Archiwum kategorii: Zażalenia, skargi i reklamacje

Pseudo atlas grzybów

A oto nasze motto!

No i przez te grzybki
Chłód rodzinnej kryptki
Nazbyt szybki dał obiadkom kres…

Wojciech Młynarski

No proszę Szanownej Redakcji! Tak być nie może! Bo wyobraźcie sobie, że jeśli ktoś na jesień dostanie (w najlepszym przypadku) sraczki, albo (w najgorszym) wyląduje w szpitalu będzie to Wasza wina!

Pewnie zastanawiacie się po tym bardzo króciutkim, acz enigmatycznym wstępie „o co mu chodzi, o co temu gościowi kaman, że nam tutaj ze sraczką wyjeżdża”? Już śpieszę z wyjaśnieniami!

 A więc…

pseudo atlas grzybówWydaliście jako dodatek do Tele Tygodnia atlas grzybów? Wydaliście? No. To ja się „uprzejmnie zapytowuję” kto go sprawdzał??? Bo pewnie, a naiwnie wychodzę z takiego założenia, ktoś raczył sprawdzić rzecz tak poważną, jaką jest atlas grzybów, a powinien być to ktoś „znający się”, czyli „będący w temacie” lub inaczej rzecz ujmując „z branży”. Jak mój kolega z pociągu, który „się zna”, „jest w temacie” i jest „z branży”, bo jest klasyfikatorem grzybów i do niego cała sprawa się zaczyna.

Bo atlas grzybów jest rzeczą poważną jak najbardziej! To nie jest jakaś tam Gazeta Wyborcza, czy Gazeta Polska, gdzie można wypisywać głupoty (byle po linii politycznej) a człowiek po przeczytaniu artykułu co najwyżej się… no… zdenerwuje. Ale sraczki nie dostanie!

To też nie książka telefoniczna z błędnymi numerami, gdzie zamiast do Kowalskiego dodzwonisz się do Nowaka albo w najgorszym przypadku do teściowej. Trudno. Pogadasz z nią, ale brzusio nie rozboli. No chyba, że jednak rozboli. W każdym bądź razie rozboli z nerwów, a nie od zawartości.

To jest Atlas Grzybów! Czyli rzecz co najmniej tak poważna, jak Bert z ulicy sezamkowej albo Grumpy Cat! Tu błędów nie powinno być żadnych! Żadnych! A są…

A one, moi mili, mogą skończyć się w jednym przypadku, że brzuszek będzie bolał.

No to zaczynajmy, czyli zabierzmy się do wytykanie błędów!

pseudo atlas grzybów 2Pierwszy błąd rzuca się na człowieka, niczym ja na zimne piwo z wieczora (a miałem napisać jak Duda na hostię ale nie napiszę, ponieważ – w przeciwieństwie do niektórych – będę szanował też i Prezydenta RP, na którego nie głosowałem) już na pierwszej stronie. Piszecie na samiuśkiej górze i to drukowanymi literami i to na czerwono: „WSZYSTKIE GRZYBY POLSKICH LASÓW” a już za chwilę, ciut poniżej „JADALNE, NIEJADALNE,TRUJĄCE”, czyli rozumiem, że wszystkie! Wszystkie grzyby polskich lasów? No proszę Was!

„Chwilunia, momęcik”… poświęcę teraz jedną minutkę (liczbowo: 1) na sprawdzenie w necie, na Wikipedii ile jest grzybów Polsce… jeszcze chwilunia… O!!! Jest ich pięć tysięcy! Łał! Zmieściliście je wszystkie w takim ciniutkim atlasiku? No, no… szacun!

Pewnie maczek druczek, a zdjęcia są wielkości paznokcia… Hm… jednak nie – zdjęcia i druk są okej. No to biorę się zaliczenie… A więc w Waszym Atlasie Grzybów (wszystkich grzybów polskich lasów) grzybów jest dwadzieścia dziewięć!

Ale, ale… według Wikipedii do obrotu w Polsce przez Ministerstw Zdrowia dopuszczonych jest czterdzieści jeden (liczbowo: 41) grzybów jadalnych (a to tylko jadalne)!

A to nie koniec, bo według Barbary Gumińskiej i Władysława Wojewody (to gwoli wyjaśnienia mykolodzy i to ważni mykolodzy) grzybów jadalnych w Polsce jest no… troszkę „rąbnąłem” się w liczeniu, ale jest ich na pewno powyżej stu pięćdziesięciu! Nie czepiałbym się gdybyście napisali „wybrane” albo „najczęściej spotykane” ale piszecie i to DRUKOWANYMI, że wszystkie! A to nieładnie, bo nasza flora nie zasługuje na cięcia takie jak polska kultura.

