Archiwum autora: bassooner

Currywurst mit Pommes

Witam wielce Szanownych Czytelników w kąciku ogólnospożywczym

Poniżej przedstawiam Państwu przepis na prawie narodową potrawę naszych sąsiadów zza Odry (czyli Niemców jakby kto przysnął na lekcji geografii).

currywurstNo i oto stało się. A więc Grüß Gott aus Bayern!

Wyjechałem wreszcie na zasłużone wakacje! Tym razem padło (zresztą podobnie jak w roku poprzednim, i jeszcze poprzednim, i jeszcze poprzedniejszym) na Germanię, jak to określa ten kraj mój kumpel jadąc po ein ganz neues Auto. Tam właśnie przy okazji odwiedzin w różnych miejscach zauważyłem, że wśród różnych dań serwowanych, czy to w ZOO, na basenie, czy nad jeziorem jest jedno serwowane wszędzie. Taki wspólny mianownik niemieckiej fastfoodowej gar kuchni.

Das ist Currywurst mit Pommes!

Danie smaczne, tanie, oryginalne i niezdrowe, czyli spełniające wszystkie wymogi turysty będącego na „urlaubie”.

Nie będę rozpisywał się na temat frytek, czy kiełbasy, bo kto jak kto ale każdy Polak wie co to dobry Wurst, a skoncentruję się jedynie na sosie, bo sos to rzecz w Currywurst mit Pommes najważniejsza, najoryginalniejsza i niepowtarzalna.

A więc przejdźmy do składników

– 1 cebula

– 1 łyżka octu balsamicznego

– 1/4 litra Coca – Coli – tak, tak to nie żart! (no oczywiście może być też i Pepsi, w myśl tego starego powiedzenia, że Cole piją robole, a Pepsi piją lepsi)

– 1 łyżeczka suszonej, zmielonej kolendry

– szczypta chili (jeśli w czasie grilla będzie polewać wódeczkę, to proponuję dwie szczypty, a jeśli dodatkowo zaprosicie znajomych z branży budowlanej, drwali bądź muzyków grających na instrumentach dętych blaszanych lub perkusistów to trzy)

– 2 łyżki sosu Worcester (pełna nazwa Lea & Perrins Sos Worcestershire) – no to jest ciekawostka, bo ja o tym sosie dowiedziałem się niedawno, a jest to ponoć trzecia, po soli i pieprzu, najbardziej uniwersalna przyprawa świata!

– trochę soku cytryny, czyli taki „sik” dla smaku

– pół butelki keczupu

– curry według upodobania (może być łyżeczka lub więcej)

– szczypta pieprzu cayenne (wiadomość dla kierowców – najpierw był pieprz cayenne, a dopiero później Porsche Cayenne)

– oliwa

No to do roboty!

Cebulę kroimy w kostkę, podsmażamy na oliwie, aż do się zeszkli (info dla facetów – to nie ma nic wspólnego ze szkłem, czyli wspomnianą wyżej wódeczką).

Dodajemy łyżkę octu balsamicznego, chwilę dalej podsmażamy, po czym dolewamy szklankę Coli lub Pepsi (resztę można dodać do rumu i wypić). Lekko podgotowujemy żeby nam ździebko zgęstniało.

Następnie dodajemy wspomnianą trzecią, zaraz po soli i pieprzu, najbardziej uniwersalną przyprawę na świecie (naprawdę o niej nie wiedziałem) czyli dwie łyżki sosu Worcester, jeden sik soku z cytryny i pół butelki keczupu oraz paprykę chilli i kolendrę. Mieszamy i odstawiamy z ognia.

Dodajemy jeszcze curry i pieprz cayenne. Mieszamy i wuala! Gotowe! Mamy sos, którym polewamy podsmażoną na grillu, czy na patelni kiełbasę, czyli w naszym przypadku Wurst. Całość lekko, po wierzchu przyprószamy jeszcze przyprawą curry.

Currywurst mit Pommes, jak sama nazwa wskazuje, to kiełbasa w sosie curry z frytkami ale możemy je zastąpić pieczonymi (w ognisku, na grillu czy w piekarniku) ziemniakami lub po prostu bułeczką. Podajemy też oczywiście (jeśli nie z wódeczką) to obowiązkowo z piwkiem – zimny weissbier’ek mile wskazany.

Guten Appetit und Prost!

No to Tschüss…

 

Gacie cukiernika

Gacie cukiernika – recenzja

Gacie cukiernika 2Kiedy pierwszy raz usłyszałem tę bardzo króciutką arię na głos solowy z towarzyszeniem fagotu,  od razu wiedziałem, że jest to naprawdę (jak to mawiają żargonem studenci Konserwatorium) „kawał dobrej muzy”.

