szlabany na przejeździe otwarte. Dzwonimy radiotelefonem do „tego który tym zawiaduje” – powiedział dalej – ale on nie odbiera… może coś mu się stało, a może nawet umarł! – Sprawa przedstawiała się poważnie, a plotka o śmierci dróżnika dodała zaistniałej sytuacji element dramatyzmu.
Na tę wiadomość palący pasażerowie pociągu, w celu ukojenia wieloletnimi dojazdami, skołatanych nerwów, wyszli na torowisko na papierosa. Wyszedłem i ja wraz z kolegą. Była ciepła noc, z oddali dochodziły wiosenne śpiewy słowików. Pufając spokojnie dymek za dymkiem, roztrząsaliśmy odwieczny temat zagospodarowania wolnego czasu, wynikłego na skutek opóźnień i po raz enty żałowaliśmy, że nie mamy talii kart i flaszki, bo chętni na kopa na pewno by się znaleźli.
Wtem od strony torowiska doszedł nas podniesiony ludzki głos. Złorzeczył i wyzywał kierownika pociągu w sposób niecenzuralny. Nie byliśmy w stanie dojść, czy głos należał do mężczyzny, czy do kobiety. Barwa sugerowała mężczyznę, jednak wysokość pasowałaby bardziej do kastrata. Po chwili z ciemności wyłonił się zziajany starszy facet w kolejowym uniformie dysząc jak lokomotywa. Niosąc w jednej ręce jakieś papiery, a drugą zamaszyście gestykulując minął nas i poszedł dalej, w stronę czoła pociągu, gdzie stała lekko przestraszona drużyna konduktorska. Podszedł do nich i wysokim, piskliwym głosikiem zaczął im wymyślać na czym świat stoi. Czym dłużej wymyślał, tym jego głos stawał się jeszcze bardziej piskliwy, wchodząc na wyższe, kontratenorowe rejestry. Kierownik pociągu, wykorzystując pauzy dróżnika na zaczerpnięcie powietrza, bronił się mrucząc w odpowiedzi basem, a od strony lasu słychać było kontrapunkt słowiczych zaśpiewów. I tak ten tercet, jakby nie patrzeć egzotyczny, poniósł się poprzez pola i łąki oznajmiając wszem i wobec, dlaczego znaleźliśmy się właśnie tu, pośrodku nocy, paląc papieroski obok unieruchomionych wagonów, przed zamkniętym semaforem.

Kierownik pociągu, nisko, basowo, tubalnie – Blublublu, eee, blublublu, eee… – i niezrozumiale.
Dróżnik kontratenor, piskliwie – Ci kurwa dam „zapomniałem”!!!
Słowik – Piii, ciurli, ciurli, ciur… – dość wesoło.
– Blublublu, eee, blublublu, eee, radio… – kierownik, wciąż niezrozumiale.
– Ychy kurwa! Taa! Dzwoniłeś na radiotelefon??? A kto miał go niby odebrać???
– Piii, piii, piii, ciurli – troszkę bardziej melancholijnie.
– Blublublu, eee, no wiesz, blublublu, eee… – zrozumiałe „no wiesz”.
– Dlaczego nikt nie odbierał?!! Bo musiałem zatrzymać was na semaforze i napierdalać kilometr po torowisku! W nocy! Dlatego nikt nie odbierał!!!
– Łit, łit, łit, łit, łit, łit, łit, tirli… – tęskno i smutno.

W końcu z tercetu został tylko słowik. Dróżnik umilkł, rzucił papiery pod nogi kierownika pociągu i ruszył w przeciwnym kierunku, z którego przyszedł, by za chwilę zniknąć w ciemności. Sztachnęliśmy się po raz ostatni, weszliśmy do pociągu, który po niecałej minucie wolno ruszył. Po drodze, po jakiś pięciuset metrach, minęliśmy dróżnika, który szedł w stronę lasu, a któryś z pasażerów skomentował: “I ślad wszelki po nim zaginął”…

Niech ryczy z bólu ranny łoś,
Zwierz zdrów przebiega knieje.
Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś,
To są zwyczajne dzieje…