No więc przejdźmy do konkretów.

Strona druga.

goryczak żółciowy - szatanBorowik szlachetny i od razu Wasza rada, że można go pomylić z szatanem w nawiasie z Goryczakiem żółciowym. Tu w miarę w porządku, tylko że powinno być na odwrót, bo właściwa nazwa to Goryczak żółciowy, a w nawiasie powinna  być nazwa potoczna, czyli szatan. Taki niuansik. Wybaczam.

Strona czwarta i piąta.

maślak pstryPodgrzybek zajączek* i Piaskowiec modrzak**, a na zdjęciach Maślak pstry, potocznie zwany miodówką (widać to po charakterystycznym „marmurku” na kapeluszu). No, pomyliliście zdjęcia ale na szczęście na obu (niewłaściwych) jest grzyb jadalny. Wybaczam ale już warunkowo.

*Zajączek ma kapelusz oliwkowozielony, o zamszowej skórce, tutaj (jak już wspomniałem) jest marmurkowata.

 

 

maślak pstry 3

**Prawdziwy Piaskowiec modrzak ma brzeg kapelusza długo podwinięty i wystający nieco poza rurki. Ma też matową powierzchnię. Drugie zdjęcie jest w porządku, bo faktycznie po przełamaniu wybarwia się na tak niesamowity kolor.

Strona szósta.

goryczak żółciowy 3Maślak sitarz, a na zdjęciu szatan! (właściwa nazwa Goryczak żółciowy*). No! Daliście plamy, bo jak ktoś będzie się sugerował zdjęciem, na przykład faceci, bo wiadomo, że faceci są wzrokowcami i nie lubią czytać, to jeden taki mały grzybek, zepsuje nam całą potrawę i obiadku nie będzie… Nie wybaczam.

*Widać to po „brzuchatym” kapeluszu (maślak ma bardziej płaski i podwinięty, tutaj jest wywinięty do góry) oraz centkach na trzonie i na kapeluszu, których maślak nie ma.

Strona dziesiąta.

mleczaj wełnianka 2Mleczaj rydz, a na zdjęciu Mleczaj wełnianka* czyli grzyb klasyfikowany jako trujący. Inne nazwy to wełniak lub też rydz fałszywy – dlatego pewnie daliście się nabrać choć niżej sami przed tą pomyłką przestrzegacie! No i tutaj może boleć brzuszek albo (dobra, dobra już nie będę trąbił o tej sraczce) można spędzać czas, zamiast na plaży, to na kibelku i do tego z miską na kolanach. No chyba że ktoś ma kibelek przy wannie, albo w bliskiej odległości do umywalki. Co prawda! W niektórych krajach, bo uprzednim długotrwałym obgotowaniu, wylaniu wody i ukiszeniu można go spożyć, jednak ja nie ryzykowałbym. Wolę iść na plażę.

*Można to zauważyć po brzegu kapelusza, są na nim takie delikatne wypustki sugerujące, że prawdopodobnie ma wełniste kosmyki u jego dołu.

I w tym przypadku trzeba dać Wam po łapach!

Strona ostatnia.

muchomor sromotnikowyMuchomor sromotnikowy. A powinno być muchomor zielonawy, potocznie zwany sromotnikowym. Co dziwi szczególnie, że na stronie jedenastej używacie nazwy muchomor zielonawy (czyli prawidłowej) przestrzegając przed pomyleniem z nim pieczarki łąkowej, a nic nie wspominając o jego odmianie białej. Czytelnik będzie się sugerował przymiotnikiem „zielonawy”, a pieczarkę łąkową, można najprędzej pomylić z jego białą odmianą.

muchomor zielonawy 2

Już pomijam fakt, że używanie w atlasie dwóch nazw z stosunku do tego samego grzyba jest bez sensu, niepotrzebnie wprowadzając dodatkowy i tak już duży zamęt.

Wnioski.

Oczywiście zdjęcia grzybów, to już jest osobna historia. Czasami zdjęcia nie oddają rzeczywistego wyglądu grzybów i jedne wyglądają jak drugie. Zależy to od tak wielu czynników, że nawet nie będę tutaj się w to wgłębiał. Jednak! Wydając Atlas Grzybów rozsądek nakazuje używanie zdjęć oddających wizerunek grzyba najbardziej zbliżony do książkowego oryginału.