Przede wszystkim zauroczyła mnie sama forma. Kompozytor i autor tekstu jednocześnie, na przestrzeni czterdziestu czterech sekund zawarł taką dramaturgię, że nie powstydziłby się tego i sam Giacomo Puccini w swoich ariach. No bo co my tutaj mamy?

Ale zacznijmy po kolei i posłuchajmy

Gacie cukiernika     

Zaczyna się króciutkim, jedno taktowym wstępem fagotu i od razu mamy pełne zaskoczenie, bo wokal wchodzi ni w pięć ni w dziewięć! Co się okazuje? Wstęp jest w metrum na 7/8! No proszę! W tak króciutkiej „aryjce” (myślę to raczej o zdrobnieniu od „arii”, a nie o blond cycatej walkirii „z jedynie słusznej nacji”) kompozytor zaskakuje i to na samym początku! Siedem ósmych? Gdzież powiedzcież mi, oprócz muzyki współczesnej, no i może bułgarskiego folku spotkamy się z taki metrum? A tu proszę! Jest! Można? Można!

Utwór rozwija się dalej. Fagot skutecznie trzyma tempo z wdziękiem i gracją wykonując bas Albertiego i… i mamy takt piąty, a tam kolejna zmiana metrum, tym razem na trójdzielne i jakby lekkie zawieszenie!  Toż to przecież całe płyty popowe, ba całe dyskografie są w metrum dwudzielnym, a tutaj takie eksperymenty! Takie nowatorstwo? Takie zmiany agogiczno – metryczne na tak krótkiej przestrzeni???

Przychodzi mi tylko jedno do głowy… tak, tak, wiecie co mam na myśli! Mam na myśli „Święto wiosny” Igora Strawińskiego! Nie, nie bójmy się tego porównania! Dlaczegóż by nie porównać ze sobą tych dwóch arcydzieł? No oczywiście kompozytor wie co robi (zapewne jakiś stary wyga) bo w tym takcie jest po prostu mało sylab, ledwie dwie. Więc po co iść w dłużyzny, po co katować słuchacza całym taktem na 4/4 skoro nic się nie dzieje. No ale widać warsztat jak i techniki kompozytorskie mu nie obce, więc w drugiej połowie taktu zafundował nam dyminucję. Ha! Ręka do góry kto wie co to dyminucja? No widzicie, nie wiecie. Niesamowite!

Ale już po chwili w takcie dziewiątym następuje rallentando i fermata na drugiej połowie taktu. Kompozytor nie zastosował dyminucji i słuchacz ma wrażenie, że jest to koniec. Ale na szczęście tak nie jest, bo cóż by to było??? Koniec po dziewięciu taktach! Tak być nie może. Nadzieje rozbudzone przez kompozytora (i autora słów jednocześnie) oraz przez wokalistę miałby teraz zostać pogrzebane? I to jeszcze w takim momencie?

Bo przecież jesteśmy w sytuacji nie do końca wyjaśnionych zależności łączących Sanepid z cukiernikiem i nie do końca rozwikłanej sprawy „brudnych gaci”. Czyż to możliwe, żeby autor zaserwował nam taką tragedię? Napięcie sięga (jak to mówią) zenitu, choć ów potworny, tak potworny! takt dziewiąty kończy się dla niepoznaki w dur. Oj przewrotny, oj przewrotny ten kompozytor (i autor słów jednocześnie)…

Ale cóż to? Po chwili jakby z nicości, jakby z niebytu wyłania się muzyka i na powrót słyszymy fagot z tym nieustępliwym basem Albertiego. Prze nikczemnie i bezwstydnie do przodu.. ale, ale?!! Tak! Jest ciut wolniej i w tonacji moll. No cóż to za figlarz z tego kompozytora (i autora słów jednocześnie) no i z tego fagocisty? W dziesiątym takcie zmienił tryb na moll i zafundował nam tutaj MENO! Ach… niedobry! Niedobry! Ale niby dlaczego?

Sprawa wyjaśnia się już czterech taktach (zresztą tylko tyle trwa cała część molowa!)

Wokalista również zaczął delikatniej i bardziej tajemniczo, bo oto nasz cukiernik gdzieś przepada. Czyżby twórca uśmiercił nam tutaj głównego bohatera?!! Oczywiście jest taka opcja. Zginął widocznie jak Quentin Tarantino w połowie filmu „Od zmierzchu do świtu”. Albo wiedziony jakąś tajemną siłą, albo po prostu wyrzutami sumienia z powodu niedopełnienia pewnych czynności związanych z higieną osobistą (oraz może i strachem przed wyższą instancją, czyli Sanepidem, a co za tym idzie możliwością otrzymania upomnienia albo i nawet kary finansowej od wspomnianej wyższej instancji) cukiernik znika. Czy palnie sobie honorowo w łeb z powodu brudnych gaci??? Co za napięcie! Ach!!!