Polskie Koleje Polarne cz. VIII

We czwartek zaplanowałem sobie moją podróż do pracy, pociągiem o 17.29. Planowo jest na miejscu o godzinie osiemnastej, tak że w razie jakiegoś nieoczekiwanego opóźnienia, mam zapas idąc do pracy na godzinę dziewiętnastą i mając z dworca kolejowego dziesięć minut „z buta”. Jednak z racji pewnych spraw, które żona wyznaczyła mi na ten dzień do pozałatwiania („Idzie zima kochanie, a dzieci nie mają w czym chodzić.”) musiałem wybrać opcję wcześniejszą, aby polatać po kilku sklepach z odzieżą dziecięcą. Pojechałem pociągiem osobowym o godzinie siedemnastej. Nie powiem, przyjechał prawie punktualnie i dojechał na miejsce, nawet nie psując się po drodze. Na drugi dzień spotkałem mojego serdecznego przyjaciela. On również dojeżdża koleją i również jak ja, jest wielkim miłośnikiem piwa. W czasie spontanicznej rozmowy o wyższości piwa niepasteryzowanego nad pasteryzowanym, nieutrwalanego na zimno, od utrwalanego i niefiltrowanego, nad filtrowanym oraz o innych pierdołach, całkiem przypadkiem dowiedziałem się, jakie to wielkie szczęście mnie wczoraj spotkało, bo pociąg, którym w pierwszej kolejności planowałem jechać, został odwołany! Ha! – pomyślałem sobie. – Ma się tego „nosa”. Spóźnienie – spóźnieniem i to akurat mam wkalkulowane w ryzyko korzystania z usług PKP, ale wszystko lega w gruzach, gdy pociąg odwołują i nie ma go w ogóle. W związku z powyższymi informacjami, tym bardziej udałem się tego dnia na „pewny” pociąg, na godzinę siedemnastą. Żona co prawda, nie wyznaczyła mi żadnych zadań, jednak wolałem być w pracy o godzinę za wcześnie, niż dojechać ze znacznym opóźnieniem. Byłem na stacji z pięć minut przed odjazdem, więc udałem się prosto na peron. Nigdy nie lubię wchodzić na peron za wcześnie. To źle wróży i często przynosi pecha, ale tym razem nie było go aż tak wiele, więc poszedłem. Spotkałem tam miejscowego penera, który zaplanował sobie podróż właśnie tym pociągiem na gapę, a przy okazji zdradził mi przechlanym i ochrypłym głosem, pewną tajemnicę. Bo rozumie pan – mówi do mnie – można pić i z dziesięć kaw dziennie, ale gdy każdą jedną popije się szklanką wody, wtedy nie zaszkodzi. Chyba miał rację, bo wyglądał na takiego, któremu raczej nie kawa zaszkodziła. Po piętnastu minutach stania na dworze, a dziesięciu od wyznaczonej godziny planowanego odjazdu, zrobiło mi się chłodno i żałowałem, swojego przedwczesnego wyjścia na peron. Zapeszyłem! To moja wina! – kotłowało mi się w głowie. – Wylazłem na niego za wcześnie, bez zapowiedzi z megafonu i teraz mam! – Wróciłem na stację, do okienka w celu zasięgnięcia informacji od pani, która nigdy nic nie wie. A skąd ja mam niby wiedzieć?!! – zawsze mówi rozkładając ręce, ale tym razem mnie zaskoczyła, bo wiedziała. – Odwołali go – powiada. – Jak to odwołali?!! – zrobiłem wielkie oczy. – Przecież jeszcze wczoraj jechał! Przedwczoraj jechał i przed przedwczoraj też jechał! W ogóle cały tydzień jeździł bezproblemowo! – No ale dzisiaj jest odwołany… – Ale dlaczego? Dlaczego na sam koniec tygodnia zaserwowali mi taką niespodziankę? Przecież ani to święto, ani w pobliżu jakiegoś święta? – A niby skąd ja mam wiedzieć? – pani rozłożyła bezradnie ręce, robiąc wielki oczy. Była w swoim żywiole „nic nie wiedzenia”. Pomyślałem, że nie będę drążył tematu, a szukając jakiegoś ratunku, zapytam o pociąg następny, czyli ten, który odwołany był wczoraj. – A co z tym o 17. 28 alias 17.34? Pojedzie dzisiaj? – pani podeszła do czarnego, ebonitowego telefonu kolejowego, zawieszonego na ścianie, zakręciła raz obrotową tarczą, zapytała miłym głosem, po czy odwracając się, przekazała mi dobrą nowinę. – Pojedzie! Ale sześć minut później… – To znaczy on ma przestawiony planowany odjazd o sześć minut i nie wiadomo kiedy będzie, czy już jedzie, jest trochę opóźniony i przyjedzie te sześć minut później? – wolałem zapytać dokładniej, bo sama informacja o „sześciu minutach później” jeszcze mi nic nie mówiła. Zawsze mogłem ratować się jazdą pociągiem, który właśnie zapowiedzieli, a którego mój bilet miesięczny nie obejmował, czyli TLK, spółka Intercity. Pomyślałem, że w razie co pojadę na gapę, a na wypadek kontroli powiem znudzonym i pewnym głosem, że „miesięczny. Gdyby jednak chcieli okazania, to udam „głupa”, że nie wiedziałem. Najwyżej mnie wykasują dodatkowo, za wypisanie. Trudno się mówi, zaryzykuję, ale nie będę tracił dodatkowo dziesięciu złotych, mając miesięczny w kieszeni, za ponad dwie stówy. – Nie, nie – odpowiedziała kasjerka. – On będzie o sześć minut później! – nie było źle, pociąg był w trasie, czyli istniał materialnie i najwyżej co, mógł się zepsuć i nie dojechać. Miałem teraz dwadzieścia pięć minut do zagospodarowania, udałem się wobec tego do pobliskiej apteki, w celu nabycia suplementów diety oraz czegoś na uspokojenie. Po niecałych dziesięciu wróciłem na stację, a resztę czasu zagospodarował mi kot, który na moje odruchowe „kici, kici” przybiegł w te pędy, jakbyśmy znali się od lat. Przed wyjściem na pociąg, mam w zwyczaju pastować buty. Wiadomo – po czym jak po czym, ale po butach widać z kim się ma do czynienia, więc staram się je mieć zawsze czyste i porządne. Tym razem po naniesieniu pasty, zabrakło mi niestety czasu na polerkę, więc były lekko matowe, jednak mój „przyjaciel” kot, załatwił sprawę znakomicie. Przez dziesięć minut wałkonił się na moim obuwiu, doprowadzając je do lśnienia, jak za nowości! Dodatkowo jego przymilanie się do moich łydek, ukoiło moje skołatane nerwy i nie musiałem zażywać pigułek, które nabyłem w aptece.