Co z tego, że użyję zdjęcia, gdzie pod wyżej wymienionym Piaskowcem modrzakiem będę musiał umieścić napis „to jest zdjęcie Piaskowca modrzaka, jednak na tym ujęciu wygląda on jak Maślak pstry”. Jaki to będzie miało sens? No chyba że sens jest gdzieś głęboko ukryty… gdzieś głęboko w lesie…

 

 

Ja, Wurst Ambasador!

Witam Szanownych Państwa – rzeźników, masarzy, wykrawaczy, zwykłych pracowników, technologów (tych w szczególności ale o tym za momencik) no i Zarząd firmy Animex.*

*I tutaj pełna „zaskoczka” bo do tej pory myślałem, że Morliny to Morliny, a okazuje się, że Morliny to Animex.

No i dobra, skończmy z tymi uprzejmościami i przejdźmy do konkretów. A było to tak…

Wybrałem się na wakacje do rodzinki do Niemiec (zachodnich dodam!). Zabrałem, jak co roku, różne dobra pierwszej potrzeby, a w szczególności: małosolne, majonez, kilka flaszek Krupniczku (i nie mam na myśli zupy) i Wurst, bo z tymi dobrami jest tam bardzo cieniutko! Co dziwi, patrząc ogólnie na ichnią technologię, a w dokładniej na Die Autos. Ale widocznie technologia produkcji Audi jest mniej skomplikowana niż technologia produkcji dobrej kiełbachy, wódy, małosolnych i majonezu i dlatego polski Wurst, wódka, małosolne i majonez wciąż są lepsze niż niemieckie samochody! Chociaż coś.

currywurst 7Wurst zakupiłem oczywiście w Polsce wybierając Kiełbasę Morlińską z szynki, co obrazuję zdjęciem obok. Paragonu oczywiście nie posiadam, gdyż po sprawdzeniu na regale terminu przydatności do spożycia nie przewidywałem zwrotu produktu. Dlatego nie czepiajcie się, że nie mogę udowodnić zakupu tej kiełbasy wspomnianym paragonem, w myśl tej starej, polskiej, kupieckiej zasady – „Nie ma paragonu? No to won mi ze sklepu, bo psami poszczuję!”

Resztę wymienionych wyżej produktów oczywiście też zakupiłem, co ma znaczenie bardziej dla mnie (i dla szwagra też) a dla was, jako tako, już nie.

currywurst 6Ale wracając do tematu.

Kiełbasa była przeznaczona na grilla i to nie byle jakiego, gdyż powitalnego!

Dodatkowo po wielotygodniowych konsultacjach na portalach społecznościowych, telefonicznych i mailowych ze szwagrem zdecydowaliśmy się na danie, które będzie odzwierciedleniem naszej długoletniej polsko – niemieckiej przyjaźni!

Wypadło na Currywurst, czyli niemiecki pomysł na sos, z polską kiełbasą.

Małe wtrąconko – wiecie czym dla Polaka jest kiełbasa… kiełbasa to podstawa i symbol. Podstawa wyżywienia i symbol powodzenia i patriotyzmu! Zakorzeniona w naszej kulturze od wieków. Zaczynając od białej surowej i kaszanki ze świniobicia od cioci ze wsi, poprzez kiełbasę wykradzioną najeźdźcom przez Szarika w „Czterech pancernych”, dalej, poprzez zniknięcie parówek w „Misiu” w scenie „Ostatnia paróweczka hrabiego Barry Kenta”, poprzez scenę z mojego wyjazdu do Niemiec w latach ’90 i pobytu w tamtejszym hotelu, kiedy to wykonując z kolegami tak zwane śniadanie mistrzów (idzie się na śniadanie wprost z jeszcze trwającej hotelowo – pokojowej imprezy) gdzie na pytanie obsługi – „Was möchten Sie trinken?” – kolega spokojnie odpowiada „Wurst!”, a kończąc na mojej kiełbasie, zakupionej na grilla dla szwagra. Tak więc nie dziwcie się, że przywiązuję do „zwykłej” kiełbasy, aż taką wagę, bo widocznie ocenę kiełbasy mamy w genach. Ale wracając do tematu…

currywurst 1Ochoczo zabraliśmy się do roboty, a szło to szybciutko, gdyż sprawiedliwie podzieliliśmy się pracą – szwagierka zrobiła sos, ja zabrałem się za rozpakowywanie i nacinanie kiełbasy, a szwagier polewał.