Muzyka (tonacja molowa) podkreśla nam dramaturgię całej zaistniałej sytuacji.

Fagocista, widać muzyk co się zowie, wydłużył nieco artykulację. Gra także bardziej melancholijnie i ckliwie, żeby nie powiedzieć jak baba, choć to wciąż ten sam banalny bas Albertiego. Cóż za kunszt, żeby tak szybko, ledwie po dziewięciu taktach dokonać takiej metamorfozy wykonawczej! Jestem naprawdę pod wrażeniem! Toż to prawdziwy majstersztyk. Swoista ekwilibrystyka nastrojów.

Robi się naprawdę bardzo smutno, że nie powstydziłby się tego smutku nawet i sam Puccini! Marsz żałobny Chopina w porównaniu do tej arii to wesoła piosenka nucona na rowie przez wiejską dziewuchę. Ba! Requiem Mozarta to jakaś taka frywolna humoreska na chór i orkiestrę z solówką bawolego rogu, czyli puzonu.

Ale na szczęście nastrój ten nie trwa za długo (ledwie cztery takty) bo słuchacz niechybnie przypłaciłby to depresją albo jeszcze czym gorszym. W czwartym takcie następuje rallentando i cała sytuacja się wyjaśnia. Następuje powrót do tonacji durowej i jest znowu na wesoło, a fagocista rusza z kopyta, jakby go z więzienia wypuścili. Co się okazuje? Cukiernik nie tylko, że nie targnął się na własne życie ale wręcz przeciwnie! Pobiegł do swojego ojca (element ogniska rodzinnego, element powrotu do domu, w rodzinne strony, czyli do heimatu – nawiązanie do twórczości Wagnera). Pobiegł do swojego ojca pożyczyć majtki! Któż to wie kiedy się ostatni raz widzieli? Cóż za radość!

Całość kończy się happy endem. Widzimy tutaj już radosnego cukiernika, biegnącego w te pędy z czystą bielizną, zapewne z zamiarem poszczycenia się nią przed wyższą instancją, to jest Sanepidem.

Dodatkowo autor słów (i kompozytor jednocześnie) zawarł tutaj elementy gwary staropolskiej i wiejskiej, czyli motywy rustykalne – cytuję: „Gacie po tacie wzion”. Czyżby jakieś nawiązanie do Cavalleria rusticana, czyli Rycerskości Wieśniaczej Pietro Mascagniego? Któż to wie? Z dobrych wzorców nie zawadzi korzystać.

Niestety jest i kilka wpadek

Śpiewak pomimo wspaniałego głosu i kosmopolitycznej wręcz emisji, po prostu się rąbnął. Zaśpiewał „bo czyste one” miast „bo czyste łone” (element rustykalny) pozbawiając nas rodzimej gwary… no ale trudno, nie można mieć wszystkiego. Wydaje mi się też, że warto by pomyśleć o wyższej tonacji dla niego, bo dolne „C” i „H” brzmią głucho, jak poza skalą.

Z drugiej strony lepiej słyszeć (delikatne powtarzam) trudności w osiągnięciu dołu skali, niźli wysokiego i przysłowiowego „górnego C” mając wizję mężczyzny, rozciąganego na mękach przez kołowrót w średniowiecznym zamczysku (nawiązanie do chorału gregoriańskiego).

 

Rezerwa, czyli dziesięć dni z życia

Rezerwa, czyli dziesięć dni z życia

Dzień pierwszy

krupnik 2Wchodzę do jednostki i od razu pierwsze zaskoczenie – „na” biurze przepustek kontrolują, czy nie wnosi ktoś alkoholu. No, no! Pozmieniało się. Oczywiście mówię, że nie mam, a sero seven wciskam w spodnie. Dobrze, że kupiłem Krupnik (dla niekumatych: ma płaską butelkę). Trochę odstaje co zauważa pan ochroniarz ale mówię, że mam przepuklinę – Widzi Pan! Z taką przepukliną mnie na ćwiczenia biorą! Będzie wojna jak nic! – nie kwapi się do sprawdzania. Zebrała się kilkuosobowa grupka więc prowadzą nas dalej.

Na sali gimnastycznej siedzi rezerwa. Wszyscy jacyś smutni, zamyśleni i przygaszeni. Wyglądamy jak folkstrum albo pacyfiści po wypaleniu  blanta. Gdyby ogłoszono w tej chwili wojnę, to przynajmniej połowa umarłaby ze strachu albo uciekła do domu.