Polskie Koleje Polarne cz. VII

Dzisiaj nie ryzykowałem podróżą pociągiem o 13.55, czyli o 14.02 wczoraj, a dzisiaj już widniejącym na tablicy, z godziną odjazdu 14.00! Dzisiaj jadę pospiesznym, którym wolno mi jechać, ale za dopłatą, którą wolno mi zrobić, której jednak mimo szczerych chęci nie zrobiłem.

Ustawiłem się w kolejce do kasy biletowej z zamiarem kupna dopłaty. Pociąg jeszcze nie widniał z adnotacją „opóźniony”, jednak na peronie, na który pobiegłem, nie było go. Ustawię się w kolejce, a jak go zapowiedzą to zdążę dobiec – taka była moja strategia. Ustawiłem się i kiedy byłem już dość blisko kasy, na tablicy pojawił się napis, że jest opóźniony pięć minut. Kiedy do odjazdu była minuta, a do okienka tylko dwie osoby przede mną, nie wytrzymałem i pobiegłem. Bałem się, że ruszy beze mnie i wolałem zaryzykować jazdę bez biletu. Okazało się, że moje obawy były zupełnie niepotrzebne, bo pociągu na nim w ogóle nie było. Zdecydowałem, że wrócę po dopłatę, ale na dworzec zachodni, z którego jest bliżej na mój peron.

Ustawiłem się na powrót w kolejce i przezornie co minutę biegłem na peron piąty, zorientować się w sprawie pociągu. Udało mi się w końcu dojść do kasy. Poprosiłem panią o dopłatę, podając bilet. Pani zaczęła coś stukać w klawiaturę, po czym zapytała – A dlaczego ulgowy? – odpowiedziałem, że nic mi o tym nie wiadomo i że nie wypowiedziałem słowa „ulgowy”, ani żadnego słowa, zbliżonego fonetycznie do słowa „ulgowy”. Wróciła do stukania, by dalej zapytać – A pan chce miesięczny? – odpowiedziałem, że nie chcę miesięcznego, ani ulgowego, a normalną, nieulgową dopłatę na pociąg pospieszny do biletu miesięcznego na pociągi osobowe. Pani postukała jeszcze chwilkę, po czym powiedziała, że jest ot niemożliwe. Dokonywałem tej operacji już z tysiąc razy i wiedziałem, że „jest to możliwe”, ale głosy z kolejki – Niech pan z nią nie dyskutuje! – ostudziły mój pedagogiczno – edukacyjny zapał, tym bardziej, że usłyszałem z oddali, że coś wjeżdża na stację. Pobiegłem na peron piąty.