 

 

currywurst 3I wtedy stało się! Po prostu plama na całej linii. Ja, jako Ambasador polskiego Wurstu doznałem upokorzenia! Zabrałem się za ściąganie tych metek a’la opasek z napisem „Kiełbasa Morlińska…” i tak dalej. Opaska schodziła lekko do momentu, gdzie ktoś wpadł na pomysł przymocowania jej do Wurstu przy pomocy kleju! Z początku myślałem, że wystarczy tylko lekko przetrzeć palcem.

currywurst 4

currywurst 2

currywurst 5 Jednak klej okazał się nad wyraz oporny, że nie pomagały nawet próby usunięcia go pod bieżącą wodą przy pomocy gąbki do mycia naczyń. I to jej szorstkiej strony! (Szwagierka coś wspominała, że to zdjęcie będzie dwuznacznie wyglądać… miała rację).

Niby zszedł, jednak cały czas owe miejsce, gdzie widocznie technolog wskazał palcem mówiąc „Tu ma być  kropelka kleju, która przymocuje metkę z naszym logo do Wurstu”, pozostawało dość mocno kleiste.

Koniec, końców poległem na oczach szwagra, bo klej okazał się nieusuwalny. Wytłumaczyłem sobie to w ten sposób (no i szwagrowi) że pewnie resztki i tak wytopią się na grillu, a poza tym (i żywię taką nadzieję) był to jakiś klej spożywczy, czyli teoretycznie jadalny, a nie Butapren, czy Vikol.

Sprawę zostawiam Wam do przemyślenia i oceny, bo nie może być tak, że polska kiełbasa wygrywając na każdym polu z niemieckim Wurstem, polega medialnie i estetycznie przez kropelkę kleju walniętą na flaku, żeby się metka z logo trzymała…

P.S. Co do smaku zastrzeżeń żadnych nie mam. Kiełbaska, a już zaś Currywurst był przepyszny!

Mam też nadzieję, że się nie pogniewacie i nie walniecie focha, gdyż jako samozwańczy Ambasador polskiego Wurstu, mam do prawo wytknąć Wam (delikatnie) takie wtopy.

 

No i jaka szybka reakcja!

Już na następny dzień po mailu zadzwoniła miła Pani z Animexu i (uwaga!) dziękując za konstruktywną krytykę, przeprosiła w imieniu firmy. Wytłumaczyła, że w jakiejś partii, klej wydostał się z pomiędzy opaski a’la metki i przykleił ją do Wurstu. Uspokoiła też, że klej i metka są dopuszczone do kontaktu z żywnością i nie stanowią żadnego zagrożenia dla zdrowia mojego, mojej rodziny ani szwagra. Ja ze swojej strony zrozumiałem to w ten sposób, że następnym razem w szwagra na grillu, w podobnej sytuacji, będę o prostu smażył kiełbachę wraz z metką a’la opaska i z klejem, a jemu wytłumaczę, że to taki bajer i że jest „nie w temacie”! Bo grunt to dobry bajer…

 

Ja po prośbie (do Dyrekcji PKP)

Witam Szanownych Państwa Dyrekcję PKP!

Zapewne pamiętacie mnie. To ja napisałem zażalenie na brak pociągu relacji Krzyż-Poznań Główny o godz. 8.35 w sobotę i o ścisku i duchocie panujących w pociągu o pól godziny wcześniejszym. Tak to ja!
I okazało się, że to zażalenie pomogło i przychylając się do mojej prośby (może też w końcu ktoś zemdlał?) dołożyliście ten jeden brakujący pociąg. I chwała za to! A ludzie są Wam dozgonnie (albo nie daj Boże do następnej zmiany rozkładu) wdzięczni.
Ale, ale. Żeby nie zrobiło się tak idyllicznie to muszę ponownie wytknąć Wam pewien mały szczególik, a mianowicie brak połączenia na tej linii (Poznań – Krzyż) pomiędzy godziną 20.50, a 22.50, a wiem skądinąd (rozmowy, dyskusje, narzekania i biesiadowanie z współpasażerami) że połączenie pomiędzy tymi godzinami miałoby swoich wiernych fanów.

Dajmy na ten przykład mojego kolegę z pracy, Romka.