W magazynie, przy wydawce mundurów, zapytany o stopień wojskowy mówię, że jestem porucznikiem. Jakiś zamyślony jestem więc błąd zauważam dopiero w drodze na kompanię. Wychodzi na to, że sam siebie awansowałem. Trudno.

Dostajemy piżamy. Wszyscy dostali w kratki, a kilku w paski. Na ich pytanie skąd to wyróżnienie, rzucam żart, że ci co dostali w paski będą na kompanii dziewczynami. Całe rezerwa ryknęła śmiechem… oprócz tych co dostali w paski.

W pokoju jest nas sześcioro. Sami oficerowie: kapitan – były zawodowy, porucznik rezerwy, podporucznik rezerwy, ja – podporucznik rezerwy z nadania Prezydenta RP, a porucznik przez samo awans, kapitan (też były zawodowy) i podporucznik rezerwy.

Po kolacji zacieśniamy swoją nową przyjaźń przy pomocy sprawdzonej metody – spożywania. Wszyscy jakimś dziwnym trafem są na to przygotowani, choć na biurze przepustek kontrolowali dość skrupulatnie. Okazuje się, że zalety płaskiej butelki Krupniczka odkryłem nie tylko ja…

Dzień drugi

Mamy szkolenie. Jedna połowa śpi, a druga udaje, że coś z tego rozumie. Łapię się raz do jednej, a raz do drugiej połowy. Śni mi się, że przez pomyłkę sam siebie awansowałem na generała i wszyscy oddają mi honory. Nie powiem, przyjemnie być generałem!

Dzień trzeci

Wywożą nas na poligon, do lasu. Ale wygwizdowo. Nikt prawie nie ma zasięgu. Żeby pogadać przez komórkę trzeba szukać jakiejś polanki. Śpimy w namiotach, a pod łóżkami jagodowe krzaki. Ekipa okej ale ze spożywania nici bo: Szumi dokoła las, czy to jawa czy sen… i do sklepu jest baaardzo daleko.

Zbiórka w namiocie dowódcy. Przydzielanie funkcji oraz ustalanie zmian. Zostałem przydzielony do rozpoznania (cokolwiek to znaczy) i na nocną zmianę. Będę robił coś przy mapach, coś zapisywał, coś meldował i coś analizował, a o wszystkim tym nie mam zielonego pojęcia.

Dzień czwarty

4:30. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów widzę wschód słońca. Do końca nocnej zmiany jeszcze trzy i pół godziny. Wszyscy w namiocie są jakby w półśnie. Major zasnął z myszką w dłoni patrząc w ekran laptopa. Inni śpią na siedząco w różnych pozycjach: na popielniczkę, na Apacza, na dzięcioła, na krwiodawcę, na przyjaciela, a na babie lato śpię ja, bo zeszyt który posłużył mi za poduszkę jest cały mokry od śliny.

Po całej nocce służby, mulenia i walki ze snem mam wolne do godziny 20.00. O ósmej kładę się spać. Po dziewiątej budzi mnie chorąży i wręcza dwa kartoniki ślepaków – Będzie napad mówi! – wkładam kartoniki do kieszeni, przewracam się na drugi bok i zasypiam.

NAPAD! NAPAD! NAPAD! – krzyk wyrywa mnie ze snu. Ubieram buty, zakładam hełm i szybkim krokiem udaję się na pozycję. Ktoś z oddali lasu strzela do nas ze ślepaków. Przeładowuję i również walę do nich ze ślepaków. Czuję się jak mały chłopiec, który bawi się w wojnę.

PUMA 2015Odechciewa mi się spać. Robię sobie kawę, a do kawy spalam papieroska. Nie dopiwszy kawy i nie dopaliwszy papieroska muszę udać się do Toi Toi – a. Nie jest, aż tak źle, bo „piramidka” nie wychodzi jeszcze ponad poziom deski. Profilaktycznie przed wejściem zakładam maskę przeciwgazową. Siadam i robię co trzeba. Z lasu słyszę krzyki – OBŁOK! OBŁOK! OBŁOK! – PUMA 2015 2(jednak dobrze, że założyłem tę maskę przeciwgazową). Wybiegam w tej masce z Toi – Toi – a. Jakiś przechodzący żołnierz dziwnie się na mnie patrzy. Dołączam do grupki ludzi. Stoimy tak z piętnaście minut. Później ktoś krzyczy – POGODA! POGODA! POGODA! – i jest po alarmie. Ponieważ „wyznaczone miejsce” znajduje się obok „wyznaczonego miejsca do palenia” to wykorzystujemy je od razu i spalamy po papierosku. Oczywiście ściągamy najpierw maski przeciwgazowe.

Dzień piąty

Rzucamy granatami. Prawdziwymi! To znaczy takimi, które mogą zrobić „kuku” i oderwać nóżkę albo rączkę. Ktoś pyta, czy nie lepiej zostawić komórę w bunkrze gdzie siedzimy?

