Facet w prochowcu

Siedziałem, a właściwie stałem w pociągu, a konkretniej, to stałem w pociągowym WC, bo tylko tam było jeszcze miejsce dla mnie i kilku innych osób. Co prawda z początku staliśmy na korytarzu, ale napierający, z wrogimi okrzykami, tłum pasażerów – Proszę zrobić dla nas miejsce! – spowodował nasze przemieszczenie właśnie do pociągowej toalety. Ludzie stali nawet w łącznikach między wagonami, a jeden facet stał tylko na jednej nodze, bo w miejsce drugiej ktoś wpakował mu walizkę i miał ją teraz podkuloną. Był szczupły, z dłuższymi szpakowatymi włosami i wystającym, haczykowatym nosem i wyglądał teraz jak czapla siwa. My, osadnicy pociągowego WC, nie mieliśmy aż tak źle, no może za wyjątkiem zapachu, bo w zapachu zawarte było całe poprzednie sześć godzin jazdy, zanim pociąg dojechał na stację, na której wsiedliśmy. Szczęśliwcy, a wśród nich moja osoba, którzy stali przy oknie, trzymali głowy na zewnątrz, a reszta z braku innej opcji, przyjmowała zapach twardo „na klatę”. Młoda dziewczyna ze łzami w oczach, miała widocznie próg zapachowej wytrzymałości dość niski i próbowała wyjść. Nie bardzo jednak było jak i gdzie, bo ludzie stali wszędzie, a wciąż napierali nowi. W oknie zmieściły się trzy głowy, a ja miałem jeszcze to szczęście, że wysiadałem na pierwszej stacji. Byłem, jak to określał pewien mój znajomy policjant luzak, któremu na służbie ukradli z policyjnej motorówki silnik, pasażerem krótkodystansowym. I kiedy tak wyglądałem przez okno, w poszukiwaniu innych, znajomych „krótkodystansowców” z mojego miasteczka, zobaczyłem jego – faceta w prochowcu.
Facet w prochowcu odziany był elegancko. Jasny, popielaty płaszcz, ciemniejsze spodnie, biała koszula pod krawatem, do tego brązowe i wypastowane buty, które odróżniają sznyt wiejski, od miejskiego i całe mnóstwo bagaży. Dwie porządne walizki, torba na ramię i neseser w zębach dopełniały całości. Aha! Facet w prochowcu miał jeszcze żonę. Żona szła na samym przedzie z tyciunią damską torebeczką, w której mieściła się zapewne tylko chusteczka, klucze, szminka i lustereczko i pana poganiała, a pan już ledwo zipał. – Mówiłam, że peron trzeci, nie jest za peronem czwartym, a po drugiej stronie dworca! Przez ciebie nie zdążymy! – wykrzykiwała, a ja zauważyłem w jego spojrzeniu, jakieś cierpienie. Pociąg był całkowicie wypełniony pasażerami, oni jednak jakimś cudem wpakowali się do środka i zagłębili z mozołem w tę zbitą i zdawałoby się nierozerwalną, ludzką ciżbę. Z odgłosów, które wydawała pani, wywnioskowałem, że mają miejscówkę. Szczęściarze!
Pociąg ruszył, a po dziesięciu minutach, w drzwiach od toalety, pojawił się pan w prochowcu i oświadczył, że „On musi!”. Znam to spojrzenie, tę rozpacz, bo sam to kiedyś przeżyłem, więc od razu wiedziałem, że sprawa jest poważna i facet się za chwilę albo zleje, albo zesra. Zanim przemieściliśmy się z toalety na korytarz, minęło z dziesięć minut, a poruszaliśmy się kroczkami o długości centymetra. Pan w tym czasie przestał się odzywać, dostał szczękościsku, a na czoło wystąpiły mu kropelki potu. W końcu jednak WC zostało opróżnione i zamykając drzwi, został w niej sam. Mając do nich przyciśniętą głowę, usłyszałem tylko krótkie pierdnięcie, a później zaległa cisza. Złowroga cisza. Po dłuższej chwili, drzwi wolno uchyliły się i przez wąską szparkę ujrzałem go w samej koszuli, krawacie, skarpetkach i butach. Nie miał na sobie już ani prochowca, spodni, a nawet gaci, za to w oczach miał wstyd. Zostałem jego powiernikiem i facet zdradził mi pewien sekret – Zesrałem się do prochowca… – wyszeptał do mnie – pomóż mi pan.
– Słucham? – odpowiedziałem. – Bo niedosłyszałem – a dosłyszałem przecież dobrze, jednak mój mózg nie dopuścił takiej informacji. Wiecie, jak ktoś powie rzecz niewiarygodną, w stylu, „Jestem ufoludkiem”, albo „Mam wrażenie, że przedmioty się jakoś tak dziwnie na mnie patrzą”, to pomimo, że człowiek usłyszy dobrze, i tak odpowie „Że co?”, „Że jak?”. Tak było i w tym przypadku, bo makabryczność tej sytuacji wydawała mi się nieprawdopodobna.