Romek mieszka w Kiekrzu i jest waszym stałym klientem i kiedy kończymy pracę około godziny 21.30 nie chcąc czekać do 22.50 (jak ja) biegnie na tramwaj, który jedzie na Ogrody, z tramwaju biegnie na autobus podmiejski, który odjeżdża planowo, przed planowanym przyjazdem osiemnastki i (uwaga!) czasami mu się to udaje…
A czasami nie. Ostatnio spotkałem go w pociągu o 22.50 bo jednak mu się nie udało i wyglądał bardzo kiepsko. Powiedział, że ostatni raz biegł tak szybko (a chłop ma czterdzieści sześć lat) jak go jeszcze za pacholęcia gonił pies! Ale niestety autobus odjechał wyjątkowo planowo. Doszedł w miarę do siebie dopiero jak wysiadł w Kiekrzu i dowlókł się do domu – tak mi powiedział.

Gorsza jest jednak moja sytuacja, bo ja już nie mam żadnej alternatywy. Czasami kończę pracę nawet przed godziną dwudziestą pierwszą i co ja wtedy robię? Muszę iść na piwo! A wiecie sami, że duch w narodzie się wykrusza i nie mam powoli z kim na to piwo chodzić.

A najgorsze z tego wszystkiego jest to, że kiedy w końcu przychodzę na dworzec i wsiadam do pociągu, to często dowiaduję się rzeczy dla pasażera najstraszniejszej, a mianowicie, że „pociąg jest opóźniony bo czeka na skomunikowanie z innym pociągiem”.

Boli to podwójnie tych, którzy czekają już od godziny albo i więcej. I patrzą wtedy (na tych, którzy biegną z „opóźnionego – skomunikowanego” i wsiadają zadyszani z tobołami do naszego pociągu) jakoś tak dziwnie, a gdzieś im tam w łepetynie kołacze: oni winni! oni winni! I pewnego dnia miarka się przeleje, któryś z nich w końcu nie wytrzyma i może dojść do tragedii! A wszystko to nie miałoby miejsca gdyby odjechali pociągiem, dajmy na to o 21.50, który mam nadzieję uda się po mojej prośbie dołożyć.

I zróbcie to! I nawet nie dla mnie, ale dla tych, którzy kończąc pracę o dwudziestej pierwszej czekają do 22.50, patrząc czasami smutnymi oczami na komunikat o opóźnieniu („opóźniony – skomunikowany”) i dla Romka, który biega na tramwaj, a z tramwaju na autobus jak młodzian mając lat czterdzieści sześć.

P.S. Wysyłam powyższą prośbę w niedzielę, a pozwalając sobie na lekką swawolę, mam nadzieję choć w małym stopniu uprzyjemnić Wam poniedziałkowy poranek w biurze (o Dżizas jeszcze cały tydzień!) jeszcze przed południową kawką. I niech nie zwiedzie Was moja wesołkowatość  (sorry ale taki już jestem – sorry ale taki mamy klimat) gdyż prośba jest jak najbardziej serio.

 

 Niestety…

Odpowiedź PKPWychodzi na to, że jednak biedny Romek będzie musiał (przynajmniej na razie) starać się zdążyć na pociąg o godzinie 20.50.

Ja natomiast w tym czasie będę spokojnie sączył browarki…

 

 

Hej! Burger King – a mi się wciąż czka!

Witam Szanownych i Miłych Państwa, a także Dyrekcję BURGER KING®

Chciałem złożyć skargę na Waszą kanapkę Bacon Cheese Whopper, gdyż po jej zjedzeniu źle się poczułem i musiałem zażyć Sylimarol!

Jestem tego  stuprocentowo pewien, ponieważ przypominała mi się w czknięciach jeszcze przez kilka następnych godzin, a nawet teraz, kiedy piszę tę skargę, też mi się przypomina. O! Właśnie czknąłem!

Wiem, wiem co napiszecie – napiszecie, „że to coś innego mi zaszkodziło”, w myśl tej starej jak świat zasady, że jeśli facet puszcza pawia po flaszce wódki, to na pewno zaszkodziła mu sałatka, którą jadł wcześnie. Ale nic z tych rzeczy ponieważ, primo raz: nie jadłem sałatki, primo dwa: byłem tylko po bardzo lekkim śniadanku, czując się (jeszcze wtedy) wręcz wybornie! Ha! No i co na to powiecie?

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że wydałem na nią horrendalną kwotę trzynastu złotych i dziewięćdziesięciu pięciu groszy. Słowem: nie dość, że boli mnie brzuch, to jeszcze za to sporo zapłaciłem!