– Zadzwoni telefon, a ja będę miał już odbezpieczony granat i co wtedy? Mogę zgłupieć! Odbiorę granat, a wyrzucę komórę!

Przezornie zostawiam telefon…

Dzień szósty

PUMA 2015 - 2Zmieniamy kolejny raz miejsce stanowiska dowodzenia. Następne miejsce jest oczywiście ściśle tajne. Wybierane przez drużynę strzelców wyborowych. Oni jadą dzień wcześniej, robią rekonesans i dają znać co i jak. Później przenosi się całe stanowisko, czyli siedemdziesięciu chłopa wraz z namiotami, krzesłami, stolikami i łóżkami i co kto ma. Toi Toi przenosić nie trzeba, bo na nowym „ściśle tajnym” miejscu czekają już na nas pachnące (naprawdę!) nówki sztuki. Kierowcy, dowódcy i zawodowi żołnierze nie wiedzą nigdy dokładnie, gdzie będzie następne (ściśle tajne) stanowisko dowodzenia ale pan od Toi Toi wie! Nie ma co, logistykę i rozpoznanie mają lepiej opanowane niż armia. Myślę, że w razie godziny „W” to oni powinni zająć się wojaczką.

Dzień ósmy

Wracamy z poligonu. W drodze po długotrwałych negocjacjach z kierowcą i majorem (jak ku*wa nie staniecie to rezerwa zrobi dym na kompanii!) autokar zatrzymuje się przy sklepie. Sklep wygląda jak dawny GS. Po wejściu do środka doświadczamy przeniesienia w czasie o co najmniej dwadzieścia lat w tył. Nie można tego niestety powiedzieć o cenach, bo Lech w puszcze stoi po cztery pięćdziesiąt (węszę tutaj deal kierowcy autobusu i pani sklepowej) dlatego większość kupuje po flaszce. Ostatnie dwa Krupniczki zgarnia mi sprzed ryja pan kapitan. Jestem trochę zły, jednak nie ma to większego znaczenia, bo i tak pić będziemy razem. Wieczór zapowiada się pysznie.

krupnik 6Wieczór dnia ósmego.

Wreszcie wykąpałem się. Uczucie jest niesamowite, bo to pierwszy kontakt z wodą od pięciu dni. Namydlam się i spłukuję. No, no! Leci ze mnie coś w kolorze kawy z mlekiem. Teraz można iść na Krupniczek pana kapitana.

Z historii jednostki

Ździsio opowiada o Olku. Olek był kapitanem i zabunkrował się na sali gimnastycznej, gdzie prowadził różne sportowe zajęcia i treningi, nawet z niezłymi wynikami. Olek znał wszystkich i wszyscy znali Olka. Jednym z zajęć było zbieranie przez żołnierzy jagód w pobliskich lasach. „Idź nazbieraj jagód” – mówił Olek do żołnierza to zaliczę ci wf i dawał małe wiaderko. Kiedy kończyły się jagody, a zaczynały grzyby,  wiaderka zmieniały zawartość, a Olek stawał się prawdziwym potentatem owoców runa leśnego.

Przeciek

W jednostce rozeszła się wieść, że z wizytą ma przylecieć generał. Zaczęły się wielkie porządki i sprzątanie, a w dzień przylotu generalskiego helikoptera wszyscy ustawili się na placu defilad. Dowódca jednostki, sztab oraz wszyscy żołnierze: od oficera, do szeregowego byli jednocześnie  podekscytowani i zaniepokojeni. A nuż generał się do czegoś przyczepi, coś mu się nie spodoba. Wreszcie na horyzoncie zauważono helikopter. Poprawiono szyki, wyrównano do prawej. Setki oczu z obawami i nadziejami obserwowały lądowanie generalskiego śmigłowca. „Może dowódca mnie pochwali, a może nawet awansuje? Zabierze ze sobą do sztabu dywizji na lepsze stanowisko?!” – pewnie niejednemu przeleciała taka myśl. Wszyscy wyprężyli dumnie piersi, co poniektórzy również powciągali brzuchy wyhodowane za biurkami na wojskowej grochówce. Wreszcie wylądował. Łopatki stanęły. Drzwi otwarły się i generał pojawił się w całej okazałości. Baczność!!! – ryknął dowódca batalionu – na prawo patrz. Generał ruszył ze swoim adiutantem w stronę żołnierzy, by po kilku krokach, ku ogólnemu zdziwieniu odbić lekko w lewo. Oto ku niemu z sali gimnastycznej ruszył z dwoma dużymi wiadrami jagód Olek. Dobiegł do generała. Ten przekazał je szybko adiutantowi. To kiedy grzyby? – zapytał generał.