– No normalnie… zesrałem się do prochowca. Jak siadłem na kibel, to go nie podkasałem. Walnąłem kupala i zorientowawszy się co zrobiłem, zerwałem się na równe nogi i wtedy stało się to najgorsze, bo zawartość spłynęła mi do spodni. Miałem rozwolnienie, a wstrzymywałem już od samego wyjścia z domu. Pomóż mi pan, bo się ze wstydu spalę albo wysiądę w biegu.
– A jak mam panu pomóc?
– Wiesz pan, prochowiec, spodnie i gacie wyrzuciłem przez okno. Nie było innego wyjścia. Nie mogę teraz tak przejść przez cały pociąg. Daj pan znać mojej żonie, żeby mi wyciągnęła spodnie z walizki. Ona wie gdzie są. Siedzi w czwartym przedziale.
– Dobra, zobaczę co da się zrobić. Zamknij pan drzwi i czekaj pan. Zapukam za chwilę. Stwierdziłem, że zamiast przeciskać się przez tłum, puszczę wiadomość, głuchy telefon i wtedy będzie szybciej. Powiedziałem więc do sąsiada, żeby podał dalej, żeby powiedzieć pani w czwartym przedziale, żeby wyciągnęła z walizki spodnie i podała, bo mąż potrzebuje. O dziwo poszło szybko, jednak zamiast spodni, dotarła do mnie wiadomość zwrotna.
– Pani w czwartym przedziale pyta się „Po co?” – powiedział do mnie sąsiad.
– Powiedz jej pan, że „Pilnie potrzeba!” – odparłem.
– Dobra – rzekł sąsiad i wiadomość powędrowała dalej. Nie minęło dużo czasu, a ktoś zaczął przeciskać się w kierunku WC. Była to żona pana w prochowcu. Przyszła oczywiście bez jego spodni, ale za to z pretensjami.
– Co się tutaj dzieje? Gdzie jest mój mąż? To już nie można sobie spokojnie w przedziale posiedzieć? – szepnąłem do niej, że mąż jest w środku i miał pewien, nieprzyjemny incydent. Drzwi powolutku uchyliły się, a w szparce pojawiła się sama przestraszona twarz.
– Cicho kochanie, wejdź do środka. Masz spodnie? – drzwi zamknęły się i po chwili już cały pociąg wiedział o zdarzeniu pana w toalecie.
– A gdzie ty masz spodnie?! – wykrzykiwała. – Co? Wyrzuciłeś przez okno spodnie, które ci sama wybrałam i kupiłam? A gdzie masz płaszcz?! Też wyrzuciłeś przez okno? Co?! Zesrałeś się do prochowca?!! Zwariowałeś chyba! Jak ja wytrzymałam z takim człowiekiem?! Co? Że ci moja zupa od wczoraj zaszkodziła? Oj czekaj! Idę po te twoje zasrane, o przepraszam, czyste spodnie, a ty mi się na oczy lepiej nie pokazuj przez resztę drogi! Jak się mama dowie to dopiero będzie…
Pani cała wzburzona wyszła z toalety i energicznie zaczęła przepychać się w kierunku swojego przedziału. Po chwili dotarły do mnie spodnie, podawane z rąk do rąk. Zapukałem. Przez lufcik wyjechała ze środka dłoń, w którą wsunąłem zwitek. Pociąg zbliżał się do pierwszej stacji i zaczął powoli zwalniać. Zatrzymaliśmy się, otwarłem drzwi. W tej samej chwili, wylazł z toalety facet w prochowcu, ale już bez prochowca i w innych spodniach, przebił się do wyjścia i stanął po chwili, ze mną na peronie.
– Nie jedzie pan dalej? – spytałem.
– Nie. Wcale zresztą nie chciałem. Mam w tym mieście starego kumpla z woja. Dzwoni czasami do mnie i zaprasza, żebyśmy razem na ryby pojechali. Zawsze chciałem, ale wie pan, żona nie pozwalała. Teraz jest właśnie ta chwila, ten moment, „albo teraz albo nigdy”. Mieszka tu, niedaleko. Wysiadam, a co będzie dalej, nieważne. Pociąg ruszył. Szliśmy jeszcze przez chwilę razem, by po kilkudziesięciu metrach rozejść się.
– To taaaakich połowów! – rzekłem na pożegnanie.
– Dziękuję, ale tu nie tylko o ryby chodzi. Chodzi o wolność, wie pan, żeby robić to co się chce, a nie co się musi… Dziękuję za pomoc… no z tymi spodniami. Jakby pan czegoś potrzebował, to dzwoń pan śmiało. Tu jest moja wizytówka – chciał mi podać też rękę, ale szybko cofnął. – Lepiej nie – i uśmiechnął się.
Przeczytałem wizytówkę „mecenas Jan Maria Kościelski – adwokat”. Kto wie – pomyślałem – nie wiadomo na jaką połówkę trafię, może kiedyś się przyda?

4 komentarze do “Facet w prochowcu

  1. bassooner Autor wpisu

    opowiedział mi ją pewien mój znajomy, gitarzysta… troszkę jednak pozmieniałem i dopisałem zakończenie.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.