Mam oczywiście na to wszystko dowody w postaci: paragonu, którego zdjęcie  przesyłam w załączniku, a którego nie oddam za żadne skarby, ponieważ jest to mój (że tak powiem) dowód koronny w sprawie oraz z relacji świadków („Tej? Co z tobą? Bekasz i bekasz… „)

Liczę na pozytywne rozpatrzenie mojej skargi, a co za tym idzie zwrot poniesionych kosztów tj. ceny kanapki oraz ceny tych dwóch tabletek Sylimarolu, które musiałem zażyć. Poniżej podaję dokładne wyliczenie.

13,96 zł (kanapka) + 59 groszy (Silimarol 70 mg za 8,99 zł, opakowanie 30 tabletek –  jedna tabletka po +,- 29 groszy)

Proszę nie wysyłać mi (w ramach zadośćuczynienia) żadnych kuponów zniżkowych, zaproszenia na darmowy posiłek, czy też nawet wycieczki pt. Szlakiem Europejskich Restauracji Burger King, gdyż nie skorzystam, bo (no kurde balans) wciąż mi się czka!

11063207_1564570580477754_348743790_n

Parnik vel parownik czyli Полные меню vs Повнi меню

Skarga

parnik.resized.resizedJa niżej podpisany, roku Pańskiego dwa tysiące czternastego, wiedziony nieodpartą tęsknotą i poszukiwaniem smaków z dzieciństwa, nabyłem, na drodze wymiany towarowo… a właściwie pieniężno – towarowej, urządzenie o nazwie „parowar”.

Ponieważ piszę tę skargę do Państwa, którzy to urządzenie wyprodukowaliście (nie do składu, w którym go zakupiłem z wiecznie chowającą się za regałami obsługą, czyli do sklepu Media Markt) to pominę wobec tego cały szereg wyjaśnień, że urządzenie to nie ma nic wspólnego z parowozem, parostatkiem, a wywodzi się w prostej linii z parownika vel parnika do ziemniaków dla świnek tudzież innych hodowlanych stworzeń.

Nie zapomnę smaku ziemniaków z parnika u mojej cioci Zosi na wsi. Był rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty ósmy, lato, sierpień – pamiętam dobrze ponieważ wtedy rozmawiałem pod wodą z żabami topiąc się (jak widać nieskutecznie) w wiejskim stawku i złamałem obojczyk. Zosia miała kilka blondynek, tak pieszczotliwie mawiała o swoich świnkach i kiedy przychodził czas popołudniowego karmienia, a one już to wiedziały wesoło chrumkając, ja zakradałem się do parnika i podbierałem trochę gorących i smaczniutkich pyreczek.

To wspomnienie smaku z dzieciństwa tli się we mnie do dziś, a właściwie tliło do czasu zakupu parowaru, bo oto kiedy pojawił się w domu, biegiem udałem się do piwniczki i nu, dawaj! Zaparowałem sobie słuszny kilogram ziemniaczków i smaki z dzieciństwa powróciły. I nie myślcie sobie, że zajadałem się nimi tak bez niczego, bez żadnej okrasy, no może pierwszy worek tak, ale już potem, hulaj dusza! Było i masełko i sól. Żona moja, wspaniała zresztą kobieta, podzielała również z początku mój entuzjazm, jednak na trzeci tydzień dość kategorycznie zaprotestowała trzasnąwszy mnie instrukcją obsługi tegoż parowaru i domagając się bardziej zróżnicowanej diety. Wtedy to dopiero odkryliśmy, że to, co zdawało się z początku instrukcją obsługi, której przecież żaden rozsądny człowiek nie czyta, jest książką kucharską z gotowymi przepisami! Tak! O to nam właśnie chodziło!

Książka jest bogato ilustrowana, z przepięknymi zdjęciami, że aż ślinka leci, ciężka, a co za tym idzie wydana na papierze dobrej jakości (co poczułem kiedy żona walnęła mnie nią w łeb) ale szkopuł w tym, że ma jedną, malutką, tyciunią wadę… mianowicie… my nic nie rozumiemy co tam jest napisane! Ona po prostu napisana jest cyrylicą po rosyjsku i ukraińsku!

parnik 2.resized2Prosilibyśmy wobec tego Szanownych Państwa o przesłanie nam takowej ale wydanej w języku polskim (żona następnego tygodnia parowanych pyreczek, nawet z okrasą! nie zniesie).

Pozdrawiamy i czekamy na odpowiedź.