–  Tak za dwa miesiące… Dam ci znać Zbychu – odpowiedział Olek, po czym uścisnęli sobie dłoń i generał obróciwszy się na pięcie wsiadł do helikoptera i odleciał.

Olek znał wszystkich i wszyscy znali Olka.

Dzień dziewiąty

Strzelanie.

Z rana wybucha panika, bo ktoś powiedział, że przed wydaniem broni trzeba dmuchnąć w alkomacik. Niestety okazuje się to prawdą, a wczoraj było lekkie spożywanko i jesteśmy troszkę wczorajsi. Z naszego pokoju na sześciu ludzi strzelać mogę tylko ja (sam się dziwię) i kumpel. Dostajemy zjebe od chorążego, że oszukiwaliśmy przy wódce: „Widocznie wylewaliście za kołnierz! Ha, ha, ha!”.

Jesteśmy na strzelnicy. Dostaję do swojego P-83 ostrą amunicję. Ładuję do magazynka i ustawiam się na stanowisku. Tarcza jest tak blisko, że niemożliwością wydaje się nietrafienie w cel. Pakuję w podobiznę żołnierza w hełmie cały magazynek. Dobrze, że to tarcza, bo dobiegłby do mnie i walnął tym hełmem w łeb.

racja żywnościowa 2Logika wojskowa wkrada się w nasze menu. W lesie jadaliśmy w kuchni polowej i chłopaki (śledząc zapewne pana od Toi – Toi) zawsze starali się zrobić gorące posiłki na czas jeżdżąc garkuchniami po kniejach jak z OS – u Rajdu Mazowsza. Za to na jednostce dostajemy zielone paczki z tajemniczym napisem S – RG – 1. Jest to tak zwany „suchy prowiant, czyli całodzienne wyżywienie dla żołnierza. Są w nich specjalne tabletki, po których dodaniu można pić wodę zaczerpniętą wprost z kałuży, jeziora, czy nawet Toi – Toi – a!

 

Dzień dziesiąty – do cywila!

 

buty wojskowe 1Zdajemy broń, hełmy i mundury. Okazuje się, że zatrzymać dla siebie można tylko zielone gacie i buty sportowe stylistycznie nawiązujące do najlepszych tradycji Stomilu Łódź, czy Relax – ów z Nowego Targu z połowy lat osiemdziesiątych. Może w karnawale będzie jakiś bal przebierańców to je wykorzystam.

O trzynastej mamy zaplanowany obiad z dowódcą, a jest dziesiąta, bo wstaliśmy o szóstej? Sprawdza się stara prawda, że – wojsko śpieszy się nie wiadomo dlaczego i czeka nie wiadomo na co? Czas schodzi na wspominkach, paleniu fajek i łażeniu z kąta w kąt. W końcu jest godzina trzynasta. Na obiad prawdziwe rarytasy – wojskowa grochówka i schabowy z ziemniaczkami i surówką. Dobry podkład na drogę. Czas się żegnać.

Przy opuszczaniu jednostki również jesteśmy kontrolowani – pewnie sprawdzają czy nie wynosi ktoś alkoholu! Za bramą wszyscy rozchodzą się lub też rozjeżdżają pozostawionymi samochodami. Dziesięciodniowe więzy przyjaźni tak szybko jak zawiązane, tak szybko pękają i każdy jeden myśli, żeby wrócić jak najprędzej do domu. Ot i cała armia…

P.S. Cały felieton jest oczywiście czystą, literacką fikcją. Na ten przykład: wiadomym jest, że na terenie każdej jednostki wojskowej obowiązuje całkowity zakaz spożywania, jak i posiadania alkoholu. Zakaz ten jest rygorystycznie przestrzegany tak przez kadrę, biuro przepustek (kontrole bagażu) jaki i rezerwistów. Dowodem w sprawie może być też fakt, że autor jest zatwardziałym abstynentem nie pijącym nie tylko wódki marki Krupnik, ale też żadnego alkoholu w ogóle!

 

Skarpety i sandały… elegancja czy wiocha?

Czyli jakie skarpety do sandałów słowem: Poradnik eleganckiego mężczyzny.


Witam Szanownych Czytelników!

Ponieważ zbliża się lato, czyli wyjazdy (w tym wyjazdy zagraniczne!), grillowanka, spożywanka, krótkie jednodniowe rekonesansy nad jeziora i czystsze rzeki, a wszystko to (czego sobie życzymy) powinno odbyć się przy ładnej pogodzie, to w dzisiejszym „Poradniku eleganckiego mężczyzny” zajmiemy się sprawą ubioru. Przecież na wakacjach też można, a nawet trzeba wyglądać elegancko! A zaczniemy od samego dołu, czyli od stóp.