Na peronie zrobiło się dziwnie pusto, tak jakby ubyło ludzi. Odjechał – pomyślałem – pani w kasie załatwiła mnie na cacy. Podszedłem do stojącej nieopodal kobiety i spytałem, czy może odjechał z tego peronu jakiś pociąg? Nie – odparła – oni w ogóle źle go „podają”, bo on właściwie odjeżdża o 13.44, a na rozkładzie figuruje 13.36, a wszyscy z niewiadomych powodów poszli na peron trzeci – kontynuowała. Niby była zorientowana, jednak zdała mi się mało wiarygodna. Nie chcąc ryzykować udałem się na „główny”, zobaczyć na najważniejszym wyświetlaczu, wiadomości z pierwszej ręki. Ha! Miałem nosa, bo został on przestawiony na peron trzeci! Czym prędzej tam pobiegłem.

Zastałem tam zdezorientowany tłum. Motał się on w te i wewte, próbując znaleźć nieistniejący pociąg. Pikanterii całej sytuacji dodał wjazd pospiesznego na sąsiadujący peron drugi, relacji Kraków – Szczecin, czyli nasz. Wszyscy udali się na peron drugi, ale pani konduktorka poinformowała nas, że on jedzie do Krakowa, a właściwie niektóre jego wagony. Było kilku chętnych na ten kierunek, a niektórzy poczęli wykrzykiwać, jakby się nawzajem nawołując – To pociąg do Krakowa! Chodźcie tutaj!

Skoro ten był do Krakowa, to mój pewnikiem musi z trzeciego odjechać. Pobiegłem z powrotem na trzeci, by ze zdziwieniem zobaczyć komunikat na wyświetlaczu – w miejscu przeznaczonym na wypisanie ilości minut opóźnienia, widniał napis, że pociąg odjedzie z peronu drugiego! Zostałem z swoim życiu po raz drugi zaskoczony przez polskie koleje… pierwszy raz, gdy spotkałem się pociągiem o przymiotniku „nadzwyczajny”, a drugi właśnie teraz, kiedy doszło, do jedynego w swoim rodzaju przekierowania – pasażerowie, zgodnie z komunikatami, idą na peron trzeci, by tam dowiedzieć się, że odjazd nastąpi z peronu drugiego!

Pobiegłem z powrotem na peron drugi, upewniłem się u konduktorki, która w międzyczasie zmieniła zdanie, że to jednak pociąg do Szczecina, po czym wsiadłem i zająłem miejsce. Nie mając dopłaty, postanowiłem usiąść w ostatnim wagonie, a w razie ewentualnej kontroli, pewnym, nieco znużonym głosem odburknąć „miesięczny”. Gdyby i to nie poskutkowało, chciałem, pełen dezaprobaty, że muszę fatygować się, szukać i wyciągać bilet oraz, że pani konduktorka mi nie wierzy, robić to w taki sposób, żeby dać jej odczuć moje niezadowolenie. Wtedy będąc z tego powodu rozgoryczona, powinna nie zauważyć mojego, małego uchybienia, w postaci biletu miesięcznego tylko, ale na osobowe.

Kiedy byliśmy w połowie drogi, usłyszałem charakterystyczne „bileciki do kontroli”. Pani konduktorka sprawdzała bilety od niechcenia, co rusz dopytując się, a nawet sugerując, czy ktoś już bilet sprawdzany miał. Spoko – pomyślałem – z nią nie będzie problemu. Wtem usłyszałem za sobą głos brzmiący bardzo służbiście – Bilety do kontroli! Aha – atakują drugiej flanki. Wiedziałem, że to ten typ konduktora, co to sprawdza wszystko skrupulatnie, i dokładnie, a najchętniej to by i „osobistą” zrobił. Najgorsze było jednak to, że porównując odległość do mnie, pani konduktor luzak i pana konduktora służbisty, wychodziło, że to on będzie pierwszy. Cholera co robić? – zakotłowało mi się w głowie. Ale na wybawienie, czekać długo nie musiałem!

Kiedy podszedł do siedzącego za mną chłopaka, a ten pokazał mu swój bilet, służbista nie kryjąc zdziwienia odparł – Ten pociąg nigdy do Katowic nie dojedzie, bo jedzie w kierunku przeciwnym. Spowolniło to nieco służbistę. Chłopak miał bardzo zawiedzioną minę, a kiedy podeszła do mnie pani konduktor, powiedziałem do niej – Słyszała pani? Ten chłopak za mną, jedzie do Katowic! – po czym dorzuciłem pewnym, spokojnym głosem. – Miesięczny – wymachując jej przed nosem, moim biletem na osobowe. Skinęła tylko potakująco głową i poszła dalej, do zawiedzionego chłopaka i swojego kolegi, zastanawiać się, co ma ów biedny począć.