Wiadomo. Facet chodzi w butach i skarpetach. Chodzi tak przez cały rok i nie kombinuje.

W przeciwieństwie do kobiet, które to chodzą… (ło Boże!)… w butach, sandałach, klapkach, japonkach, szpilkach, balerinkach, kozakach, półbutach, botkach, (uff) i co tam jeszcze wymyślono. A nosząc do tego (odpowiednio): skarpety lub rajstopy/pończochy lub antygwałtki (to takie czarne rajstopopodobne kolanówki), gołe stopy, gołe stopy lub (uwaga!) specjalne stópki do japonek, gołe stopy, gołe stopy, gołe stopy ewentualnie stópki bez palców lub z palcami w zależności od szpilek, gołe stopy bądź stópki pełne, skarpety lub rajstopy/pończochy lub antygwałtki, skarpety lub rajstopy, pończochy lub antygwałtki i stópki pełne ewentualnie antygwałtki lub pończochy/rajstopy. Nieźle nie?

W to zestawienie powyżej nie będziemy się wgłębiać, bo i po co? U nas tych dylematów (co do czego założyć, czy stópki pełne, czy bez palców, a może skarpety, a może antygwałtki?) nie ma, bo my rano zakładamy skarpety, a wychodząc z domu zakładamy na skarpety buty. No chyba, że jest ciepło, bo wtedy na skarpety zakładamy sandały! To przecież jasne. Nie będziemy się męczyli w pełnym słońcu w pełnym obuwiu. I teraz mamy (delikatny dylemacik, delikatny powiadam, nie jak powyżej) bo skarpetki są różne, a te różne są też w różnych kolorach.

skarpety do sandałów 3Zasada pierwsza –  skarpety muszą być zawsze czarne!

Czarne skarpety są eleganckie, a na elegancji nam przecież zależy. Obojętnie czy zakładamy je do sandałów białych, czerwonych, niebieskich, czy w końcu czarnych. Mają być czarne i koniec! Jakiś mały emblemacik z boczku typu: Puma, Adidas, Nike, dodatkowo przyda nam szyku, a ewentualnym obserwatorom da do zrozumienia, że „mamy kasę” i stać nas na skarpety za cztery dychy! (Mnie jak widać na zdjęciu nie stać, dlatego żona, przy pomocy białej nitki wyhaftowała takiego niby „ptaszka”, który w zamyśle miał być logo Pumy. Nie wyszło. Trudno. Nie będzie nowych klapek na lato).

skarpety do sandałów 2Zasada druga – nie zakładaj stópek jeśli masz „wazony”.

Stópki wyglądają bardzo elegancko, jeśli jednak twoja łydka u dołu pozbawiona jest tak zwanej pęciny, czyli dysponujesz łydką typu: wazon vel kołek, to zapomnij o stópkach. Musisz zdać się normalne skarpetki, które doskonale zatuszują ten feler. Ja jak widać jestem w posiadaniu pęciny więc do sandałów prawie zawsze zakładam stópki.

 

skarpety do sandałów 1Przyznacie, że wyglądają bardzo elegancko. Są też bardzo zdrowe ponieważ nie zakłócają dopływu krwi do kończyn dolnych, co w przypadku problemów z krążeniem (czyli: przewlekłą niewydolnością żylną, a co za tym idzie wstecznego przepływu żylnego, czyli refluksu prowadzącego do zastoju krwi żylnej w żyłach ewentualnie zakrzepicy żył głębokich) jest bardzo ważne!

Jeśli jednak dni są chłodniejsze i jeszcze nie zoperowałeś sobie żylaków (to prosty zabieg polegający na nacięciu skóry i wetknięciu w chorą żyłę kawałka druta w okolicach kostki, wywleczeniu go w okolicach pachwiny, po czym energicznym wyszarpnięciu) to stópki nie są dobrym rozwiązaniem. Będzie ci chłodno, a dzieci mogą cię wytykać palcami.

Wtedy proponuję skarpetę grubszą i wyższą. Mogą być nawet kolanówki! Czemu nie?

skarpety do sandałów 4Ja akurat kolanówek nie potrzebuję (brak żylaków) więc zakładam po prostu skarpety wyższe i grubsze. Gruba skarpeta, na przykład wełniana, dodatkowo wchłania pot i nie widać na niej mokrych, ciemniejszych zacieków, co przecież jest bardzo ważne w kwestii szyku, elegancji czyli słowem: bon tonu. Prawda, że elegancko?

Uzbrojeni w taką wiedzę, możemy bez problemu pokazać się na wiejskiej imprezie w remizie strażackiej, na deptaku w Ciechocinku, czy na plaży na Lazurowym Wybrzeżu, gdzie z powodzeniem brylować będziemy naszą słowiańską elegancją, fantazją i pragmatyzmem.

 

P.S. A teraz z zupełnie innej beczki: Ponarzekać można zawsze i na wszystko i to niezależnie od wszystkiego 😉

Machniom akumulator?

Witam Szanownych Państwa, a z racji tego, że piszę do firmy niemieckiej to na początek Grüß Gott!

akumulator 1(Właśnie zdałem sobie sprawę, że już użyłem trzech języków).

Ale dajmy spokój z rosyjskim i niemieckim, a przejdźmy do konkretów, a mianowicie do mojej propozycji. Proponuję Państwu wymianę starego (co najmniej 12 – letniego) akumulatora, na nowy. Słowem: po prostu, prześlecie mi na wskazany adres nówkę sztukę, a ja odeślę Wam mój stary.

Nie, nie! To nie żart. Już widzę, jak ktoś czyta tego maila i drapie się po głowie „o co chodzi?”. Ale postanowię Państwu przedstawić korzyści z takiej wymiany. A więc…

Nie wszystko co stare jest gorsze, to oczywiście banał ale idący szybkim krokiem w odstawkę, bo pęd ku nowemu jest przeogromny. Tak przeogromny, że dawna jakość i trwałość mogą zostać w tym technologicznym amoku zapomniane.

Pamiętacie może piwo „Grodziskie”? Ja pamiętam. Pamiętam, że było. Pamiętam, że smakosze bardzo delikatnie przelewali je do kufla, nie chcąc wzburzyć osadu z dna butelki. Pamiętam też jak wyglądała butelka. Ale smaku już nie pamiętam i niestety nigdy sobie już nie przypomnę, bo receptura jak i cały browar poszedł w zapomnienie. Pracochłonna technologia przegrała z masówką. Przegrała z pseudo piwami gdzie ze składników prawdziwego piwa zostały tylko: woda, procenty i kolorek. Próbowano je reaktywować, namnażając oryginalne grodziskie szczepy drożdży w Instytucie Technologii Fermentacji Politechniki Łódzkiej, a na bazie tych drożdży próbowano piwo warzyć i to gdzie? W Skandynawii, USA i w Czechach! A więc piwa grodziskiego już się nie napiję… ale co to ma wspólnego z moją propozycją?

Ano ma tyle, że akumulator Opla, który posiadam to właśnie takie piwo grodziskie wśród akumulatorów. Czyli jakość w czystej formie, a więc to, co poszło obecnie w odstawkę.

Ja bojąc się, że ową technologię produkcji (takich baterii!) mogliście gdzieś nierozważnie zapodziać, postanowiłem się nią z Wami podzielić. Czyli zrobić machniom*.

Akumulator ma co najmniej dwanaście lat, bo dwanaście lat temu, tj. w roku 2003 zakupiłem ten akumulator wraz z samochodem. Czy był wcześniej wymieniany i kiedy? Tego nie wiadomo, a teoretycznie jest możliwe, że jest w tym samym wieku, co samochód, czyli ma lat dwadzieścia! (Gdyby go wymieniano to zapewne na inny, nie ze znaczkiem Opla). Ale nawet gdyby miał dwanaście lat, to i tak jest jakimś ewenementem, zważywszy, że garażuję pod chmurką, a on mnie ani razu nie zawiódł! Ba! Pamiętam jak odpalałem kilka lat temu, przy minus dwudziestu siedmiu!

Tak więc moja propozycja jest następująca: robimy machniom – mój stary akumulator Opla na nówkę sztukę prosto z fabryki! Co Wy na to?

Według mnie obie strony będą miały z tego wymierne korzyści. Ja stanę się właścicielem nowego akumulatora, mając spokój na co najmniej 12 lat, a Wy będziecie mogli go eksponować (oczywiście po szczegółowej analizie i badaniach) w honorowej gablocie w muzeum akumulatorów.

Staniecie się też właścicielami niezawodnej (ale może już zapomnianej) technologii produkcji akumulatorów z dziesięcioletnią gwarancją, która to obecnie jest w moim (!) posiadaniu, ukryta pod maską Astry I ’95 stojącej na ulicy pod domem.

akumulator 2*machniom – (ros.) dosłownie: zamienimy się?

 

Z niecierpliwością czekam na odpowiedź…

 

P.S. Nie wiem czy widać ale oczko w akumulatorze wciąż jest zielone!

 

 

Odpisali dyplomatycznie

Akumulatora nie zdobyliśmy, ale namówiliśmy centralę na garść firmowych gadżetów dla właściciela niezwykłego auta. Będzie nam miło przesłać Panu paczkę. Poprosimy tylko o adres pocztowy!

I ciekaw jestem cóż to za gadżety będą???